Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Biały Krzyż
Funeris Venatio:
- Ttt... tttto... chchchchch... - zarzęził bardziej niż powiedział. Na chwilę głowa opadła mu na piersi, by "przebudzić" się za moment. Ręce już nie trzymały rany, nie mogąc podźwignąć się na taką wysokość. Opadły mu bezwiednie na boki, a on sam stawał się coraz bledszy z powodu odpływu krwi. Niektóre jego członki stawały się sine, wargi nabierały koloru dojrzałej śliwki. Kazmir poczuł smród, gdy ciało konającego człowieka odmawiało krok po kroku posłuszeństwa. Zwieracze uwolniły mocz i kał, a ostatnie dechy uniosły klatkę piersiową, by zamilknąć na zawsze. Ostatnie delikatne dreszcze przeszyły martwe już ciało, gdyż nieliczne sygnały nerwowe dotarły do palców. Wyglądało to tragicznie. ÂŚmierć nigdy nie była piękna.
Kazmir MacBrewmann:
Kazmir był przyzwyczajony, na wojnie widywał gorsze rzeczy. Połowy ludzkich korpusów czołgające się po oderwane nogi. ÂŻołnierzy bez rąk szukających straconych kończyn... wojna to suka. Ale ją kochał, i trudno bez niej żyć. Krasnolud sięgnął po mieszek nieszczęśnika, odwiązał by sprawdzić zawartość.
Funeris Venatio:
Sześćdziesiąt grzywien. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę okoliczności. Nic więcej tam nie było - żadnych listów, tajemnych pieczęci i wypisanych planów zagłady królestwa przez małą grupę zbuntowanych żołnierzy pod dowództwem odrzuconego generała, szlachcica lub zbuntowanego maga.
Tymczasem krasnolud, bękar niejakiego Raszera, kimkolwiek ów krasnal nie był, stał w drzwiach jednego z szałasów. Przyglądał się całej sytuacji, by po chwili obrócić się w swoje lewo, w stronę wozu Kazmira, skąd rozległo się szczekanie. A zza zakrętu wyłonił się jeździec, z mieczem w ręku, w stalowym kirysie i w ostrogach. Wstrzymał konia, patrząc na scenę przed sobą.
Kazmir MacBrewmann:
//Dodam na koniec
Krasnolud schował zawartość woreczka, obróciwszy się ujrzał jeźdźca. Pies szczekał, deszcz nadal chyba siąpił a Kazmir był głodny. Zaczął powoli iść w stronę przybysza. - To tobie zawdzięczam że nadal mam konia i wóz?
Funeris Venatio:
- Zapewne... - odparł człowiek na koniu. Koń zarżał pod jeźdźcem, obrócił się wokół własnej osi, rwąc się do czegoś. Był jednak sprawnie powodowany. Mężczyzna miał ciemne włosy, krótkie, twarz młodą, może trzydziestoletnią. Był w sile wieku, pewnie trzymał broń. Przyglądał się krasnoludowi z zaciekawieniem, spoglądając na jego kuszę, potem znowu na niego, psa, znowu na kuszę.
- Ktoś ty?
Narrator zapomniał dodać, że właśnie przestało padać. A naprawdę miał zawrzeć tę informację, żeby nie było, że coś. Po prostu zapomniał. Smolarze schowali się do środka, przymykając drzwi.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej