Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

W głąb Zapomnienia

<< < (195/211) > >>

Zaidaan:
Jak zwykle. Otwieranie drzwi to jednak nie robota dla Hetmana, teraz go jeszcze bark rozbolał. Postanowił udawać jednak twardziela i nie pokazywać bólu. Wziął od Thema pochodnię i na szybko rozpalił ją na nowo nim siepacz całkowicie zgasł. I tak z nowym starym źródłem światła ruszył tym korytarzem, trzymając w drugiej ręce miecz.

Nawaar:
Wszyscy ruszyli dalej w stronę kolejnej komnaty. Drzwi były znacznie większe niż ostatnio i pasowałoby tutaj spotkać opętanego taurena! Latanie po piwnicach fortu było już męczące zarówno na umyśle i ciele. Krasnolud wchodząc za wampirem, przez dość duże wrota zauważył, że to chyba koniec poszukiwań! Nemezis, dla którego się tutaj znaleźli siedziało tuż przed nimi, gdyby nie demon będący wewnątrz przerośniętego byka byłoby już z głowy, ale mimo tego Kiellon poczuł ulgę, a nawet uśmiechnął się, że to ostatnia walka na dziś i będzie mógł wrócić do domu. Co prawda będzie ona najtrudniejsza, gdyż nie można skrzywdzić naczynia. Przeklęte zasady!
    - Naskocz na mojego małego! Odszczekał się brodacz w swoim stylu, gdy tauren wydał rozkaz do ataku małym uskrzydlonym demonom z widłami. Takie kupidyny w świecie demonów! Kanclerz na początek stwierdził, że nie ma szans do oddania strzału, bo gnojki były za małe. W takich chwilach musiał posłużyć się młotem i tarczą. Kiellon działał niezwykle szybko, bo już nadlatywały. Sól jak zawsze poszła w dostawkę. Teraz nie była potrzebna, tylko brodacz skupił się na maluchach. Trójka z nich leciała do niego chcąc nabić go na widły, tylko jakoś nie robiły tego szybko chyba, że chciały, wyprowadzić z równowagi krasnoluda, by ten popełnił błąd. Jednak cierpliwość w takich wypadkach jest bardzo ważna i czekanie na ten odpowiedni moment, który nadarzył się natychmiast. Małe demony zaatakowały wspólnie i to frontalnie na pozycje brodacza. Kiellon nie zamierzał się bronić, a czekając niemal do ostatniej sekundy, przemieścił się za plecy trójki demoniątek. Lekko jeszcze rozpędzone poleciały do przodu, ale gubiąc cel nieco zgłupiały do czasu, aż jeden z demonów oberwał w plecy srebrnym młotem ciosem z góry na dół. Piekielne stworzonko wbiło się w posadzkę, gdy jego kręgosłup wyszedł torsem ukazując małe organy. Właściwie nie było co zbierać normalnie mokra plama, powstała. Widocznie kanclerz uderzył za mocno! W tym momencie pozostała dwójka załapała, co się właściwie stało i ponownie zaatakowała. Demony ponownie nie wykazały się sprytem, bo kanclerz użył na jednym telekinezy wcześniej, opuszczając młot, wyprostowując rękę i szarpiąc demoniątkiem w stronę filaru, w który uderzył swą małą łepetynom, by następnie zrobić obrót, schodząc z linii ataku drugiego małego demona, który oberwał tarczą w tyłek, przez co poleciał nieskładnie do przodu, by dać czas na ubicie tego pod kolumną. Krasnolud podszedł do niego, przypatrzył się w jego ślepia. Dziecko z otchłani wyszczerzyło złowrogo zębiska, co było w sumie urocze, ale nie pożył zbyt długo, bo kolejny cios z góry na dół spadł na czaszkę malucha! Trzask złamanej czaszki był tym razem dziwny a skutek uderzenia druzgocący, bo głowa demona zapadła się do środka. Oczka wypłynęły na posadzkę, zęby wbiły się w jego skórę, a część z nich również znalazła się na ziemi. Kolejny demon na jego kącie i pozostał jeszcze jeden! Kanclerz poczuł się znacznie pewniej teraz, gdyż mógł śmiało z jedną sztuką walczyć, ale to niestety nie wszystko, bo pomiot otchłani zaczął wywijać swoimi widłami dość intensywnie w miejsca, gdzie brodacz nie miał osłony, lecz najczęściej musiał unikać ciosów w głowę. Paladyn wykazał się omijając ostrza, poprzez cofanie się, schodzenie z linii ataku oraz kucaniu co jakiś czas. Dobrze, że sala była dość przestrzenna, gdyż za kolejnym atakiem w stronę jego głowy ukląkł on na ziemię. Demon poleciał nad nim, wyłapując na swój brzuch cios tarczą, co spowodowało u niego efekt ugięcia się. Brodacz następnie się poderwał, uderzając tym razem z dołu do góry. Obuch młota zatrzymał się na brzuchu jego ofiary, która mimowolnie poleciała do góry ze dwa metry, po czym spadła na posadzkę. Miękka tkanka nie mogła znieść ciosu srebrnego młota, który jeszcze dotkliwiej zranił mu skórę a wraz z nią organy wewnętrzne. Stworzonko otchłani będąc już na ziemi zrobiło małą kałużę ze swojej krwi. Taki był koniec części "potężnej armii opętanego Madarona". Krasnolud czekał uparcie jak poradzi sobie Marduke, bo kanclerz ewidentnie chciał przejść do dania głównego!   

3x Demoniątka

Marduk Draven:
Tułaczka była skończona. Teraz nadeszły trudności. Opętany Madaron niczym sztampowy czarny charakter pogroził i powyzywał swoje sługi, po czym rozkazał innym zrobić brudną robotę. Marduke dobył srebrnego miecza i przygotował się na atak pozostałej trójki demoniątek. Powtórzył sztuczkę Kiellona z przemieszczeniem, jednak nie pojawił się za wrogami, lecz obok. I obróciły się, jednak w tył, podpatrując to jak poradził sobie z nimi krasnolud.
Draven sieknął mieczem na odlew. Srebro syknęło wściekle, tnąc powietrze, diablątko próbowało wykonać unik, jednak było za późno. Błyszcząca klinga rozcięła je na pół. I obie połówki - uskrzydlona i unożona padły na ziemię, zaś pozostałe diablątka ruszyły do walki, dla zemsty. Marduke zręcznie, mimo zbroi, za to dzięki przeszkoleniu i obyciu z blachami unikał dźgnięć włóczni, nie ryzykując nawet odbijania ciosów. Wyczuł w końcu moment i zszedł z linii pchnięć na prawo, nabrał siły w dłonie i ciął od dexteru, samym koniuszkiem miecza rozcinając malutki brzuszek demoniątka, z którego poleciały jeszcze mniejsze flaki a w ślad za nimi sam właściciel.
Paladyn odrzucił broń i chwycił telekinetycznym uściskiem ostatniego wroga. Cisnął go na jeden z filarów i zebrał energię magiczną w drugą dłoń.
- Izeshar!- zainkantował i cisnął w ledwo zbierającego się diablika pocisk esencji, który wypalił je do popiołu. Paladyn skierował oczy na Madarona. Dobył szabli, drugą dłoń miał zaś w pogotowiu na wypadek, gdyby musiał sypnąć solą.- Wracasz do otchłani. Czy tego chcesz czy nie. Zartat vult.- powiedział złowrogo do demona w ciele taurena.

Dragosani:
Gdy paladyni zajmowali się małymi demonami, wampir miał swoją część pracy do wykonania. Kucnął i zaczął rysować krąg. Musiał zaufać wojownikom Zartata, że będą go bronili. Przez myśl przebiegła mu ironia tej sytuacji. Dwaj paladyni, który zadeklarowali swoje życie w służbie Pana ÂŚwiatła i Nadziei, chronili istotę mroku z krwią demonów w żyłach. Co za czasy.
- Zartat Vult? Ha! Nie masz pojęcia o czym mówisz, śmiertelniku! - Demon wrzasnął i ruszył do ataku. Los jego demoniątek absolutnie go nie przejął. Co było w sumie zrozumiałe. Oczywiście spostrzegł co wyczynia Dragosani. - Nie! - wrzasnął rozkazującym tonem i posłał w kierunku wampira mortokinetyczny impuls. Antares wyczuł zagrożenie, lecz był zbyt zajęty tworzeniem kręgu. I nie zdołał go uniknąć. Został odrzucony w tył, pod ścianę. Szczęśliwie nie wypuścił kredy. Sapnął cicho i zaczął wstawać. Paladyni musieli zająć demona, jeśli miał skończyć krąg. 
Demon zaś ryknął głośno i wściekle machając toporem. Obniżył głowę i zaszarżował rogami na Marduka, chcąc go staranować.


Tymczasem wesołe Bękarty miały już źródło światła i mogły dalej eksplorować lochy. Gdzieś tam w głębi fortu, spod wielu warstw kamienia, dobiegł ich cichy, mocno stłumiony ryk jakiejś bestii. Jakby sama Otchłań się otwierała.
Korytarz zaś już oświetlała pochodnia. Prowadził on do drzwi. Drzwi zamkniętych i zabitych mocno deskami. Na deskach ktoś napisał dwa słowa. "NIE OTWIERAÆ". Obok był mały rysunek przekreślonych otwartych drzwi i smutnej minki. Zapewne ostrzeżenie dla analfabetów.

Nawaar:
Kiellon miał już dość przepychanek słownych i w końcu można było się zabawić, po wcześniejszej nieudanej walki z magiem teraz musieli wspiąć się na wyżyny swych umiejętności oraz współpracy. Madaron wstał, kierowany przez wewnętrznego demona, który nakazał mu atakowanie Marduka. Widocznie słowa "Zartat vult" dodatkowo go rozwścieczyły. W każdym razie krasnolud nie opuszczał wzroku od taurena, albowiem dobrze pamiętał zasadę, nie odwracaj się nigdy od przeciwnika! Dlatego nie przejmował się o losem wampira, gdy ten oberwał mortokinezą, bo to zaledwie silniejsze pchnięcie.
    Paladyn. nie zamierzał czekać jak opętany dorwie Marduka. Krasnolud upuścił tarczę i młot na posadzkę, dobywając dwóch pistoletów naładowanych srebrnymi kulami. Brodacz wymierzył w barki pędzącego taurena, i nim nacisnął na spusty rzekł. - Zaznaj odkupienia i miłosierdzia łajzo! W tym momencie spusty obu pistoletów zostały naciśnięte, wyszedł mały huk, który rozprzestrzenił się po pustej niemal sali. Srebrne kule przemierzały  korytarz, kierując się na odkryte ramiona opętanego, ale Kiellon nie miał czasu patrzeć jak naboje, dosięgają celu. Zamiast tego schował broń palną do kabury, aby przyciągnąć do siebie młot i tarczę, krzycząc w stronę przełożonego. - Teraz! Marduke powinien się domyślić, o co chodziło brodaczowi, gdy ten zaczął rozbijać się na drobinki, by pojawić się przed Madaronem! Paladyn zablokował cios topora swoją tarczą, a atak był dość potężny, gdyż sprawił, że brodacz ukląkł na jedno kolano, jednakże Kiellon również odpowiedział atakiem, uderzając, a raczej pchając młotem w jaja przerośniętego byka! Logika tutaj była prosta, bo w naturze byki mają wielkie przyrodzenie, więc ich dwunożna wersja również musi mieć to samo, także uderzenie powinno sprawić.... OGROMNY BÓL opętanemu! Dając człowiekowi na zrobienie jego akcji i wampirowi, na dokończenie kręgu!     

  Pozostaje 19 srebrnych nabojów

 Opętany Madaron - jak ranny i gdzie niech określi prowadzący!

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej