Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Skrzydła i szpon
Funeris Venatio:
Dotknął się w zwichnięty bark, czując jak pulsuje on bólem. Rozmasowałby go porządnie, ale w pełnej zbroi i z białym demonem przed sobą nie miał zbytnio czasu na takie zabiegi. Trzymał miecz nisko przy ziemi, niemalże szorując nim o kamienie. Mierzył wzorkiem swojego przeciwnika, który powoli obchodził go wokół. Krążyli tak chwilę, a demon wyraźnie widział, że Funeris wejdzie w miejsce, gdzie ziały dwie czarne dziury. Nawet jeżeli w nie nie wpadnie, to będzie musiał wytrącić się z rytmu, by je ominąć. A wtedy nastąpi atak.
Biały demon nawet bez obydwu rąk był śmiertelnie niebezpieczny. Pozbawiony sporej częsci arsenału nadal mógł kopać, gryźć, nadziać na rogi i ziać ogniem. Cały czas też oczywiście płonął. Trzy metry rozżarzonych mięśni i kości, górujące nad aniołem. Dlatego Funeris musiał być sprytniejszy.
- No, my też tak kiedyś poszliśmy – powiedział Sulimczyk, jak sam kazał siebie nazywać. Chwycił resztkę koziego sera, omijając kiszoną kapustę. Miał z nią złe wspomnienia, co mógłby potwierdzić niejaki Reynevan. Miły chłopak, swoją drogą. Jurny, ciekawy świata. Wplątał się w niejedną kabałę, ale w głęboko w duszy dobry. Tak zawsze o nim myślał.
- Naprzeciw? – dopytał archanioł, próbując naprowadzić myśli na konkretny bieg. Miał w sobie sporo piwa. Ciemne uderzało mocno do głowy, a oni przez cały wieczór nie wylewali za kołnierz. W karczmie do tego było całkiem parno i duszno, wszyscy cieszyli się rozgrzanym pomieszczeniem, gdy na zewnątrz panował mróz i padał obficie śnieg.
- Tak. To było przeciwko Teutonom, za lasem pod Stębarkiem. Zaczęli nas okrążać, a myśmy zamiast ruszyć po łuku, by chronić skrzydła, ruszyli im naprzeciw. Niespodziewanie, szybko, cała chorągiew ziemi krakowskiej. Jan z Tarnowa jechał przy mnie. Jego pocztowy, Mieszko, dostał bełtem w twarz...
Przerzucił ciężar ciała na drugą stronę, dosyć niespodziewanie, będąc trochę nienaturalnie przekręconym. Ruszył jednak szybko w objęcia śmierci, która stała tych kilka metrów przed nim. Demon nie liczył na taki obrót spraw, przez krótki moment się zawahał, nie mając w końcu obydwu rąk, które wpadły do jednej z przepastnych dziur w kamiennej podłodze. Rozpostarł skrzydła i pochylił głowę, zdając sobie sprawę z twardości swojej głowy i zabójczej siły swoich rogów. Ruszył do przodu, nadstawiając się na anioła. Ten ruszył w prawo, lewo, ciągle biegnąc przed siebie.
Uniósł miecz do góry, chcąc ciąć z zamachu. Gdy piekielnik już miał wysunąć głowę do przodu, nadziewając anioła na swoje rogi, ten stracił ciągłość materialną i począł rozpadać się na drobne cząsteczki. Kawałek po kawałku, atom po atomie, każdy kwark budujący jego ciało i wszystko to, co miał bezpośrednio na sobie, rozpłynął się w powietrzu, w tym samym dokładnie momencie pojawiając się jakieś sześć, może siedem metrów za pomiotem z Otchłani. Tak jak zniknął, tak zaczął pojawiać się, jednocześnie w kawałkach i cały na raz. To uczucie, towarzyszące przemieszczeniu, zawsze było dziwne i wywracało nieco kiszki do góry nogami. Na szczęście nie jadł nic od dobrych kilku godzin, nie miał więc problemów z nieposłusznym żołądkiem.
Zarył okutymi butami o kamienie, zatrzymując się w miejscu. Obrócił się szybko, zobaczył kilka cali przed sobą przepastną dziurę w podłodze i mimowolnie odetchnął, że dobrze spojrzał i odpowiednio wymierzył swoisty rodzaj teleportacji. Demon w tym samym czasie zorientował się, że Funeris znowu mu umknął w ostatnim momencie, szybko się obrócił, szukając go wzrokiem. Wyczuwał go zapewne też wszystkimi innymi zmysłami; dla niego aura anioła była pewnie niczym śmierdzący stos gnojówki w słońcu.
- Miało to jakąś nazwę? – dopytał, pojawiając się znikąd. Funeris stał za stodołą, osłonięty od wiatru, przy jakiejś niewielkiej drewutni. Spodnie miał trochę opuszczone, przyrodzenie wywalone na zewnątrz, oblewając ciepłym moczem zamarzniętą ścianę i śnieg wokół, tworząc szlaczki żółtego koloru. ÂŚnieg sypał mocno, chociaż temperatura była bardziej znośna, niż się zapowiadało. Dlatego też wojownik zdecydował się przewietrzyć, a nie korzystać z wiadra na zapleczu karczmy.
- A, to ty – odparł nieco zaskoczony. Skończył co miał do roboty, zasznurował spodnie i odwrócił się do starca. Przyjrzał mu się. Stał on w zwiewnej, lnianej koszulinie, zgrzebnych spodniach i starych łapciach, oparty o swój kij. Sam Zartat mu świadkiem, że sam by nie chciał tak ubrany wychodzić na zewnątrz w taką pogodę, ale ten tytułujący się Sulimczykiem nic sobie z tego nie robił.
- Kim ty właściwie jesteś? – dopytał, nie odpowiadając na zadane pytanie.
- Tym, kim ty jeszcze nie miałeś okazji.
Piewcę otoczyła żółtawa poświata, gdy anioł rzucił przed siebie swoim mieczem. Czarne ostrze, teraz promieniujące niczym zbawienne ognisko, przecięło powietrze. Demon ryknął widząc jak Funeris wykonuje ten gest. Poczuł emanację tego ataku, poczuł co kieruje mieczem. Widział i wiedział, co tak naprawdę zmierza w jego kierunku. Chciał uskoczyć, chciał uniknąć ciosu, lecz był zbyt wolny. Brak rąk utrudniał koordynację i balans ciałem, wykonał więc tylko niezgrabny krok w tył. Rycerski miecz przeleciał za to tych kilka metrów, robiąc niewielki łuk, poziomo trafiając białego demona. Chlaśnięcie przeszło nieco po skosie, gładko tnąc szyję i kręgi wewnątrz, zahaczając nieco wykrzywionej i płonącej twarzy. Piekielny pomiot zatrzymał się w pół kroku, zachwiał.
Padł po krótkiej chwili na kamienną podłogę, pozbawiony głowy, która spoczęła na dużym, odłamanym wcześniej kamieniu.
Dragosani:
Kunanin wstał. Podparł się swoim kijem.
- Młody Krecik nie przeżył - odpowiedział anielicy. - Pochowałem jego ciało i odprawiłem niezbędny rytuał, aby nie stał się jednym z widm. To wszystko co mogłem zrobić.
I tak oto dwa białe demony zostały pokonane. Walka ta nie była łatwa, lecz dzielni wojacy zdołali wyjść z niej zwycięsko. Dragosani kucnął przy trupie stwora, które zabił.
- I tak oba uciekły - burknął. Rozejrzał się po kawernie. - Ale coś dziwnego jest w tym wulkanie... pomijając te oczywiste dziwności, które widzieliśmy. Hm... no to będzie problem na później. Zauważyłeś coś ciekawego w czasie tego starcia? - zapytał anioła. Wyciągnął jedną z fiolek, które nosił, tę zawierającą ludzką krew. Była owinięta cienką skórą, dzięki czemu skrzydlaty nie musiał oglądać zawartości. Wampir odkorkował ją i zaczął pić krew. Po jego minie można było stwierdzić, że zastanawia się nad czymś.
// Tracę:
0,3 l krwi pirata
Funeris Venatio:
Otarł miecz o niepłonące już ciało, trącając łeb butem. Zanotował w pamięci, by zabrać z powrotem do Chevalier i powiesić gdzieś w dormitoriach, niech straszy rekrutów po nocach.
- Ciekawego? Nie, nie zauważyłem nic, co wzbudziłoby moją wielką ciekawość, panie netoperku. A ty? - zapytał, nieco będąc zgryźliwym. Tylko nieco. Bo naprawdę nie zwrócił uwagi na nic, co można by było określić jako niespotykane podczas starcia z białym demonem.
Dragosani:
Dragosan dopił resztki krwi z fiolki. Potrzebował naczynia. Pomacał ciało demona aż wyczuł coś obiecującego. Wyciągnął sztylet i wbił w wybrany punk ostrze. Trysnęła krew. Wyciągnął ostrze z ciała i nadstawił pod świeżą ranę fiolkę, coby zebrać do niej trochę krwi. Musiał nieco poczekać. Niestety nie mógł podwiesić tego molocha i użyc grawitacji do spuszczenia większej ilości krwi.
- Mogłeś nie usłyszeć... - mruknął do Funerisa. - Ten z którym ja walczyłem nazwał "Bratem" drugiego, gdy oderżąłeś mu ręce. Trochę to dziwne jak na demona... Ciekawe. - We fiolce zebrało się nieco krwi. Na kilka łyków.
- Dobra, pewnie będę tego żałował - powiedział do siebie. - Mogę na to zareagować w niecodzienny sposób, ale nie bój się - zwrócił się do anioła. Nie wstając wychylił fiolkę i napił się krwi demona. Umysłem wdarł się w jego wspomnienia ukryte w życiodajnej cieczy.
Evening Antarii:
-Niech Zartat opiekuje się jego duszą. Dziękuję ci I'karze. Szkoda, że nie przeżył... To moja wina. Niestety nie cofnę czasu. Popełniłam kilka błędów walcząc ze zjawą-zwierzyła się kunaninowi. Czuła, że jemu może zaufać. -Miał mi powiedzieć dokąd poszli tacy dwaj... ee... anioł i taki drugi zamaskowany jegomość. Kręcili się tu jakiś czas temu. Może ty wiesz gdzie są?- spytała z nadzieją w głosie. Nie do końca była pewna, czy może zdradzać, że to valfdeński król szwenda się po wulkanie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej