Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Biały Krzyż
Kazmir MacBrewmann:
Nazwa wyprawy: Biały Krzyż
Prowadzący wyprawę: Funeris Venatio
Wymagania do uczestnictwa w wyprawie: Zaproszenie od Funa
Uczestnicy wyprawy: Kazmir MacBrewmann
Astas to paskudna pora na podróże, nawet w interesach. A te szły MacBrewmannowi średnio. Droga z Atusel mijała mu normalnie, był tam ze względu na wypadek jego "Betsy". Jakiś chuj - nazywajmy rzeczy po imieniu - wpłynął swoim statkiem w łajbę kaprala. Kazmir musiał zostawić trzy litry zacieru i udać się w długą drogę. Nienawidził spraw urzędowych, na szczęście sprawca wypłacił odszkodowanie, ale Betsy postoi sobie w suchym doku. A miał płynąć w końcu do Torgonu... A teraz wracał do Karak Kazmir. Ale i tak musiał przejechać tędy. Warto dodać że lało jak skurwysyn. Kaptur płaszcza gunwo dawał. Przekraczał właśnie most.
Funeris Venatio:
Amertodon znaczyły miliony drobnych uderzeń. Krople spadające z nieba upstrzyły powierzchnię rzeki. Wartki nurt niósł masę śmieci, smugi pomyj wylewanych z wielu z farm i odpadki z garbarni. Gdzieś wcześniej musiał znajdować się też barwiarz, bo gdzieniegdzie widać było jakiś kolorowy refleks, zapewne po kolorowaniu tkanin na lokalny rynek. Tłumy postaci i przeróżnych zwierząt przemierzały potężny most, kłębiąc się z każdej strony. Strażnicy i celnicy starali się utrzymać porządek, co im się wcale udawało. Każdy chciał po prostu przejechać, nikt nie robił problemów, co można było zrzucić na barki ulewnego deszczu. Poranek nie zaczął się pogodnie.
Wóz krasnoluda stał w kolejce do rutynowych kontroli, będąc już tuż-tuż. Wreszcie postawny mężczyzna, lekko szarawy ork, podszedł do Kazmira i zerknął na jego furgon spod mokrego kaptura.
- Co tam wieziecie i skąd droga?
Kazmir MacBrewmann:
Kazmir nie bardzo kojarzył co miał na wozie czy też w jukach Mariana. - Emm... mikstury jakieś. Nie pamiętam jakie. Powiedział prawdę wskazując ogiera czystej krwi Valfdeńskiej. A przynajmniej tak pisało w papierach. - Jadę z Atusel. Co tam w stolicy? Zapytał z ciekawości, niestety gazety w tym kraju podupadły po tym jak Mordian Gorri zniknął, jak i redakcja "Gońca Valfdeńskiego".
Funeris Venatio:
- Nie pamiętasz? - powiedział celnik, zerkając przez ramię krasnoluda. Wskazał ruchem ręki, by ten zjechał nieco na bok i zatrzymał się w określonym miejscu. Jakiś człowiek podszedł do niego z boku, uspokajając konia. Inny długą halabardą zaczął szturchać płachtę na furgonie, którą po chwili odrzucił. Nic nie zobaczył. Zajrzał w kilka szpar, stuknął w drewno w kilku miejscach. Nie mówiąc nic narzucił z powrotem materiał. Spojrzał w stronę orka, podniósł do góry kciuk w znanym geście i odwrócił się na pięcie. Ruszył w stronę następnych wozów i podróżnych.
Ten przy koniu zajrzał w juki, lecz odnalazł tylko w miarę zwyczajowe przedmioty. Nic godnego uwagi. Rzucił jakieś słowo do tego drugiego, lecz zniknęło ono gdzieś w lejących się z nieba strugach wody. Oszczędnym ruchem dłoni ork wskazał drugi koniec mostu i rzucił coś o rozmokniętych koleinach na trakcie.
Kazmir MacBrewmann:
I pojechał dalej, szturchając lejcami konia. Marian był dobrym koniem, wielki czarny ogier. Należał do Aragorna Tacticusa, a u Kazmira znalazł się wraz ze spadkiem po Melkiorze... głupia sprawa bo elf zmartwychwstał. Krasnolud nie miał nic przeciwko nekrofilii. Dopóki to nie jego zwłokami się bawi, on sam uwielbiał oglądać popisy lesbomancji, ulubionej dziedziny magii kaprala. Jadąc dalej zdążył pociągnąć łyka z piersiówki. I przekroczyć most, uważając na cholerne błoto.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej