Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Biały Krzyż
Funeris Venatio:
Z samego wozu nic nie zabrano, z juków też nic nie zginęło. Krasnolud szybko skonstatował dlaczego. Jeden z rabusiów, człowiek, białej karnacji, leżał w kałuży krwi i wody kilka metrów obok furgonu. Uciekał, widać wyraźnie. Ktoś rąbnął go po plecach zapewne nadziakiem, gdyż w czaszce miał dziurę, jakby ktoś wbił mu klin i stuknął młotkiem. Leżał na boku, więc krasnolud specjalnie nie musiał go obracać, by zobaczyć kilka szczegółów. Człowiek miał na sobie podróżny strój, nic niezwykłego. Przy pasie miał mała pochwę na sztylet, ale samej broni nie było nigdzie w pobliżu widać. Sakiewki nie miał, nie była przymocowana do rzemienia. Jego płaszcz był szarobury, tak jak jego spodnie i buty. Na lekko brązowym kubraku miał wymalowany niewielki biały krzyż, w okolicy prawej piersi.
Uciekał w lewo, patrząc na rozwidlenie. W rozmiękłej ziemi widać było świeżo odciśnięte ślady końskich kopyt.
Kazmir MacBrewmann:
Hmm... wygląda jakby to ten co mnie minął go zasiekł... To było dziwne, ktoś albo poluje na tych od krzyża albo... krasnolud nie miał pomysłu. Frodo władował się już do furgonu, kapral był też na tyle już upierdolony błotem i przemoczony że postanowił ruszyć dalej. Zabezpieczył kuszę i ułożył ją na koźle. Sam też się nań wgramolił i ruszył. ÂŚladem kopyt.
Funeris Venatio:
Po wcale niedługim czasie, który jednak trwał wiecznie, krasnolud na coś trafił. Na smolarnie. Minęło kilka minut od momentu znalezienia wozu. On sam nie gnał zbyt szybko przed siebie, starając się dostrzec wszystkie ślady i mieć pewność, że podąża w dobrym kierunku. Deszcze z minuty na minutę stawał się lżejszy, teraz już nawet nie lało, tylko bardziej siąpiło. Gdy Kazmir spoglądał na zachód widział, że powinno się nieco przejaśnić za kwadrans, może dwa.
Wyjeżdżając z przetrzebionego już nieco lasu natrafił na smolarnię. Kilka chatek, a nawet szałasów, żeby być nieco bardziej dokładnym, zbudowanych na szybko i bez przesadnego dbania o konstrukcję i detale. W najbliższej odległości przechodził strumień, pewnie wybijający z Amertodonu lub do niego jakoś wpadający; krasnolud nie był w stanie określić i nie bardzo się chyba na tym znał. Narrator zresztą też nie. W obozie znajdowały się trzy duże stosy drewna z wbitymi na sztorc palami, które miały robić za stelaż. To tutaj zamieniano drewno na węgiel drzewny, wytwarzano smołę i dziegieć. W prowizorycznym osiedlu stała jeszcze jedna lub dwie szopki, buda dla psa i wielka balia napełniona wodą. Nie było widać żywej duszy, chociaż było wyraźne to, że ktoś tutaj przebywa. Dym unosił się znad jednej z chatek, mimo iż przez deszcz nie rozpalono jeszcze żadnych pieców.
Kazmir MacBrewmann:
- Prrr. Zatrzymał skrzypiący wóz, zlazł z kozła, znowu zabrał kuszę. Tym razem zostawił Froda karząc mu pilnować wozu. Sam zaś, brodząc w błocie i cholera wie czym ruszył z wolna w stronę chatki z której leciał dym. Broń miał przewieszoną przez ramię. - Dzień dobry! Jest tu kto? Zawołał wciąż idąc. A wołał głośno.
Funeris Venatio:
Z niewielkiego domostwa wyszedł człowiek. Miał bladą cerę, zroszoną potem. Oczy podkrążone, nos zapuchnięty. Chyba przeziębiony. Był dosyć wysoki, żylasty, ubrany raczej prosto. Na głowie miał zielony berecik. Rozejrzał się wokół i dostrzegł tylko krasnoluda. Z kuszą, naładowaną, gotową do strzału. W oka mgnieniu schował się z powrotem do chatki, zaryglował drzwi, co dało się wyraźnie słyszeć i chyba udawał, że go nie ma.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej