Za Mardukiem poszedł zaraz Gascaden. Gdy weszli na tą otwartą przestrzeń zorientowali się, że nagle zrobiło się tu trochę mgliście, ale nadal było dostatecznie widocznie. Paladyn mógł sobie wołać dowoli, a i tak nikt się do niego nie odezwie. Natknęli się bowiem na martwego członka Bractwa ÂŚwitu, Dravenowi coś świtało, że go chyba zna. A i tak też było. Tą znajomą postacią okazał się Rajmund paladyn ÂŚwitu, który został opatem klasztoru Bractwa na rozkaz Marduke'a. Zakonnik oparty był właśnie o ten głaz, z siną twarzą i wytrzeszczonymi oczyma. Szeroko otwarte usta wskazywały, że usiłował przed śmiercią rozpaczliwie naczerpnąć powietrza. Nie znaleźli śladów walki, ale było pewne, że ów człowiek został zaduszony. Tuż obok głazu leżeli dwaj kolejni zakonnicy, których wcześniej zasłaniał wielki kamień. Zostali oni zamordowani w ten sam sposób, wytrzeszczone oczy, sine usta. Mieli wyciągniętą broń, lecz na marne. Draven mógł spokojnie (lub też nie) stwierdzić, że umierali powoli, w cierpieniu z braku powietrza i ze świadomością tego co się dzieje. W międzyczasie mgła stawała się coraz gęstsza.
Polana jeszcze się ciągła, ale żeby ją dalej zbadać trzeba było ruszyć do przodu, mgła zaczynała już nieco przeszkadzać i zasłaniać widoczność.