Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Bitwa o K'efir część III - krwawa jatka

<< < (9/82) > >>

Kazmir MacBrewmann:
- To jest metoda. I wielki pomnik Zartata Króla ÂŚwiata jeszcze proponuję. Dodał swe trzy grosze.

Nawaar:
Krasnolud uradowany, że na froncie domowym wszystko miało się dobrze. Mógł posłać swe myśli po godzinach, gdzie indziej i dobrze, gdyż inne ważne sprawy mogły go trapić na przykład jak zorganizować swe ziemie, by to miało sens administracyjny i wojskowy. Wizje się tworzyły w jego głowie, które rzecz jasna musiał skonsultować później. - Raduje się me serce na te wieści. Krasnoludowie to twardy naród tutejszy odłam również podołał zdradzie wewnątrz swej góry. Część niech będzie Zartatowi! Kiellona już męczyło ciągle, mówienie o Zartacie. Zartat to, Zartat tamto, ale grać trzeba było dalej, bo jednak wiedział, że jego bóg jest pośród ludzi to i tak w dużej mierze sami sobie radzą, lecz "ubodzy" rycerze chyba mięli to w kodeksie, żeby ciągle jego imię wypowiadać. Trudno się mówi, ale dobre kłamstwo to połowa sukcesu! - A królestwo ludzi? Pewnie wam się oberwało najwięcej, bo słyszałem, iż było w strasznej kondycji jeszcze, sprzed upadku asteroidy mam rację? Oczywiście brodacz wiedział, że wielkim nietaktem byłoby, nie zapytać o jego rodzinne strony albowiem zawsze mu będzie można współczuć, co zaciśnie relacje!

Gascaden:
Jego żołnierze pochowali się w krzakach po różnych stronach, co by atakować to nie z jednej flanki bo by ich wybili bardzo szybko. Gdy cały hufiec był już gotów, Gascaden wyciągnął swój topór i młot. Zacisnął pewniej obie bronie i wykrzyknął:
- ATAK!
I nagle ze wszystkich stron z krzaków wyskoczyli i rekruci, a także rycerze Bractwa. Z Zartatem na ustach zaczęli szarżować na pozycję wroga by związać jak najszybciej łuczników walką żeby nie mogli ostrzeliwać ich. Gascaden również wyskoczył z krzaków i ruszył prosto w kierunku czwórki bandytów. Ci zanim ogarnęli co się dzieje, zobaczyli jeno jak w ich kierunku biegnie jaszczur. Jaszczuroczłek zamachnął się na odlew i ciął toporem po gardle pierwszego przeciwnika. Krew soczyście trysnęła we wszystkie strony, a zbir złapał się za szyję, by choć trochę zatamować krwawienie. Niepotrzebnie. Po chwili upadł martwy na ziemię, a w międzyczasie Gascaden blokował ataki innych bandytów, którzy już zdążyli się ogarnąć i dobyć broni. Blokował bloki ze wszystkich stron, to od jednego, to od drugiego, to od trzeciego. W końcu z obrotu uderzył jednego z przeciwników ogonem w twarz pozbawiając go przytomności, na pozostałych dwóch zaczął nacierać ze wściekłością w oczach. Bandyci dostrzegli to i ich morale spadały z każdą chwilą. Kolejny blok i kontratak. Rycerz Bractwa ÂŚwitu zablokował cios mieczem swoim stalowym młotem, jednocześnie toporem rąbnął po brzuchu wypruwając mu flaki. Bebechy wypadły na zewnątrz, a przerażony bandyta upadł na kolana i trzymał się za jelita, które mu wypadły. Dobił go toporem w łeb i zakończył jego cierpienie. Pozostał mu jeszcze jeden wróg. Syknął groźnie, jak to na gada przystało i dobiegł do niego. Bandyta spróbował zaatakować od góry, Gascaden jednak zdążył złapać go za ramię na wysokości łokcia i silnym uściskiem powstrzymał jego atak, jednocześnie samemu podciął mu nogę i doprowadził do tego, że wylądował na ziemi. Zamachnął się młotem i zmiażdżył głowę człowieka. Jak szaleńcy taniec śmierci jeszcze się nie skończył. Wyciągnął topór z głowy jednego z trupów i ruszył dalej. Dostrzegł jak ork robol zaprzestał niszczenia barykady, a zajął się ładowaniem kuszy i strzelaniem do jego braci zakonnych. Musiał to zaprzestać i dobiegł do niego. Nie przestając biec, rąbnął orkowi młotem w nogę na wysokości kolana od tyłu. Zaryczał głośno, że aż było go słychać nawet kilkaset metrów od miejsca walki. Upadł na jedno kolano, zobaczył jak przed nim stał jakiś gadzi wojownik. Gascaden uderzył młotem ponownie, tym razem od dołu w szczękę przeciwnika. Zielonoskóry potwór upadł na plecy ledwo przytomny. Jaszczuroczłek poprawił uchwyt młota i uderzył prosto w twarz orka miażdżąc ją. Jednak jeden raz było za mało, ork wciąż żył. Gascaden uderzył jeszcze kilka razy, aż upewnił się, że z twarzy orka została jedynie breja z mózgu i krwi. Walka wciąż trwała.

4xÂŁucznik
1xNiziołek
0xOrk
1xBandyta

Longinus Podbipięta:
Podczas szarży Twoi podkomendni osłonili się tarczami, zwiększając swe bezpieczeństwo pod strzał. Rycerzy przetrwali, jednakże jeden z rekrutów dostał strzałą w kolaną, a gdy upadł z bólu zarobił kolejną  w gardło. Inne akurat zamachiwał się na bandytę, gdy dostał strzałą w plecy. Potem drugą i trzecią i czwartą.
Lepiej radzili sobie rycerze. Strzały odbijały się od ich zbrój. Wpadli w łuczników, gotując im krwawą jazdę. Jeden z rekrutów pozbył się ostatniego z bandytów. Ten jednak, ranny czołgał się po ziemi.
- Li....litości, panie...- sapał, tamując niezręcznie krwawienie.

Narrator:
- Ciężkie czasy nastały na Myrtanie... Lecz na dzień dzisiejszy jest jedynie lepiej, sytuacja się poprawia, ale najpiękniej jeszcze nie jest. W każdej modlitwie proszę o lepszy los naszego kraju..
Staruszek nieco posmutniał, poprawił siwe włosy, które z powodu wiatru spadły mu lekko na twarz.
Na twarzy Henryka malowała się złość, poczerwieniał niczym pomidor, po chwili zrobił się aż purpurowy. Gilbert zaniepokoił się trochę o stan swojego brata zakonnego.
- DO¦Æ! Jak śmiesz tak lekceważyć naszego Pana! Powinniście...
I nie dokończył, bo w słowo wszedł mu Gilbert.
- Henryku! Starczy! Zostawmy ich w spokoju..
Henryk popatrzył na swojego towarzysza. Wciąż był wściekły lecz powstrzymał się od zwyzywania Bękartów. Popędził trochę konia do przodu i wraz z Gilbertem znaleźli się w tym samym miejscu co wcześniej. Dypold odwrócił się w ich stronę i skarcił ich spojrzeniem.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej