Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Biały Krzyż
Kazmir MacBrewmann:
- Wódke mam! I chce tylko coś spytać! Krzyknął, zdjął nawet kaptur - Jestem z Bękartów Rashera! To powinno człeka troche uspokoić. Kompania jest znana nawet kmiotkom, nie kradną i nie grożą postronnym. A nawet rozdają wódkie.
Funeris Venatio:
Długo panowała cisza, ale wreszcie rygiel się odsunął. Te drzwi i tak pewnie łatwiej by było wyważyć, niż otwierać zamek, takie były trwałe. Zawias był mocniejszy niż drewniana prowizorka wokół niego. Skrzydło drzwi otworzyło się nieco i ze środka wyjrzał ten sam człowiek co przedtem. Delikatnie, ledwo się wychylając, zmierzył krasnoluda wzrokiem. Szepnął coś do kogoś za swoimi plecami, nieco gestykulując. Potem wyjrzał jeszcze raz, schował się i w drzwiach pojawiła się inna postać. Niewysoka, również przedstawiciel ludu gór. Popatrzył na Kazmira z tępym wyrazem twarzy.
- Może i faktycznie on od tego starego capa? - rzucił do tyłu. - Jak mnie znalazłeś, co? - zapytał, podchodząc nieco do przodu i wyciągając dłoń na powitanie.
Kazmir MacBrewmann:
- Ke? Nikogo nie szukałem. Krasnolud postąpił do przodu, uścisnął dłoń nieznajomego i sięgnął po trzymaną przy pasie butelkie samogonu którą to podsunął brodaczowi. - Jade ja z Atusel, po drodze mijam drzewo. Tam wisi jakiś chyba niziiołek z namalowanym białym krzyżem. No trudno mówie, pomodliłem sie i chce wracać. A tu jakieś kurwie syny podpierdalają furgon mi. No to ich z psem tropimy. Po drodze minął mnie jakiś konny. Ide dalej, wóz stoi. Jeden bandzior leży martwy - też ma ten biały krzyż - pacze, ślady kopyt. Doprowadziły mnie tutej. Nie wiem więc o chuj chodzi. Ba, zbłądziłem nawet.
Funeris Venatio:
- Rzekłeś, żeś bękart Raszera. Raszer to i mój ojciec, ja również nieślubny. Stary dziadyga miał chyba z dwudziestkę na boku, jak tak dobrze policzyć. To żem pomyślał, że jakoś się dowiedział i po mnie przyszedł... - odparł nieco zbity z tropu. Popatrzył na człowieka za nim, który postąpił naprzód. Trzymając butelkę samogonu w ręku, spojrzał na nią zdezorientowany, ale jednak odkorkował i pociągnął łyk. Jak krasnolud. Skrzywił się z uśmiechem, kiwając głową. Z aprobatą.
- A skorośmy bracia, to... - zawahał się na krótką chwilę, znowu obrócił. Człowiek machnął ręką i wrócił do szałasu. - Tam zajrzyjcie, do tej szopki. - Ręką wskazał na niewielką drewnianą... szopkę.
Kazmir MacBrewmann:
- Aha. Dzięki, flaszkę zachowaj. A jakby ci się tu znudziło to w Karak Kazmir potrzeba rąk do pracy. Powołaj się na MacBrewmanna. Powiedział, pożegnał się i poszedł za radą "krewnego" do owej szopki by ją sprawdzić.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej