Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Bitwa o K'efir część III - krwawa jatka
Longinus Podbipięta:
- Dobrze.- odrzekł paladyn Gascadenowi. Spochmurniał.- Straty są nieuniknione.
Pochowajcie poległych.- dodał.
Tymczasem do drużyny dojeżdżało trzech jeźdźców...
Nawaar:
Kiellon mimowolnie wsłuchał się na temat liczebności poszczególnych bractw. W końcu dotyczyło to brodacza bezpośrednio jak i pośrednio, gdyż jednocześnie był marszałkiem jak i paladynem, także jak dojdzie kiedyś do konfrontacji to będzie dość wyrównana wojna, oby do tego nie doszło! Jednak wiadome było, że nikt poda szczegółów dotyczących wyposażenia oraz techniki walki, więc ogólne odpowiedzi, czy też raczej wymijające pewnie nie stanowią faktu autentycznego bractwa ubogich rycerzy. W sumie czas pokaże czy oni w ogóle stanowią jakieś zagrożenie dla Valfden oraz Bractwu ÂŚwitu, czas pokaże! Na teraz te rozważania wyciągnęły go z zamiaru rozlewania krwi i zemsty, na byle kim. Bez dowodów winy mógł najwyżej stać się takim samym złoczyńcą a tak jako "heros" będzie sprawiedliwy! Dziwne rozważania miał w głowie, lecz i te myśli odeszły, gdy na horyzoncie pojawili się kolejni jeźdźcy. Paladyn wątpił w to, że przybyli kolejni kamraci. Dlatego zapobiegawczo wyciągnął muszkiet, by móc ewentualnie zastrzelić jednego z przeciwników. - Ktoś się zbliża. Rozkazy? Dobrze, że zawsze przed wyjściem sprawdza oraz ładuje broń. W oczekiwaniu na wydanie polecenia, rozpoczął obserwacje potencjalnych celów.
Longinus Podbipięta:
Longinus popatrzył na Kiellona. Potem wpatrzył się w jeźdźców. Coś błysnęło mu w oczach.
- Broń nie będzie potrzebna, panie marszałku.- powiedział jakby znał jeźdźców. A ci zaś się zbliżali. Pierwszy, z wąsem, w futrzanej czapce i szablą przy boku jechał na gniadym ogierze. Kompania, zwłaszcza Emerick go znali. Był to wszak jego niby krewniak - Jan Skrzetuski! Po jego lewej jechał dosyć otyły jegomość, po prawej zaś inny szlachcic. Niski.
Nawaar:
- Zaufam ci Longinusie. Rzekł delikatnie, marudząc, a przede wszystkim odkładając muszkiet, by nie wypalił czasem. W miarę poruszania się do przodu wszyscy mogli, zobaczyć sylwetki jeźdźców. Jeden z nich był dobrze wszystkim znany pan Skrzetuski! Krewniak Emericka czyli taka dziesiąta woda po kisielu, aby nie mówić, że to kłamstwo tak długie jak stąd do Myrtany. Jednak mości Skrzetuski, nie był sam widocznie teraz jeździ w kompani jeden z nich był podobny do krasnoluda. Nie, nie ten niski! Tylko gruby i otyły można było rzecz, że i ów waść wypić pewno umiał, co do drugiego nie miał na razie zdania, lecz jak to mówią w małym ciele bije duży duch! - Ta wyspa jest zdecydowanie za mała, że ciągle na niego wpadamy. Powiedział do towarzyszy, którzy byli blisko niego. Oczywiście Kiellon, nie byłby sobą, gdyby nie palnął coś do Emericka. - Emerik twoja rodzina jedzie. W sumie to było tylko ostrzeżenie, ale na pewno jego mina będzie bezcenna, a tłumaczenie się zapewne znakomite będzie.
Marduk Draven:
- ÂŚwiat jest zbyt mały, aby Emerick mógł się ukryć przed swą przyszywaną rodziną.- dodał Marduk, parskając śmiechem. Spoważniał jednak bardzo szybko. Zwrócił się w stronę Dypolda.- Dypoldzie, podczas jednej z misji musieliśmy działać potajemnie i poznaliśmy owego szlachcica w środku.- wyjaśnił.- Przez nasze machinacje wyszło na to, że hetman Emerick jest jego krewniakiem, Skrzetuskim. Ja zaś zostałem określony jako Zygfryd de LĂśwe. Radzi byśmy byli, gdybyście podtrzymali naszą tajemnicę.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej