Przeszli przez bramę, wchodząc w zamurowany tunel. Zrobiło się na chwilę cieplej z racji braku przeszywającego wiatru. Mogłoby być jeszcze cieplej, gdyby byli agresorami próbującymi zdobyć tę warownię, gdyż w suficie, pomiędzy jedną kratą a drugą, widać było wyraźnie liczne otwory. To z nich spadała smoła, rozgrzana na wrzenia, paląca i topiąca tkanki. To stamtąd spadały kamienie i włócznie, leciały strzały i bełty. ÂŚmiertelna pułapka dla każdego, kto chciał przedrzeć się przez bramę. A później, jak sobie szybko uświadomili, było tylko gorzej. Za drugą kratą z walcowanej stali znajdował się malutki placyk w kształcie kwadratu, otoczony z czterech stron murem. To tutaj wylewały się atakujące wojska, będąc w potrzasku, otoczone przez łuczników i kuszników, szyjących do napastników. Potem musieli iść w lewo, mając lico muru ze swojej prawej strony, patrząc w głąb twierdzy. Większość pieszych wojowników tarczę trzyma w lewej ręce, miecz lub włócznię w prawej, więc idąc w lewo, tarcze skierowane były na zewnątrz, nie chroniąc naturalnie ich posiadaczy przed następnym gradem strzał, który spadał na nich w tym momencie. Później przeszli przez jeszcze dwie zatoki, znacznie już większe, każde odgrodzone od reszty zamku murem i bramą. Podzielenie warowni na segmenty ułatwiało obronę i pozwalało odciąć się od straconych pozycji, kierując się do następnej linii obrony. Tutaj już, przed wejściem do głównej twierdzy z wysoką wieżą w centrum, był plac. Plac upstrzony ludźmi, elfami, maurenami. Niezależnie od rangi, wszyscy stali teraz równo w rzędzie, prężąc pierś przed królewską inspekcją.
Anioł ruszył kilka kroków za Dragosanim, gdy ten zaczął obchód. Rycerz, który stał pierwszy w szeregu, delikatnie odetchnął, gdy król go minął, nie spodziewając się, że anioł ruszy za nim. Przyjrzał się mu uważnie, wpatrzył w oczy i bez słowa ruszył dalej. Rekrut stojący obok niego, w samej koszuli, z ćwiczebnym mieczem u pasa, trząsł się lekko. Funeris minął go, nawet nie patrząc na chwilę. Po przejściu obok kilkunastu zakonników, zostawiając Jego Królewską Mość nieco z przodu, postąpił nieco w prawo, stając naprzeciwko zgromadzenia. Rozpostarł skrzydła, pokazując anielski majestat, wyciągnął z pochwy miecz i skierował go w niebo. Delikatnie, niemalże bezdźwięcznie szepnął - Illumine - by jego czarna bestia rozbłysła błękitnym światłem. Poczekał jeszcze chwilę, niedługi moment, by Dragosani minął ostatnich członków Bractwa ÂŚwitu zgromadzonych na głównym placu Chevalier i krzyknął doniośle:
- Czołem, żołnierze!