Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Biały Krzyż
Kazmir MacBrewmann:
Kurwa jego mać... W łbie mu pulsowało gorzej niż po Pavulonie Domenika, wiedział już że zabije tych gnojków. A potem pójdzie do domu i oleje tamtego "kupca". Ale wpierw dowie się kim są. By spuscić na ich szefa gniew Raszera. Ale najsampierw... trza sie uwolnić. Otworzył oczy i podniósł głowe.
- M! Mmm mmm! Wydobyło się z atkanej gęby. Rozejrzał się jak mógł.
Funeris Venatio:
Nic nie widział. Leżał w ciemnym pomieszczeniu. Oczy miał szeroko otwarte, jednak nie potrafił nawet dostrzec desek podłogi, na której leżał. W pokoju bez okien i źródeł sztucznego światła nie mógł widzieć po prostu nic. Zaczął za to słuchać. W pokoju obok, za ścianą, ktoś z kimś rozmawiał. Próbował rozpoznać słowa, ale były nieco zbyt ciche.
Kazmir MacBrewmann:
Przysunął się więc do ściany, starając się przytknąć doń ucho.
Funeris Venatio:
Kazmir przesuwał się bliżej i bliżej, napotykając niespotykane chyba jeszcze w swoim życiu przeciwności. Ręce miał nienaturalnie wykrzywione, obolałe, chociaż nawet nie był pewien czy jeszcze je czuje, czy to się mu już teraz tylko wydaje. Miotał się jak ryba wyrzucona na rozgrzane kamienie na brzegu, rozpaczliwie łapiąca rozwartymi skrzelami powietrze. Starał się przybliżyć do ściany, jednak w totalnej ciemności nawet nie wiedział gdzie ta ściana dokładnie jest. Następnej rzeczy, której nie wiedział, to czy między nim a ścianą coś się znajduje. Nie mógł po prostu tego widzieć. A znajdowało się kilka przedmiotów.
Jednym z nich było szydło, które zablokowało się między wypaczonymi deskami podłogi, wystając niczym pika nastawiona na szarżującego kawalerzystę. I niczym owa pika, czyhało na nadciągającą ofiarę, zaparte w gruncie, pewne, zabójcze, nieuniknione. Kazmir nie widział jednak, że idzie na spotkanie ze szpiczastym przeznaczeniem, nie mógł tegoż wyczuć czy przewidzieć. Nie mógł zobaczyć. Dlatego też wierzgając, podskakując nieznacznie, ale jednak poruszając się w określonym kierunku, nadział się na owe szydło. Wbiło mu się one głęboko w oko, przebijając źrenicę na wskroś, przechodząc przez cały organ, rozdzielając nerw. Krasnoluda przeszył spazm bólu, niepodobny do niczego innego, co w swoim bogatym życiu doświadczył. Skurczył się w sobie, ryknął niemym krzykiem. Potworność była tak ogromna i obezwładniająca, że żołądek wywrócił mu się do góry nogami, powodując wymioty. Zablokowały się one jednak na wypełniającej usta szmacie, blokując przełyk, wypełniając wszystkie drogi i ujścia. Kazmir zaczął topić się w swoich własnych wymiocinach, które wracały z powrotem wgłąb ciała. Paliły na powrót jego gardło i tchawicę, dostając się do krzyczących o powietrze dolnych dróg oddechowych. Wdarły się w płuca, niszcząc kanaliki płucne, rozrywając naczynia workowe i powodując straszną śmierć.
A potem krasnolud się obudził. Głowa bolała go jak po zderzeniu z łapą czarnej wiwerny. Leżał w tej samej pozycji, co wcześniej. Widocznie stracił znowu na moment przytomność, uderzając się na powrót o coś, co znajdowało się w ciemnym pomieszczeniu. Tym razem Bękart widział nieco światła w ościeżnicy. Chyba ktoś zostawił nieco uchylone drzwi.
Kazmir MacBrewmann:
Ból, rzygi i śmierć. A teraz to. Krasnolud nie ogarniał co się właśnie stało. Leżał i słuchał. Nasłuchiwał w sumie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej