Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Skrzydła i szpon

<< < (6/76) > >>

Funeris Venatio:
- Co, gdzie? Nie przerywaj! – mruknął anioł na wampira.

***

- Co jest, maleńki? – odezwał się poobijany Poeta do zwierzęcia przed nim. Niedźwiedzica cofnęła się jeszcze o krok, podsukakując lekko na łapach. Spojrzała na swoje prawo, potem lewo. Nie wiedziała czy powinna uciekać, atakować czy zostać tak, jak jest. Nie wyczuwała zagrożenia. Anioł na razie tylko leżał, nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. Był wyraźnie osłabiony i pół-przytomny, samemu chyba próbując określić co się dzieje i gdzie jest.
- Sam tu jesteś, misiu? – zapytał po dłuższej chwili, gdy zwierzę nie podejmowało żadnych akcji. Na dźwięk głosu anioła postąpiło krok do przodu w geście, który mógłby być ostrzeżeniem. ÂŻachnęło się, mruknęło przeciągle i  podskoczyło do przodu, machając łbem.
- Ach, rozumiem, pani wybaczy... – zażartował sobie. Wiedział, że niedźwiedzica nie miała prawa go zrozumieć i raczej nie reagowała tak żywo na określenie jej jako samca. Sam nie był do końca pewien czy ma do czynienia z przedstawicielem płci pięknej czy tej mniej, lecz coś mu tam świtało pod czaszką; pewne cechy charakterystyczne niedźwiedziej płci. Sam nie wiedział skąd akurat taką wiedzę posiadał, ale miał raczej szerokie hotyzonty i praktycznie nieskończoną ilość czasu, więc czasem warto było coś poczytać – nawet jeżeli coś pozornie nieistotnego.
Funeris spróbował usiąść, co udało mu się dopiero za drugim podejściem. Przetarł włosy rękawicą, co nie okazało się zbyt praktycznym pomysłem. Zdjął ją więc, patrząc na swoje palce, które pomarszczyły się jak w mocno solonej wannie. Dotknął swojego łuku brwiowego, by wyczuć, że coś tam się znajduje. Jakieś zgrubienie, zapewne guz. Przez myśl mu przeszło, że może to być jakiś bardzo irytujący pasożyt, który mógł zagnieździć się tam poprzez noc. Niejedną, jak się mogło okazać. Anioł nie miał widział żadnego sposobu, by to sprawdzić, więc nawet nie zaprzątał sobie tym zbytnio głowy.
Tymczasem niedźwiedzica podeszła nieco bliżej, wyraźnie zaciekawiona. Nie czuła strachu, tylko pewien rodzaj zwierzęcej ekscytacji. Schyliła nieco głowę ku ziemi, stąpając jednak bardzo ostrożnie. Nosem zawadzała o runo leśne, próbując wyczuć jak najwięcej z niespodziewanego przybysza. Znalazła się o ledwie jeden krok od anioła, nie wiedząc, czy ruszyć dalej. Poeta nie robił nic, by nie wystraszyć jej. Mogła zaatakować w akcie desperacji, a nie chciałby mieć na sumieniu niewinnego niedźwiedzia. Czekał więc w bezruchu, siedząc już na ściółce. Jakaś gałąź wbijała mu się w tyłek, lecz postanowił przeczekać.
Samica wreszcie, po dłuższej chwili, zdecydowała się na ostatni krok. Trąciła pyskiem okute nogawice, odskakując od razu. Wróciła jednak szybko, wąchając je ponownie. Przez moment wydawało się aniołowi, że się skrzywiła i już chciał rzucić jakiś komentarz o tym, że to nie jego wina, że się ostatnio nie kąpał. Powstrzymał się jednak przed zabraniem głosu. Pozwolił za to podejść zwierzęciu bliżej, przełamać następną barierę, zdobyć może nawet trochę zaufania. Delikatnie uniósł dłoń, wyciągnął ją przed siebie. Czarne oczy obserwowały jej ruch, kierując się dokładnie w ich stronę. Funeris przewrócił dłoń spodem do góry, czekając na cokolwiek.
Niedźwiedzica w końcu polizała go po palcach, a on momentalnie sięgnął do jej zwierzęcego umysłu, odblokowując wszystkie przeszkodzy i ostatecznie zyskując jej zaufanie.
- Nazwę Cię Nela – powiedział do niej, drapiąc za uchem.

Dragosani:
Dragosani napił się znów bimbru i ze zdumieniem odkrył, że jego szklanka jest pusta. Gdy Funeris snuł swoją opowieść o początkach jego przyjaźni z niedźwiedzicą, wampir dolał sobie trunku. Spojrzał na naczynie anioła, aby sprawdzić, czy ten nie potrzebuje dolewki. Ale chyba jeszcze nie potrzebował. Drago ostrożnie wyjrzał zza kotary. Mijali drzewa. Nie był to zbyt ciekawy widok, więc ponownie rozsiadł się w fotelu.
- Zanim przejdziesz dalej... - wtrącił w końcu. - Ta opowieść nie skończy się w jakiś dziwaczny, zbereźny sposób? - zapytał. Wolał się upewnić. Kto wie co aniołowi chodziło po głowie?

Evening Antarii:
Lot z Mor Andor był wyczerpujący. Eve nie mogła tak dobrze unosić się na prądach gorącego powietrza, gdyż atunus była już w pełni. Momentami, prócz nieprzyjemnie zimnego wiatru, przeszkadzała jej też nieznośna mżawka, zacinająca niemiłosiernie. By nie moknąć jak jakaś kaczka, Evening musiała wznosić się ponad chmury, lecz wtedy nie wiedziała dokładnie gdzie się znajduje, a jej zmysł orientacji nie był jakiś wybitny. Toteż panna Antarii mokła i marzła na przemian, wypatrując na horyzoncie dwóch szarych wstążek, które były rzekami otulającymi Efehidon.
Po długiej podróży wylądowała w ogrodzie swojego dworu. Wpadła właściwie tylko na chwilę, by zmienić swoje odzienie na czyste i suche i wykąpać się. Musiała też się wyspać no i zagonić niewolnice, by zrobiły coś dobrego do jedzenia. Najlepiej mięso, gdyż anielicę strasznie naszła ochotę na mięso. Takie porządne, trochę tłuste, a trochę miękkie i kruche. Gdy wydała rozkazy elfkom, by uprały jej spodnie i koszulę, przygotowały jej kąpiel, a później kolację, poszła się wyspać do wygodnego niezastąpionego łoża. Ułożyła się jak tylko najwygodniej mogła, czyli na brzuchu, bo tak lubiła najbardziej, zapadła w regenerujący sen.
Po kilku godzinach obudziły ją zapachy ziół i mięsiwa. Były to ładne polędwiczki wieprzowe podane z chrupiącym pieczywem. Po sytym posiłku mogła wreszcie się umyć i porządnie ubrać w suche i ciepłe rzeczy. Skórzane buty powinny dać radę błotu na traktach. Nie mając więcej podstawowych spraw do załatwienia, Eve mogła wyruszyć w drogę. Nie wiedziała dokładnie DOKÂĄD chciała lecieć. Postanowiła się kierować jedynie kobiecą intuicją i ewentualnymi  podpowiedziami od Zartata. Ostatnio nieźle jej namieszał zsyłając raz jedną wizję, później drugą, zupełnie zmieniając jej plany. Pozostawiła sprawy Mor Andor, by zająć się tym, co uważała za istotniejsze. Niepokojący sen, którego doświadczyła, zmusił ją do powrotu w okolice stolicy, a teraz ta sama niematerialna siła sprawiała, że anielica ruszyła na wschód wyspy. Od czasu do czasu sprawdzając w powietrzu swój kompas, zorientowała się, iż przybrała kurs na Atusel. Czasem zbaczała bardziej na południe, czasem na północ, ale COÂŚ kazało jej lecieć mniej więcej wzdłuż traktu. Pogoda dopisywała, słońce wyglądało zza chmur, a wiatr nie był tak zimny, jak bardziej na północy wyspy.
Po kilku godzinach w powietrzu dostrzegła coś na szerokiej drodze, która z góry była brązową kreską po środku kolorowego, jesiennego lasu. Gdy słońce wyjrzało zza chmur, jej wzrok uchwycił błysk. Oho, czyżby w portowym mieście szykowała się królewska audiencja?
Eve złożyła skrzydła do tyłu, by zacząć szybko się zniżać. Mknęła w dół, a jej płaszcz łopotał na wietrze. Kolejne metry pokonała w kilka sekund rozcinając powietrze, niczym strzała, której łucznik nadał niezwykłej energii. Mrugnięcie oka, no mooooże dwa, i Antarii wyhamowała gwałtownie, rozkładając szeroko skrzydła, uginając kolana i wyciągając rękę przed siebie, by nie upaść do przodu przy lądowaniu. Uderzyła w ziemię mocno, buty zatopiły się w piasku na centymetr, a liście leżące wokół wzleciały równo w górę, zdmuchnięte ze swych dotychczasowych miejsc.
Anielica wyprostowała się, poprawiła płaszczyk i stanęła przed karocą, która musiała gwałtownie stanąć, gdyż Eve wylądowała dosłownie dwa metry przed końskimi nozdrzami.

Dragosani:
Woźnica zatrzymał konie, gdy tylko zorientował się, że coś mu ląduje na drodze. Już miał dobyć broni, kiedy to poznał anielicę. Był wszak gwardzista samego króla, więc się trochę o niej nasłuchał. A i widział ją od czasu do czasu w mieście. Mimo to jej pojawienie się było dość niepokojące. Nie tracił więc czujności.


- Co jest? - zapytał Drago, gdy kareta nagle się zatrzymała. Omal nie rozlał bimbru ze swojej szklaneczki. Gdyby tak się stało powstałby problem. Ale tak się nie stało. Wampir na wpół usłyszał, na wpół wyczuł, że ktoś zagrodził im drogę. Oczywiście nie był osobą, która taką sytuacje pozostawiłaby swojemu gwardziście. Wypadł więc nagle z wozu, przerywając tym samym opowieść Funerisa. Dobył broni... i poznał osobę, która stanęła na ich drodze.
- Eve? - zapytał, zdziwiony. - Wyglądasz jak kura. Gdzieś ty latała? - zapytał na powitanie.

Evening Antarii:
-Mi też cię miło widzieć wampirku- odparła, mijając konie i podchodząc do Draga. -I schowaj ten miecz. ÂŁadnie to tak przyjaciółkę witać? Dawne poczucie humoru ani trochę się u ciebie nie zmieniło- mówiąc to lekko się skrzywiła i z przejęciem zaczęła ugładzać włosy i rozczesywać je palcami. Zajęło to kilka chwil. -Już lepiej?- spytała i obróciła się na pięcie, by Antares mógł ocenić całościowe efekty tego "czesania" na szybko.
-Niezła karoca- dodała jeszcze, mierząc wóz od kół po dach. -Gdzie ja latałam... Hmm... Wracam z Mor Andor. Byłam na wycieczce krajoznawczej. A ty dokąd podróżujesz?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej