Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skrzydła i szpon
Funeris Venatio:
- Aż tacy otwarci? Przez stepy aż po wulkan, co? - zagadnął dalej krasnoluda.
Dragosani:
- E... - zająknął się Karl. Stracił wątek. Poczochrał siwą brodę, zastanawiając się jakby tu go odzyskać. I z każdym czochrem oddalał się od wątku coraz bardziej. Chochranie stało się bardziej rozpaczliwe.
- Emm... - dodał. - wybacz, aniele, ale co ma wspólnego wulkan z otwartością i tolerancją? - Podrapał się po głowie. - Ja w sumie jestem prosty krasnolud i symbolika jest dla mnie zawiła. No nie rozumiem.
Funeris Venatio:
- Już tłumaczę, nasz przewodniku, najświetniejszy krasnoludzie tych ziem! - opowiedział teatralnie. - Na zachodzie są stepy, na wschodzie jest wulkan. Duża przestrzeń. Wiele miejsce. Nadążasz, mam nadzieję? - dopytał. Po czym kontynuował:
- A żeby być postępowym, otwartym i równie światowym, co wy, mieszkańcy Funery, trzeba mieć sporo przestrzeni. Takiej, no wiesz, wewnątrz siebie. Tak żeby zmieściło się to, co chcemy dać wszystkim dzieciom Zartata, nawet jeżeli dzieciom tylko adoptowanym! - wskazał palcem do góry, dumny z udanej frazy. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Tępy ten krasnolud, ja pierdolę..., pomyślał, patrząc na Evening i mając nadzieję, że ta pomoże mu jakoś z tego wybrnąć, jeżeli ich przewodnik nie zrozumie ani słowa.
Evening Antarii:
-Zuesh to naprawdę przepiękne miejsce. Zwłaszcza teraz, gdy ten bujny rozkwit po wojnie jest wręcz namacalny-- odpowiedziała aniołowi. -Ooo, a czy w Syrenim ÂŚpiewie podają krewetki w cieście z sosami z tutejszych przypraw i ziół?- dopytała wyraźnie zainteresowana kwestiami kulinarnymi. -Chociaż oprócz karczmy chciałabym zobaczyć też inne atrakcje Funery- dodała jeszcze, bo zjeść to jedno, ale poznać prawdziwego ducha miasta to drugie. Najbardziej charakterystyczne były te małe, wąskie uliczki, gdzie toczyło się prawdziwe miejskie życie. W dyskusję o "otwartości" anielica wolała się nie wdawać... Sama nie wiedziała o co chodzi, widocznie niezbyt uważnie słuchała tej wymiany zdań.
Dragosani:
- Hm... - zamyślił się krasnolud. - No niby tak, przestrzeń pod rozbudowę zawsze by sie przydała. Ale że aż pod wulkan? No, to ambitne by było. Szczególnie, że... - Ich oczom ukazała się urokliwa uliczka. Była tam równie urokliwa karczma. Przed nią, na niewielkim placyku było wystawionych kilka stolików. Była tam parę osób, delektujących się jakimiś daniami.
- Och! I oto jesteśmy! - zawołał Karl. - I zaraz się pani anielska przekona, czy mają tam krewetki -/dialog_npc] zwrócił się do Evening.
- Ale o czym to ja... A, wulkan! No pod wulkan miasto rozbudowywać to raczej nie. Diabl... ehm... - zająknął się i spłoszony spojrzał na aniołów. Nie bardzo wiedział, czy może używać takich słów w towarzystwie boskich wysłanników. - No nie wiadomo czy toto nie zacznie niedługo lawą pluć. - Wprowadził anioły do Syreniego ÂŚpiewu. Od razu widać było, że jest to lokal o dość wysokim standardzie. Było tutaj czysto(!) i przyjemnie. Pomieszczenie było zadbane, obsługa chyba domyta i schludnie ubrana. Ktoś natychmiast podszedł do aniołów i krasnoluda. Był to niziołek. Skłonił się nisko. W przeciwieństwie do krasnoluda nie dał po sobie poznać przejęcia wizytą aniołów.
- Witam w Syrenim ÂŚpiewie - powiedział. - Panie Karlu, miło pana znów widzieć. I szacownych aniołów! Czemu zawdzięczamy ten zaszczyt? Czyżby nasza kuchnia była słynna też w niebiosach?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej