Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Bitwa o K'efir część III - krwawa jatka

<< < (4/82) > >>

Longinus Podbipięta:
No i wóz Longinusa(w sumie to Marduka i Drago) ruszył.

Nawaar:
Przedstawienie się oraz przywitanie jakie zrobił krasnolud, odbiło się niczym nawet echem. Kiellon w sumie przyzwyczajony do bycia ignorowanym, mógł kiedyś wybuchnąć w nerwach. Widocznie za mało szacunku zyskał albo co? Pytanie na później, gdyż w końcu wyruszyli ku K'efir. Marduke chciał, żeby bractwo trzymało się razem i lepiej poznało, ale coś wewnętrznie czuł, iż to nie będzie zbyt miła konwersacja. Jednak trzeba było się przekonać na własnej skórze, by nie było. Brodacz zrównał się z przełożonym, lecz nie odzywał się pierwszy, nie dlatego, że mu się nie chciało, a dlatego, że najpierw chciał wyczuć rozmówce. Mianowicie barwę głosu, ton wypowiedzi, mimikę oraz gesty. W myśl zasady przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów bliżej. Brodacz chyba czuł się zagrożony ze strony innych ludzi? Ale czy jego obawy są słuszne?   

Narrator:
A więc rycerze ruszyli przy boku Marduke'a. Właściwie to tylko Dypold, reszta jechała kawałeczek z tyłu, na swoich koniach wartych nawet kilkanaście denarów. Henryk patrzył z pogardą na Kiellona. Nie potrafił pojąć jak jakiś brudny krasnolud, którego miejsce jest w kopalni w górach dostał się do tak ważnej organizacji w tym państwie. "Szlachetni najemnicy" wprawili go w zdziwienie jeszcze bardziej. Gilbert szepnął coś do swojego towarzysza i po chwili obaj wybuchli śmiechem.
Tymczasem Dypold zaczął rozmawiać z Kanclerzem Bractwa.
- Wielce nam pomógł Zartat, że do takiego zacnego towarzystwa mogliśmy dołączyć. Długą drogę przebyliśmy z Myrtany aby tutaj dotrzeć..
Zakonnik przez cały czas na nikogo ani przrz chwilę nie spojrzał krzywo. Na jego twarzy wciąż był wymalowany szczery uśmiech. Kiellon nie był w stanie dostrzec u niego choć cienia fałszu, czy też pogardy.

Kazmir MacBrewmann:
Za wozem Longinusa jechał furgon Kazmira, starał się jak mógł podsłuchać rozmowy zakonników by wiedzieć jak najwięcej. Jedno już wiedział, u siebie ich nie chce. Nie lubił po prostu ludzi zabijających w imie wiary. A takie zakony są często gorsze od kompanii najemnych bo nie dbają kogo przyjmują. Przecie wystarczy okazać skruchę... Krasnolud sięgnął po fajke, nabił ją tytoniem i zapalił.

Zaidaan:
Emerick wsiadł na swojego wiernego Tigrida, który był dla niego wart więcej niż wszystkie skarby świata, a już na pewno więcej niż te klacze zakonników. Jechał tuż obok wozu Kazika przyglądając się dwójce rycerzy, którzy przednio się bawili. Swojej straży przybocznej rozkazał jechać na końcu, za wozem Kazmira. Hetman wyciągnął skręta i sam też se zapalił by umilić sobie drogę.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej