Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
W głąb Zapomnienia
Dragosani:
Nazwa wyprawy: W głąb Zapomnienia
Prowadzący wyprawę: Dragosani, Narrator
Wymagania do uczestnictwa: Zgoda prowadzącego
Uczestnicy: Dragosani, Marduke Draven, Emerick, Kiellon aep Kharim, Torstein Lothbrok, Gascaden, Themo, Kazmir MacBrewmann.
Maruke Draven i Emerick spędzali ten astasowy dzień w zupełnie różny sposób w zupełnie różnych miejscach. Nikt nie ingerował w ich sposób marnowania (tj. nie pracowania w służbie państwa) wolnego czasu. Zdarzyło się jednak coś, co połączyło ich losy tego dnia. Nadeszło wezwanie od Dragosaniego. Mieli stawić się wraz z wybranymi ochotnikami na placu przed Bramą Zachodnią Efehidon. Nadszedł bowiem czas wyruszać na omawianą wcześniej wyprawę. Dragosani wyraźnie zastrzegł w owych wezwaniach, aby członkowie ekspedycji przynajmniej częściowo postarali się ukryć prawdziwą profesję i upozorowali przynależność do kupieckiej karawany. Dodatkowo Marduke miał zabrać ze sobą furgon, który to dawno temu król mu wypożyczył.
[member=26861]Eremick[/member]
[member=26505]Makdurke[/member]
Marduk Draven:
No i pierwszy zjawił się nie kto inny, a Marduke Draven. Zakuty łeb i nie tylko, bo zakute wszystko, nawet jaja. Był woźnicą w furgonie podarowanym, lub raczej wypożyczonym mu przez Dragosaniego, a który to Król nakazał mu przywieść. Na jego łbie spoczywała ta szkaradna i straszna maska i kaptur, który rzucał na nią mocny cień. Jako marszałek i plakatowy chłopiec Bractwa ÂŚwitu, w tym jego mistrz był osobą raczej znaną. Dlatego maska mogła umożliwić mu zakamuflowanie się jako chociażby zbrojny strażnik jakiegoś potężnego kupca. Zajeżdżając na plac, Marduke rozglądnął się, szukając oczyma innego członka ekspedycji na Feros. Choćby pijaka Kiellona, który nie wiedzieć czemu został mianowany Marszałkiem Bractwa, czy też dzielnego Gascadena. Albo Hetmana Emericka, czy kogoś z jego kompanii najemniczej, lub też samego Króla. Zatrzymał wóz.
Nawaar:
Krasnolud, który tylko otrzymał wiadomość, że to pora, zebrał się w sobie i opuścił swój przybytek oraz kobietę, by ruszyć na specjalną misję od samego króla! Dawno tego nieumarłego nie widział, ale nawet mu nie pogratulował ponownego go wybrania na jego zastępce! Właściwie nikt tego nie zrobił, ale nie o tym ma brzmieć opowieść. Dlatego niezwłocznie szedł w kierunku konkretnej bramy, odziany w zbroję jego ojca z przed laty, która była czysta bez żadnych zdobień, bo taka miała być prosta i chroniąca niemal przed wszystkim do tego wszelakie bronie jakie miał na sobie, mogły świadczyć, że będzie ochroniarzem tego "transportu", więc zbędnych odzień nie potrzebował, a jeśli chodzi o anonimową twarz to nie musiał się martwić, gdyż krasnoludy są do siebie podobne! Tak przynajmniej głupi ludzie to widzą. Dlatego nowy Marszałek, Bractwa ÂŚwitu nie musiał się tego obawiać. Ale czy na pewno? Los pokaże jak to mówią. Najważniejsze było to, że wstawił się na wezwanie trzeźwiutki jak świnia! Nawet alkoholem się nie natarł, nie mówiąc już o jakimś tam spożyciu, lecz butelka gorzały dla picu przydałby się. W każdym razie w bojowym nastroju wstawił się na miejsce, gdzie czekał już człowiek w masce na wozie. Właściwie nie wiadomo, kto to mógł być, lecz pewnie się dowie w czasie. Teraz w milczeniu trzeba było czekać na resztę straceńców to jest ochotników znaczy się!
Zaidaan:
I trzeci z kolei na miejscu zbiórki pojawił się nasz jakże wspaniały Hetman Koronny Emerick, który trochę pomyślał i postanowił się nieco przebrać. Przyjechał na swoim kasztanowym Tigridzie. Bez obstawy, bez sambira, bez nikogo, jedynie z pakunkiem, w którym znajdowała się zbroja wykonana z szarej rudy tylko czekająca na odpowiedni moment aby ją założyć. Zatrzymał się w pewnym momencie i zaczął obserwować, krasnoluda oczywiście nie zauważył, bo to krasnolud co metra pięćdziesiąt nie przekracza. Zaintrygował go bardziej tajemnicy człowiek na wozie z dość nieprzyjazną maską na sobie. Cały okuty w blachy, gorzej niż Bractwowa puszka.
Torstein Lothbrok:
No i sobie przybył do tenże Torstein na plac. Był tam jego ziomeczek Emerick, jakaś puszka i dziwnie wygladający jegomość w kapturze. Wiking podszedł do znanego mu Hetmana.
- No no.- rzekł.- Ażeś się wypacykował, panie Hetman!- zawołał i podał dłoń Emerickowi.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej