Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
W głąb Zapomnienia
Torstein Lothbrok:
Torstein był przy tym samym głazie co jego druh i kumpel Kazmir. Kuszę miał już naciągniętą więc nałożył jedynie bełt na łuczysko. Wypatrzył wroga, kusznika, który sam miał już strzelać. Wiking wymierzył, przymknął oko i zwolnił bełt. Lotki świsnęły w powietrzu, pocisk frunął, aż doleciał. Wbił się w głowę bandyckiego kusznika przez prawe oko. Stety, bądź niestety nie poczuł nic, bo umarł od razu.
Wiking przeładował kuszę. Zajęło mu to pół minuty. Coś długo, jednak celów wciąż było sporo. Znów poświęcił chwilkę na szukanie wroga godnego ustrzelenia. Trafiło na bandytę szarżującego na Kiellona. Torstein splunął, przycelował specjalnie przed celem, biorąc pod uwagę to, że się porusza i posłał bełt prosto w pierś bandyty, który aż zwalił się na ziemię i zakrył nogami od impetu ciosu.
- Nie zostawaj w tyle, Kaź.0 rzucił do krasnoluda i raz jeszcze napiął kuszę, nie strzelał jednak jeszcze. Odłożył ją na plecy i powstał zza głazu. Dobył miecza i puklerza. Uderzył ostrzem o osłonę zagrzewając do boju siebie i towarzyszy. Wypatrzył wroga w mieczniku. I zaszarżował z rykiem niedźwiedzia. Bandyta dopiero po chwili zwrócił się twarzą w stronę biegnącego ku niemu wikingowi. Odrobinę za późno, bo zarobił puklerzem w ryj.
Jego kompan zaraz rzucił się z pomocą, tnąc zamaszyście od na odlew. Wiking obronił się mieczem przez pionowy blok i zdzielił tarczą w twarz przeciwnika. A przynajmniej spróbował, bo ten się uchylił i ciął od góry. Torstein obronił się puklerzem i i już miał pchnąć mieczem bandytę, gdy kątem oka zobaczył jak poprzedni naciera. Kopnął wroga w brzuch kolanem, tak ze aż się zgiął, po czym zdzielił płazem miecza tego, który szarżował. To wyłączyło obu z walki na kilka chwil. Pchnięciem w plecy, które wyszło brzuchem skończył życie tego, którego teraz zabił. Szybkim ruchem wyjął z trupa miecz. W porę, by odbić miecz przeciwnika, który niechybnie ciął by go w ramię. Wiking odpowiedzial kontratakiem w szyję. Także zatrzymanym mieczem. Kolejny cios - z dexteru został bez powody zablokowany puklerzem. Torstein zamarkował cięcie od góry, zaś bandyta posłusznie się ustawił miecz do obrony. Ledwo zauważył zmianę tempa i kąta ciosu. Zobaczył jak czarna ruda miga mu przed oczami i rozcina jego brzuch. Flaki wyleciały na zewnątrz. Wiking splunął i zaryczał. Chciał zabijać więcej.
21x Kusznicy (jeden nieprzytomny)
24x Bandyci (jeden ugryziony, nieprzytomny. Umrze w przeciągu doby)
Dragosani:
Bitwa o fort Zapomnienie trwała. Mur od strony morza padł, wpuszczając desantującą załogę Szachraja. Bękarty zaczęły wykonywać swoją najemniczą pracę. Raanaarscy komandosi trzymali się razem, systematycznie likwidując kolejnych przeciwników. Galahad pokazywał swój kunszt walki, próbując przedrzeć się do króla, którego poprzysiągł chronić. Król mu tej ochrony nie ułatwiał. Nikt nie mówił, że będzie to łatwe.
Z drugiej strony fortu rozległ się głośny trzask. To brama padła. Po jej szczątkach do fortu wkroczyli taureni. Nie było ich wielu, na oko ledwie trzy dziesiątki. Jednak ich masa i siła była zatrważająca. Toporami, młotami i rogami rozbijali kolejne grupki bandytów.
I został jeszcze sam Dragosani. Krwawy cień pośród nocy, lawirujący na polu bitwy niczym tancerz. Dawno nie walczył, więc teraz pełnymi garściami korzystał z możliwości sprawdzenia, czy nie wyszedł z wprawy. Nie wyszedł. W jednak ręce dzierżył swoją wierną szablę, w drugiej równie wierny pistolet. Dopadł jednego z bandytów. Nie liczył już nawet który to był od początku jego walki tutaj. Nie dał mu nawet szansy na wyprowadzenie ciosu, sam zaatakował pierwszy. Nadnaturalnie szybkim cięciem rozpłatał jego gardło, zostawiając za sobą padające ciało. Dostrzegł wtedy kusznika, który mierzył do niego ze swojej broni. Bandyta wystrzelił, bełt pomknął w stronę wampira. Ten jednak był piekielnie szybki i doskonale zdawał sobie sprawę z trajektorii pocisku. Uchylił się, we wręcz niemożliwym uniku. Równie szybko uniósł swój pistolet i wystrzelił. ÂŻelazna kula wbiła się w czaszkę kusznika, pozbawiając go życia. Wampir nie miał czasu na ponownie ładowanie pistoletu. Wsunął go więc do kabury i wydobył nóż. Jego zmysły szalały, rejestrując dosłownie wszystko wokół. Każdy krzyk, każde cięcie i upadek ciała. Niemalże czuł ruchy przeciwników i sojuszników wokół niego. Jego pięć zmysłów, wyostrzonych do niemożliwego poziomy dzięki mutacji i tajnikach Aury percepcji tworzyły razem coś więcej. Teraz nic nie było w stanie go zaskoczyć. Mógł zareagować błyskawicznie na każdy atak. I tak też reagował. Rzucił się na kolejną dwójkę bandytów. W jednego z nich cisnął nożem. Szklane ostrze wbiło się w oko zbira, pozbawiając go tym samym życia. Cios drugiego odbił klingą swojej szabli. Kontratakował błyskawicznie i celnie. Samym końcem ostrza rozciął jego gardło. Bandyta padł charcząc i dławiąc się własną krwią. Przestąpił jego ciało i kroczył dalej. Wtedy dopadła go trójką bandytów. Chcieli wziąć go grupą, zabić króla i cieszyć się tą chwałą. Jednak sprawy nie do końca poszły po ich myśli. Drago odbił cios pierwszego z nich, przed drugim i trzecim się uchylił. Cofając się, lawirując pomiędzy trójką oponentów, unikał ich ataków. Był dla nich zbyt szybki i zwinny. W końcu nadszedł czas na jego kontratak. Pierwszy cios pozbawił jednego z bandytów dłoni. Drugi rozciął gardło innego zbira. Trzeci rozpłatał brzuch kolejnego. Czwarty cios zakończył męki łotra pozbawionego dłoni. Ciosy te padały błyskawicznie, jeden po drugim. Postronnej osobie ciężko byłoby dostrzec w nich coś więcej niż tylko sam szybki ruch. Antares szybko schylił się i wydobył nóż z czaszki jednego z pokonanych zbirów. Schował go. Niezbyt nadawał się na takie okazje. Wydobył sztylet. I ruszył dalej w bój.
Lawirował pomiędzy wrogami, siejąc śmierć. Nie bez powodu w czasach starożytnych (i tych nieco nowszych) w sabatach wampirów istniała ranga Siewcy ÂŚmierci. Sam Dragosani nigdy jej nie piastował... ale z pewnością nadawałby się na takowego. Odbił kilka skierowanych w niego ciosów, uniknął kolejnych. I zaatakował. Ciął szablą, pozbawiając bandytę ręki. Drugi cios skrócił go o głowę. Natychmiast nawiązał walkę z kolejnym przeciwnikiem. Szabla i sztyletem blokował ciosy kling łotra, samemu dążąc do ataku. I w końcu zyskał taką możliwość. Wykorzystał lukę w niezbyt dobrej obronie bandyty i ciął. Ostrze szabli padło na rękę łotra, odcinając ją. Wampir błyskawicznie doskoczył do niego, wbijając mu sztylet w pierś. Idealnie w serce. Wyrwał krótkie ostrze i odskoczył od umierającego oponenta. Na polu bitwy zostawało coraz to mniej przeciwników. Niektórzy próbowali wycofać się do zabudowań.
ÂŻelazny nabój:
43 - 1 = 42
13x Kusznicy
7x Bandyci
Zaidaan:
Po skończeniu wyczerpującej walki, Emerick mógł nabrać nowych sił, nawet dostał jej nadwyżkę z nieznanego źródła. Czuł się teraz niczym młody bóg. Powstał na nogi i szukał wzrokiem nowego przeciwnika. W duchu był wdzięczny innym - Mardukowi jak i Kazmirowi, którzy bronili go przed atakiem bandytów gdy był całkiem wyczerpany. Emerick ruszył do przodu, z jednej strony widział jak nagle brama została zniszczona i na dziedziniec zaczęli się wdzierać taureni, a z drugiej widział jak załoga z Szachraja, paladyni jak i sam król masakrują resztę sług demona. Nagle przed Hetmanem stanęło trzech przeciwników, którzy byli widocznie pewni siebie z racji tej przewagi liczebnej, oni jednak nie wiedzieli, że nie walczą z byle kim. Emerick zgiął nogi w kolanach i czekał. Dwaj zaatakowali równocześnie, trzeci postanowił poczekać z atakiem i okrążyć swoją ofiarę. Pierwszy ciął na odlew na wysokości głowy, drugi natomiast postanowił podciąć nogi. Hetman sprawnie jednak zablokował oba ciosy, używając do tego puklerza i swojego czarnego niczym smoła ostrza. Tego pierwszego odepchnął puklerzem. Uderzenie było tak silne, że aż upadł na dupę upuszczając miecz, na czworaka zaczął po niego iść. Drugi natomiast nie czekał i trzymając miecz oburącz zamierzał zadać kolejny cios. Hetman zasłonił głowę blokując atak. Był na tyle nisko na nogach, podniósł się niczym na sprężynach uderzając bandytę puklerzem w szczękę. Jakiś ząb odbił się od tarczy i spadł na ziemię, a tymczasem Bękart wykonał cios z półobrotu tnąc od góry do dołu po skosie. Ostrze utknęło w ciele, lecz Emerick zdążył je szybko wyciągnąć i zaatakować drugiego bandziora, który jeszcze nie zdążył się podnieść. Upadł na plecy lecz dzielnie zablokował atak Hetmana. Ostrza skrzyżowały się, Emerick parł w dół, a buntownik w górę dając czas, na atak swojemu towarzyszowi. Bękart zauważył, że to nie ma sensu i zdzielił leżącego szarym butem miażdżąc mu żuchwę, bandyta przestał się bronić, a Emerick mógł go w końcu dobić podrżynając gardło. Emerick musiał szybko reagować, ponieważ ten trzeci co okrążał przystąpił do ataku. Trochę za późno, no ale nie jemu to oceniać. Buntownik rozpoczął pojedynek agresywnie tnąc w kształcie "X". Emerick musiał ustąpić trochę pola cofając się do tyłu, lecz po chwili gdy już dowiedział się jak walczy jego przeciwnik, wykonał kontrę. I gdy wróg szykował się do kolejnego zamachu, Bękart Rashera uprzedził przeciwnika błyskawicznym cięciem, odcinając mu rękę z mieczem. Zszokowany bandyta wydarł się we wszystkich językach na raz, rozpaczliwie złapał lewą ręką za sztylet i próbował już tylko udawać, że się broni. Hetman dobił go patrząc mu obojętnie w oczy.
Emerick był już zmęczony walką, nie szukał następnych wrogów, powoli czekał aż reszta jego towarzyszy wybije tą zgraję fanatyków, którzy nie chcą się poddać.
13x Kusznicy
4x Bandyci
Marduk Draven:
Marduke katem oka widział jak jego towarzysze wojują, czuł niemal ich zapał i determinację. I cieszył się z nich. Sam walczył głównie mocą gniewu. Gniew Zartata. Tak siebie czasami tytułował w swych myślach. A jego zadaniem było wypleniać zło. Szło mu to na razie świetnie.
Kolejna z męt zaatakowała. Draven, nawet gdyby liczył, stracił rachubę tego, ilu to już zabił. Kto liczyłby ile rodzin pozostawił bez mężów, ojców, braci, wujów i innych krewnych? Draven odczuwał już lekkie zmęczenie, ale nie okazywał go. Czas na odpoczynek przyjdzie kiedy indziej. Bandyta ciął w biegu, zamaszyście - do prawego skosu - w szyję paladyna, który z łatwością zablokował cios i naparł ramieniem na wroga, odpychając go. Pech chciał, że potknął się o trupa i wywalił. Nie dane było mu wstać. Czarna szabla Marduke'a przebiła jego lewo płuco.
Draven chciał skierować się w stronę króla, lecz nie dane mu to było. Przynajmniej jeszcze nie. Kolejnych trzech maruderów zaatakowało. Ostatni spośród tych, którzy walczyli wręcz. Myśleli, że łatwiej im pójdzie w grupie na paladyna. Jakże się mylili. Zaatakowali jednocześnie. Ten po lewej od góry, bandyta ze środka pchnięciem, zaś delikwent na prawo cięciem z sinisteru. Marduke umknął w tył w kilku szybkich krokach. Tamci natychmiast ponowili natarcie, na co paladyn odpowiedział pchnięciem telekinetycznym. Bandyta po lewej poleciał blisko dwa metry w tył i wywalił się. Draven dobył żelaznego sztyletu i odbił dwa ciosy na raz. Oba skierowane w jego ramiona. Przeszedł na chwilę do defensywy, sprawnie odbijając każdy z wymierzonych w niego ciosów - raz szablą, raz sztyletem. Kopnął w kolano od boku jednego z nich, wykorzystał fakt, że ugiął się i złapał za nie skupił uwagę na drugim. Zalał go serią ciosów sztyletem, oraz czarną klingą i w końcu złapał na błędzie i ukarał za niego. Szabla odrąbała dłoń w przedramieniu, sztylet zaś powędrował w oko. Przebił je i przeszedł aż do mózgu, kończąc kolejny marny żywot. Dwójka podniosła się już. Ten, który dostał w kolano kulał i syczał z bólu. Był bliżej, więc dostał błyskawicznym ciosem szabli w gardło. Krew strzeliła jak fontanna. Zbir zaś bulgotał jak ryba. W tym czasie ostatni z kompanii dobiegł i przymierzał się do cięcia z dexteru, zaś Marduke był zły i zmęczony. Miał tego dość. Odbił cios sztyletem i ciął potężnie od góry szablą. Bandyta zasłonił się, lecz niewiele mu z tego przyszło. Czarna klinga złamała mosiądz i przepołowiła czaszkę na pół.
Marduke zostawił tam szablę i skierował magiczna energię do dłoni.
- Izeshar!- zaikantował i cisnął kulę światła w uciekającego kusznika. Trafił go w plecy. W płuco. Spalił je na popiół. Pozwolił udusić się.- Izeshar!- powtórzył i raz jeszcze cisnął ową kulę w kusznika, który mężnie stał. Zmasakrował jego twarz, zostawiając na jej miejscu wielki, czarny ślad po paleniu.- Izeshar!- rzekł ostatni raz i potraktował pociskiem esencji innego uciekiniera. Trafił w szyję i wypalił ją do zera. Głowa spadła, zaś reszta upadła na nią. Marduke przemieścił się do Dragosaniego.
- Proponuję by zostawić tą piaskownicę i iść do Madarona.- rzucił do króla - wampira.
10x Kusznicy
Nawaar:
W bój również ruszyli taureni, którzy przełamali bramę, rozpoczynając swój własny taniec śmierci. Te bydlaki zabijali samą aparycją, ale można było widzieć koniec tej maskary. Król oraz jego poddani radzili sobie w najlepsze, ale bandyci nie ustępowali choć ich liczby się zmniejszały to postanowili, spieprzyć do budynków.
Krasnolud nie mógł na to pozwolić, żeby część łajz wystrzelała ich jak kaczki. Dlatego pospiesznie opuścił jaszczura, który dobrze sobie radził pomimo małego wyszkolenia więc, nie musiał martwić się o niego. Brodacz rozpędził się na tyle ile mógł w stronę kilku kuszników, uciekających w stronę zabudowań. Dla niego byli akurat dobrym celem, że postanowił się przed nimi przemieścić. Wspaniały był to dar do tego za każdym razem szokował jego przeciwników, co robiła się zabawne. Paladyn nie czekał, tylko jednym uderzeniem obuchem młota w kolano pozbawił mobilności jednego z kuszników, którzy zatrzymali się nie chcą na siebie wpaść. Człowiek z trzaskiem stawu zrobił salto do przodu i wylądował twarzą na ziemi w okolicach jego butów. Drugi cios z góry na dół w potylice zakończył jego żywot, gdy jego mózg już nie mógł funkcjonować. Można rzecz, że umarł szybko i niemal bezboleśnie. Natomiast pozostali przy żuciu dobyli swych sztyletów. Kanclerz chciał to szybko zakończyć i najpierw wycofał się, by móc postawić siebie w korzystniejszej sytuacji, ale tutaj został brutalnie zaatakowany, przez jednego drugi natomiast chciał zajść go od tyłu, bo odkryty element ciała w postaci głowy był łatwym celem. Kiellon miał chwilę czasu i blokując cios jednego sztyletu tarczą to drugi, kontrował młotem. Bandzior miał dość sprawne dłonie, bo umiejętnie posługiwał się krótkim ostrzem, ale w boju nie mógł się porównać niemal do weterana, którego miał przed sobą. Dlatego krasnolud po kolejnym bloku tarczą, odepchnął rywala do tyłu i zrobił piruet, wykorzystując maksymalny zasięg młota, trafił człeka w bark, który był natychmiast wybity. Tutaj trzeba powiedzieć, że dobrze brodacz zrobił, zmieniając pozycję, bo drugi kusznik chciał zajść go od tyłu, a tak to jeno przeleciał do przodu omijając krasnoluda, który wyraźnie uśmiechnął się pod nosem. Kanclerz użył jeszcze telekinezy na tym niezwykle biegnącym do przodu jegomościu i wyobrażając sobie, że jego wola chwyta człeka za ramię ciągnie go do tyłu, czym skutkowało wywaleniem się go na plecy oraz stratę jeden broni i lekko go oszołomiło, także mógł teraz na spokojnie dobić tego niemal bez barku, którego uderzył ponownie z góry na dół, trafiając go tym razem w przedramię. Trzask kości, krzyk człowieka z upadkiem na kolana jeszcze jeden zamach z prawego boku i wykończenie go trafieniem w skroń. Trup na miejscu z bardziej boleśniejszymi przeżyciami. Teraz postanowił wykończyć ostatniego człeka, który dopiero się podnosił, ale nie na długo. Paladyn podszedł do niego, kopnął go ze srebrnego buta w brzuch, co skutkowało upadkiem, potem szybki cios z góry na dół na kręgosłup a skórzana zbroja nie mogła tego przetrzymać i bandyta oberwał bezpośrednio, leżąc już płasko. Brodacz koljeny raz uderzył w potylice swym "Młotem światła", który wymagał już polerki, by rzeczywiście mógł się świecić. Czaszka wraz z mózgiem rozbita na kawałeczki, tak oto trzy trupy na jego koncie.
Kiellon nie bawił się już bezpośrednio, tylko czując się w miarę bezpiecznie położył tarczę z młotem na ziemi, dobywając niezawodnej "fuzyjki". Już dawno go świerzbiło, żeby móc oddać kolejny strzał. Dlatego na spokojnie sobie wymierzył w uciekiniera, który niemal dotarł już do zabudowań. Kanclerz wziął głęboki oddech, wymierzył i nacisnął na spust muszkietu. ÂŻelazny pocisk powędrował w kłębie dymu oraz huku. Huku, który był większy od tego z pistoletu, ale nadal mało słyszalny na placu boju. W każdym razie pocisk przeleciał kawałek, by zatopić się w głowie przeciwnika, który padł na miejscu. Nawet nie zdał sobie pewnie sprawy, co go trafiło, gdy z mózgu zrobiła się sieczka wymieszana z ołowiem.
- To, co robimy władco?! Wydarł się, wciągając pozostałości dymu jaki wydobywał się z lufy muszkietu.
pozostaje 33 żelaznych pocisków
6x Kusznicy
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej