Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

W głąb Zapomnienia

<< < (187/211) > >>

Dragosani:
Kiellon zdawał się być zszokowany teorią Dragosaniego. I nie bardzo można było się temu dziwić. Jednakże nie był to czas na załamanie się. Teraz potrzebowali siły. Drago przemówił więc, słowami których źródła nie znał. Może gdzieś, kiedyś je usłyszał, może przeczytał. Może były konkluzja jego własnych myśli, lecz zwyczajnie w natłoku innych spraw uznał je za obce? Nieważne.
- "W ciemności będę światłem. W czasach zwątpienia będę wierny. W trudach będę hartowany. Nie okażę litości w zemście. Nie okażę strachu w chaosie bitwy. Nie okażę żalu w obliczu śmierci" - powiedział i na chwilę zamilkł.
- Pamiętajcie co jest naszym celem. To co się tutaj stało jest straszne. Koszmar, piekło na ziemi. W swoim życiu widziałem jeszcze bardziej koszmarne rzeczy... To nie jest piękny świat i nigdy nie będzie, jednak... Musimy być tym światłem w ciemności. Jeśli nie my, to kto? - zapytał retorycznie. Podszedł do schodów.
- Zaś co do demona, Kiellonie, to nie do końca prawda - rzekł. - Wypędzony demon astralny nie jest w stanie sam powrócić do naszego świata... a przynajmniej nie bez odczekania wielu lat. Więc jego powrót chwilowo nie będzie nam groził. No chyba, że ktoś go przywoła - wyjaśnił.
- Ruszajmy wypędzić ciemność - powiedział jeszcze na koniec i zaczął schodzić w dól.

Zaidaan:
Po rozcięciu mutanta Emerick ledwo się powstrzymywał przed wymiotami. Zakrył nos dłonią i przyglądał się czemuś co wcześniej powinno być ludzkimi organami. Zaklnął pod nosem i czekał na wypowiedź lekarza.
- Biedaczyna.. - przez pierwszą chwilę wyraził swoje współczucie. - Nieludzkie okrucieństwo, pewnie próbowali stworzyć coś, czego nie dałoby się tak łatwo zabić. To tyle? Wracajmy, bo ten smród wcale nie jest dla nas zdrowy, jeszcze tu wykitujemy.

Nawaar:
Krasnolud zapamięta te słowa, które będą w jego sercu. Piękne a zarazem pokrzepiające jego rozdygotane serce sytuacją, która mogła mieć tutaj miejsce. Teraz w Kiellon, nie tylko w oczach miał płomień, ale w całym sobie. Dlatego powiedział już do schodzącego Dragosaniego. - Tak!![/i]. Brodacz poprawił pistolet wraz z workiem soli, by iść w ciemność, niosąc światło jego boga.

Marduk Draven:
Marduke milczał przez cały czas rozmowy nieogarniętego krasnoluda oraz wampira. Wizja tego, że uśmierconymi mutantami były kobiety nie znaczyła dla niego dużo. Ot kolejny z horrorów tego świata. Drago miał jednak rację. Musieli być twardzi. Paladyn nie może się załamywać.
- "Mój błysk przebije ciemności, moja jasność mrok rozproszy".- dodał od siebie.- ÂŻyjemy tylko by umierać. Umieramy tylko dla Ciebie Zartacie.- kontyuował.- Dominus lux. Adiuva nos, portare nos, nos consolor. Nos enim sumus tua faces, quod ignis lux, lucem ac tenebras et ambustum malum.- rzekł, cały czas podążając za drużyną.

Dragosani:
Zeszli na dól. Przeszli krótki korytarz, prowadzący do kolejnego pomieszczenia. Jak na razie droga była w miarę prosta. Czy to dobrze? To się okaże. Kolejne pomieszczenie było podłużną salą. Sklepienie wspierało sześć kolumn. Naprzeciwko drzwi, przez które weszła drużyna był balkon, do którego prowadziły schody po jego dwóch stronach, przy ścianach. Na balkonie stał człowiek w czarnej szacie. Pod balkonem czekała szóstka siepaczy. Człowiek w czerni przemówił.
- Wiedziałem, że nie powstrzymają was nasi słudzy - rzekł. - Jednakże teraz nadszedł koniec waszej wyprawy... nie zginiecie, o nie. Lepiej przysłużycie się nam żywi. Ale nie potrzebujecie wszystkich kończyn. Brać ich! - Wskazał na drużynę. Szóstka siepaczy ruszyła do ataku. Człowiek w czerni zaś zaczął mruczeć coś pod nosem i wykonywać tajemne gesty. Szykował zaklęcie.

1 x Człowiek w czerni
6 x Siepacz


Tymczasem u Bękartów...

- Hetmanie! - Oględziny ciała mutanta przerwał Galahad. - Ach, tutaj jesteś. - Spojrzał na mutanta, lecz nie dało się z jego twarzy wyczytać co o tym myśli. - Widzę, że znaleźliście coś... ciekawego. - Przez moment szukał słowa, aby określić znalezisko Emericka.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej