Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

W głąb Zapomnienia

<< < (167/211) > >>

Zaidaan:
Mur padł! Oznaczało to, że właśnie nadszedł moment desantu. Załoga krzyknęła wielkie "Huraa" po zniszczeniu muru, ale jednocześnie szykowali się do inwazji. Zaczęli na szybko ostrzyć swoje bronie, ładować kusze i sprawdzać czy wszystko jest na miejscu. Sternik pokręcił sterem i wyznaczył kurs na wyrwę w fortyfikacjach. Po kilku minutach manewrowania przybił do wyrwy burtą, a tam już mogli dostrzec jak buntownicy zabarykadowali wejście prowizorycznie, acz skutecznie. Posłali z nad barykady parę bełtów raniąch kilku załogantów. Emerick podbiegł jak najszybciej do armaty i wycelował nią w barykadę. Szybko podpalił lont i ukrył się gdzieś aby nie oberwać bełtem. Działo wystrzeliło i posiało grozę, strach i śmierć w szeregach wroga. Barykada została po prostu zmieciona z powierzchni ziemi. Teraz można było przystąpić do desantu. Emerick dostał się do fortu jako pierwszy, aby dodać trochę odwagi swoim ludziom, oraz Raanarom, chociaż ci drudzy tego już chyba nie potrzebowali. Bądź co bądź Emerick znalazł się na miejscu niedawnej barykady gdzie walało się parę rannych bez nogi, tudzież bez ręki, albo poprzebijani drzazgami lub kawałkami drewna z barykady stworzonej z większości ze stołów, krzeseł itp.
Emerick szukał kogoś kto rzucił by mu jakieś wyzwanie, kogoś z kim musiałby się bardziej pomęczyć aby go zabić. Niestety na razie nikogo takiego nie znalazł, pozostał mu jedynie jakiś bandyta biegnący w jego stronę z mieczem, chociaż na plecach miał kuszę. Biedaczyna pewnie od tego stresu po prostu przestał trzeźwo myśleć i postanowił powalczyć jak szalony. Emerick nie mógł mu tego oczywiście zabronić, no ale po co tak ginąc głupio, mogliby się po prostu poddać, wszystkim byłoby to na rękę. Ale wracając do samobójczej szarży kusznika z mieczem. Przeciwnik pochylił miecz do przodu próbując chyba nabić Emericka na to ostrze. Hetman jedynie pokręcił z zażenowaniem głową i odskoczył w ostatnim momencie, aby bandyta nie zdążył wyhamować. Wbił się prosto w kawałek barykady, która nie została zniszczona, ostrze wbiło się po prostu w drewno, a bandyta próbował jak najszybciej je wyciągnąć. Jednak Bękart już się zbliżał i już chyba mógłby szykować sobie miejsce u Rashera, ale..! Ale niespodziewanie zostawił swój miecz w barykadzie i wyciągnął po prostu sztylet! Nawet sztyletem można zabić, więc Emerick zatrzymał się i postanowił poczekać na ruch zbira. Wiedział, że lekceważenie wroga szybko może zakończyć się jego śmiercią, nawet jakby walczył z jednonogim królikiem. Bandzior zaczął krążyć wokół Hetmana dźgając co chwila. Bękart jednak nie dawał się tak dźgać jak jakiś jeleń i blokował lub unikał ataki przeciwnika. Kiedy po raz kolejny bandyta pchnął sztyletem, Emerickowi przez myśl przeszło wykonanie kontry w końcu. Tak też i zrobił, zwinnym i szybkim ruchem wytrącił z ręki wroga jego sztylet pozostawiając go bezbronnego. Ale żeby nie postanowił potem mu wbić noża w plecy, wypadałoby go wykończyć. Emerick ciął skosem od dołu do góry natrafiając na nogę, którą "niechcący" odrąbał. Bandzior upadł z krzykiem na ustach na ziemię błagając o litość, a jako że Hetman to litościwy człowiek to postanowił skrócić jego cierpienia i poderżnął mu gardło, a krew trysnęła brudząc nieco szary but Bękarta.
Wokół panował bitewny zgiełk i chaos. Emerick dostrzegł jak kilkanaście metrów od niego jakiś potężny buntownik robi pogrom z jego ludźmi, który wywijał wokół siebie swoim wielkim mieczem. Ostrze broni raz za razem trafiała w miecze lub ciała próbujących się do niego zbliżyć Valfdeńczyków.
- Odsunąć się!
Krzyknął Hetman Koronny, a jego podkomendni z ulgą wykonali jego rozkaz, szczęśliwi, że sam Hetman zajmie się siejącym grozę przeciwnikiem. Emerick stanął naprzeciwko potężnego buntownika, który chyba jako dzieciak trafił do garnka z obiadem. Spojrzał mu w oczy i nagle przeszły go ciarki, jak nigdy dotąd wcześniej. Brał udział już w wielu bitwach, pojedynkach - to z ludźmi, to z potworami, nawet groźniejszymi od tego przeciwnika lecz to co zobaczył, przeraziło go. Oczy bandyty przepełnione były nienawiścią. Nie taką zwyczajną, ludzką, jaką można żywić do wroga, ale nienawiścią, poza którą już nic więcej nie istnieje. To nie były oczy szaleńca, lecz kogoś kto zatracił człowieczeństwo, został opętany przez jakieś mroczne siły. Emerick już widział to spojrzenie już nie wcale tak dawno temu, pod pokładem, w oczach kapitana. Zaczął żałować, że podjął się tej walki.
Pierwsze uderzenie potężnego miecza, które Bękart zablokował puklerzem, który nie wiadomo kiedy pojawił się w jego drugiej ręce, prawie go przewróciło. Nie zdążył jeszcze dojść do siebie, gdy spadł drugi cios. Na szczęście w wyuczonym od dawna odruchu zdążył się ponownie zasłonić.
Bandyta uderzył. Wściekle i mocno. Emerick wykonał unik i ciął błyskawicznie na odlew. Nie trafił. Jeszcze nigdy mu się to nie przydarzyło, a tymczasem wróg stał nawet niedraśnięty, szczerząc zęby w uśmiechu. Bękart oblał się zimnym potem, a potężny przeciwnik zatoczył młynka mieczem, waląc nim prosto w głowę. Hetman i tym razem się zasłonił, ale siła ciosu odrzuciła go na dobre dwa kroki. Wróg dopadł do niego i walił raz za razem. Bękart Rashera pod siłą ciosów przyklęknął na jedno kolano. Nie mógł nic uczynić, nie był w stanie oddać, mógł się tylko bronić. W pewnym momencie buntownik stanął nad klęczącym, niemogącym złapać tchu Emerickiem. Pewny zwycięstwa zakręcił młyńca i zadał ostatni cios, który miał rozłupać czaszkę Hetmana. Ten tylko na to czekał. Gdy ostrze zbliżało się niosąc śmierć, Emerick wykonał przewrotkę w bok, aby uniknąc morderczego ciosu. Podniósł się z kolan i z impetem ciął od góry do dołu w rękę pochylonego bandyty, który nie zdążył się jeszcze pozbierać po nietrafionym ciosie. Potężna ręka odpadła, a z twarzy buntownika znikł pełen dumy uśmiech. Emerick dla pewności, że ten uśniech zniknął na zawsze, ciął proso w twarz przeciwnika masakrując ją kompletnie. Potężny bandyta padł nieżywy, a Emerick w końcu odetchnął z ulgą, zła moc odeszła, paraliżujący zmysły strach ustąpił i wróciła odwaga. Podniesieni na duchu podkomendni, widząc zwycięstwo kapitana ruszyli w dalszy bój z pełnym zapałem.
Emerick siedział na ziemi wycieńczony walką i nie był w stanie się podnieść. Tępo wpatrywał się w trupa powalonego wroga. Martwe oczy już nie były przepełnione szaleństwem, a strachem, rozpaczą? Nie bacząc na to, że wokół toczy się bój, podczołgał się do trupa i zamknął mu powieki. Musiał chwilę odpocząć nim ruszy dalej w bój.

25x Kusznicy
41x Bandyci

Marduk Draven:
Krew lała się gęsto na polu bitwy, niczym wódeczka na weselu. Jednakże w głowie Marszałka Koronnego nie było teraz takich skojarzeń. To nie był czas  ani miejsce na to. ÂŚrodek bitwy był czymś ważniejszym i poważniejszym. Bitwa z wojskami demona. Lecz ci bandyci byli świadom tego, komu służyli? Czy też po prostu myśleli, że to jakiś tauren - buntownik? Czy Draven zabijał zdeterminowane sługi demonów, czy też zwykłych najemnych zbirów? Odpowiedzi nie znał...

Kusznik próbował wycelować w niego, na co Marduke odpowiedział zwarciem z jednym z bandytów uzbrojonych w miecz. To uniemożliwiło strzelcowi skuteczne wymierzenie i strzał. Tymczasem bandyta ciął z prawej do lewej, podczas gdy Marduke zablokował pionowo. Szabla i miecz skrzyżowały się ze zgrzytem. Pancerna, ćwiekowana rękawica uformowała pięść a Draven uderzył nią bandytę w policzek. Ten aż zatoczył się od siły ciosy. Paladyn nie zmarnował okazji i przebił go swą szablą na wylot w miejscu serca.

Rycerz Zartata zebrał energię magiczną i skierował ją do dłoni. Czuł jak jego gniew łączy się z mocą Zartata, jak potęga kumuluje się w lewej ręce.
- Izeshar.- zainkantował. Kolejny, czerwony jak furia pocisk esencji pojawił się. Wykorzystując telekinezę Marduke cisnął go w kusznika, który próbował go wcześniej ustrzelić. Kula trafiła w jego szyję, wypalając ją całą. Głowa nie mając na czym się wesprzeć spadła i potoczyła się po ziemi, zaś tors upadł chwilę po niej.

Paladyn zebrał raz jeszcze magię, jednocześnie kopiąc jednego z atakujących bandytów by zyskać na czasie. Skupił się na moment na Emericku, którego wyłowił gdzieś wzrokiem. Skoncentrował energię magiczną i skierował ją do niego, jednocześnie rzucając zaklęcie przez inkantację.
- Grashiz!- rzucił czar na Emericka.
Tymczasem bandyta, którego Marduke przez chwilą kopnął zaatakował znowu, tnąc wściekle od lewego skosu - w szyję paladyna. Jednakże ten bez problemu obronił się i odepchnął od siebie wroga, który nie dał łatwo za wygraną i zaatakował znowu, z lewej na prawą. Draven odpowiedział pionowym blokiem i fintą ciosu z prawego skosu wymierzonym w szyję. Bandyta dał się na to złapać  ustawił miecz do ochrony szyi. Draven zaś zawinął mieczem i ciął szybkim, lekko skośnym sinisterem wymierzonym w szyję. Szabla przecięła z łatwością mięso, skórę i kość, dekapitując oponenta, którego głowa potoczyła się po podłodze.

Energia magiczna popłynęła znowu do ręki. Gniew i wiara człowieka zmieszały się ze świetlistą i z natury dobrą potęgą pana aniołów - Zartata. Obrał za cel kusznika, który właśnie posłał do piachu jakiegoś valfdeńczyka.
- Izeshar!- zainkantował. Cisnął kulę świetlistej energii w kusznika, który nawet nie patrzył na rycerza i miał się nigdy nie dowiedzieć co i kto go zabiło. Pocisk esencji wypalił bowiem dziurę w jego prawym płucu, lub raczej w torsie bo po płucu nie zostało kompletnie nic prócz prochu.

Marduke błyskawicznie odwrócił się i zablokował odgórne cięcie ustawiając miecz poziomo, jednakże pod kątem, dzięki czemu brzeszczot bandyty ześlizgnął się. Draven kopnął przeciwnika kolanem w brzuch i przymierzył się do kończącego wszystko ciosu, jednakże bandyta, choć ugięty i trzymający się za brzuch, nie dał się ku zdziwieniu paladyna tak łatwo i wywinął spod spadającej szabli, który urżnęła głowę jakiemuś trupowi. Bandyta pchnął ramieniem rycerza i ciął na odlew w w jego szyję. Draven zablokował pionowo. Ostrza zgrzytnęły i skrzyżowały się. Prawy i nie prawy człek się siłowali chwilę, aż zdenerwowany bandyta dobył sztyleta i postanowił udźgać nim paladyna, celując w bok.. Jednakże Marduke skrócił dystans i ujął rękę zbira w nadgarstku, między torsem a ramieniem, mocno ściskając stalą, musiał jednak ustąpić przy skrzyżowaniu miecza i szabli, z racji tego, że ujął sztylet między prawą część torsu i prawe ramię. Bandyta wykorzystał to i przymierzył się do ciosu wycelowanego od góry w szyję paladyna. Marduke wolną ręką błyskawicznie dobył żelaznego sztyletu i błyskawicznym pchnięciem zatopił go tuż nad grdyką oponenta, który coś zaharczał i zaczął krztusić się krwią, łapczywie starając się wziąć choćby jeden wdech powietrza. Paladyn wyjął żelazo z jego szyi i pozwolił trupowi się osunąć na ziemię.

Następnie zaatakowało go dwóch przeciwników na raz. Oboje cięli z dwóch różnych stron. Jeden zamaszyście, na odlew w pierś Marduke'a. Drugi zaś ze z błyskawicznego dexteru wymierzonego w szyję przeciwnika. Draven odbił szablą cięcie na odlew, sztyletem zaś obronił się przed cięciem z prawej, czyli z dexteru. Paladyn kopnął tego po prawej, który uderzał w jego pierś i wycofał się o półtora kroku. Chciał początkowo wywinąć się w piruecie między nich, lecz wiedział, że w zbroi płytowej wyszłoby to dość koślawo. Pozwolił im zaatakować. Cięli niemal równocześnie. Ten po lewej od góry z lekkiego skosu, który miał pomóc mu w ataku na szyję. Ten po prawej zaś wykonał pchnięcie w pachwinę paladyna, połączone z wypadem na jedno kolano. Choć dwóch wrogów dawało większe wyzwanie niż jeden, to nie bez powodu paladyn był Kanclerzem Bractwa. Sztyletem odbił cios tego po lewej, kopnął go w brzuch i skupił się na tym drugim. Szablą uderzył w jego miecz, gdy ten atakował, łamiąc klingę na pół. Przed połową było bardzo łatwo już umknąć, co Draven zrobił. Szybkim i zdecydowanym ruchem pchnął sztylet w ucho zbira, wbijając go w mózg. Drugi zdążył już znowu dojść do paladyna i ciąć z góry, oburącz, w głowę Marduke zablokował poziomo szablą i wbił sztylet pod żebra bandyty. Ten złapał się za ranę i zawył. Stracił koncentrację. Draven wykorzystał to i zanurkował klingą szabli. Wbił ją w żuchwę przeciwnika. Naparł tak mocno, że wyszła szczytem czaszki. Wyjął z ciała oba ostrza i rozejrzał się.
- Drago, Kiellon!- zawołał.- Marnujemy czas! Musimy iść do Madarona!- zakomunikował.

23x Kusznicy
36x Bandyci

Gascaden:
I oto, po tak długim oczekiwaniu mur wreszcie ustąpił, a Szachraj przeszedł do desantu. Gascaden jeszcze przed zejściem na ląd wymówił modlitwę do Zartata, aby ten dał mu siłę w nadchodzącej batalii. To będzie pierwsza taka wielka bitwa w życiu Jaszczuroczłeka. Młody rycerz dobył swoich broni, zostawiając puklerz na plecach, postanowił zaufać swoim umiejętnościom w władaniu toporem i młotem. Powoli kroczył przed siebie, z opuszczoną głową, wśród reszty załogi nacierającej na pozycję buntowników. Nie śpieszył się, wiedział, że i tak zdąży, że i tak dla niego trochę zostanie. W końcu wszedł w sam środek zgiełku i chaosu jaki się tu rozgrywał. Dostrzegł przed sobą jednego bandytę, kilkadziesiąt metrów od niego. Stanął mu naprzeciw i kroczył w jego kierunku. Właśnie zbliżył się do jednego z wrogów, który stał, oczekując na ruch Jaszczuroczłeka. Gniew zawładnął nim bez reszty. Pojawił się nagle, jakby przed chwilą. Zdał sobie sprawę dla kogo służy ów człowiek i jakich dopuścił się okrucieństw, zbrodni i mordów. Nie zamierzał okazać mu litości, miał to za niego zrobić jego bóg, w którego głęboko wierzył - Zartat. Pomimo wzburzenia i wypełniającego go gniewu, na chłodno ocenił sytuację. Bandyta nie był uzbrojony w nic, co mogłoby stanowić większe zagrożenie dla życia Gascadena, mimo to nie mógł po prostu na niego ruszyć z gołymi rękoma. Jednak, jaszczur dostrzegł jak zbliża się kolejny buntownik aby wspomóc swojego towarzysza broni, gdzieś daleko dojrzał też kusznika, który chyba zobaczył co się święci i zamierzał pozbyć się gada jak najszybciej, pewnie zdawał sobie sprawę jak groźni mogą być tacy przeciwnicy. Dwójka wrogów zaatakowała. Pierwszy, brodaty, pewny siebie uderzył od góry. Jednocześnie ustawiony po przekątnej drugi bandzior ciął w nogi. Kombinacja wydawała się nie do obrony, ale Gascaden wykonał błyskawiczny półobrót, unikając miecza brodacza, a jednocześnie zszedł z linii cięcia w nogi, znalazł się za plecami pierwszego z przeciwników, uderzył mocno toporem w odsłonięty kark. Coś chrupło, a jedna z tętnic szyjnych została przecięta i krew zaczęła się lać litrami we wszystkie strony. Głowa trzymała się dosłownie ledwo na reszcie mięśni, trup upadł na ziemię. Nie było czasu na oglądanie tych makabrycznych scen, ponieważ Gascaden musiał odpowiedzieć na następny atak. Przyjął cios na zastawę, ciął w biodro, powalając wroga na ziemię, szybko dobił go młotem miażdżąc czaszkę pokazując mózg. Gdzieś tam jeszcze usłyszał krzyk kolejnego buntownika zmierzającego w jego kierunku. Wyprowadził pchnięcie, lecz zręczny jaszczur uniknął ciosu i sam zawinął topór i ciął na odlew. ostrze przecięło gardło, napastnik zacharczał i gdy już miał zwalić się u stóp. Jaszczuroczłek upuścił broń i złapał ciało i szybko wykorzystał je jako (nie)żywą tarczę przed lecącym w jego kierunku bełtem od kusznika, który już od dawna szykował się aby zastrzelić jaszczura. Gascaden dojrzał to w ostatniej chwili, jak kusznik celuje w jego kierunku. ÂŚmiercionośny pocisk wbił się w ciało i tam pozostał, ratując życie rycerzowi Bractwa. Jaszczur zamierzał się zemścić na strzelcu, za tą niehonorową próbę zabójstwa.
Ruszył biegiem w kierunku niedoszłego zabójcy rycerza, po drodze mijając swoich i wrogów walczących między sobą z zaciekłością. Jego priorytetem było teraz dorwanie i uciszenie stanowiska strzelniczego, aby kusznik nie mógł już więcej mordować tak bezkarnie. Dystans między zakonnikiem, a kusznikiem malała z każdą sekundą, a ładowanie kuszy trochę trwało. Gdy buntownik już naciągał bełt, Jaszczuroczłek wykorzystując swoją prędkość, wykonał obrót i uderzył z impetem swoim ogonem w łeb przeciwnika. Padł na ziemię nieprzytomny. Jaszczur nie tracąc na prędkości wbił się w innego zbira, w którym zatopił swoje dziesiątki ostrych jak brzytwa zębów, a potem popchnął z całej siły na drugiego przeciwnika. Ugryziony w szyję wydarł się w niebogłosy i po chwili stracił przytomność. Drugi zbir natomiast się po prostu przewrócił po niespodziewanym oberwaniu od swojego. Przerażony zaczął się wycofywać do tyłu nie podnosząc się z ziemi. Gascaden szedł tuż za nim nie śpiesząc się. W końcu zamachnął się i ciął toporem po skosie od góry do dołu po piersi biedaka, a następnie rąbnął toporem w łeb miażdżąc czaszkę z tej strony i kończąc na mózgu. Po chwili wyciągnął topór z czaszki i dostrzegł, że znajduje się niedaleko znajomego krasnoluda. Podszedł bliżej i odwrócił się do niego plecami zabezpieczając jego tył. Przyjął postawę bojową i czekał na kolejnych przeciwników.
- Witaj przyjacielu.

23x Kusznicy (jeden nieprzytomny)
32x Bandyci (jeden ugryziony, nieprzytomny. Umrze w przeciągu doby)

Nawaar:
Kiellon szybko się ogarnął na placu boju pośród swych towarzyszy, którzy już dobili do brzegu, mogąc teraz wesprzeć walczących rycerzy i króla swego! Wszyscy dzielnie walczyli, ale wrogów nadal była kupa. Kupa ta śmierdziała krwią, łzami, trzaskaniem kości oraz samą kupą w sobie! Przełożony krasnoluda wydał rozkaz zaatakowania głównego sprawcę tego zamieszania, na co brodacz rzekł.
    - Za dużo! Nie dotrzem! Odpowiedział i wziął sprawy w swoje ręce, bo miał okazję do pozbycia się kolejnych przeciwników, co mogło ułatwić dotarcie do nadrzędnego celu. Dlatego rozpoczął zabawę z trzema bandytami dość łatwo ich prowokując. - Spałem z waszą matką! Synki! Bandyci do najinteligentniejszych nie należeli, więc przypuścili atak, dobywając swoich mieczy. Krasnolud rozpędził się w ich stronę, co sugerowało, że idzie na żywioł, ale będąc tuż przed nimi użył przemieszczenia, teleportując się jakoby za ich plecami. Ludzie stracili go z oczu, głupiejąc na chwilę dopóki nie spadł pierwszy cios! Paladyn mając mało czasu, zamachnął się za głowy, trafiając człowieka w środku bezpośrednio, w kręgosłup, który pękł człowiek zemdlał i padł, ale nadal żył. Chciałoby się rzec, co to za życie kurwa, tudzież jego kompani odwrócili się, uderzając w kierunku głowy brodacza, który instynktownie podniósł swą tarczę. Głuche uderzenie ostrz o kawał blachy rozniosło się w ich obrębie i tak cios za ciosem, a blok za blokiem. Krasnolud był w opałach, lecz nie z takich wychodził, bo trzeba było chwili, żeby mógł zrobić skuteczną kontrę, by trafić jednego przeciwnika w stopę. Tym razem na nieszczęście bandyty kość śródstopia pękła, a wraz z nią wola walki kolejnego rywala, posłanego na brudną ziemię. Pozostał jeszcze jeden zdolny do dalszego działania, lecz ten typ napierał już mocniej z racji braku towarzysza, ale tutaj kanclerz ustępował kroku dopóki jego but, nie zatrzymał się na zwłoka, które wykorzystał do podparcia się, i odepchnięcia wroga. Bandyta cofnął się na dwa metry, co brodacz sukcesywnie wykorzystał, brnąc do przodu. Uderzał młotem z ukosa, co rusz chowając się za tarczą. W końcu jego rywal ustępował mu pola, dając lepszą pozycję do ataku, bo krasnolud zrobił piruet z lewej będąc skryty za tarczą, a prawą ręką dał upust obuchowi młota, który był wymierzony w żebra człowieka. Ten chyba na swoje szczęście zasłonił się ramieniem, lecz siła obrotu nadała młotowi taką moc, że połamała rękę nieszczęśnikowi. Człowiek nie miał szans się osłonić przed drugim atakiem, wymierzonym w skroń. Cios obuchu skutkował zmiażdżeniem czaszki oraz natychmiastową śmierci. W gruncie rzeczy nie było co zbierać. Pozostała jeszcze dwójka jeden z połamaną stopą i drugi nadal zemdlony. Paladyn rzucił się najpierw na tego, który dawał oznaki życia. Brodacz doskakując do niego, unikał ostrza miecza, bo ów człowiek wymachiwał nim na lewo i prawo, ale tutaj nie było finezji ani filozofii, tylko po prostu najzwyklejsza utrata siły, ale Kiellon sobie z tym poradził, nadeptując mu na poranioną stopę. Paraliżujący ból spowodowanym dotknięciem srebrnego płytowego obuwia z miękką skórą, sprawiło, że człowieczyna syknął przeraźliwie i wypuścił swój miecz. Kanclerz nie czekał dłużej, zrobił dwa kroki do przodu, uderzył z góry na dół w brzuch delikwenta, powodując bolesne rany oraz zgięcie człeka w pół. Uczynił to tak, by zadać wykończający cios bezpośrednio w głowę, co uczynił bez większych emocji uderzając obuchem z góry na dół, pozbawiając bandytę życia na miejscu, po nie małych torturach. Ciało padło bez życia na ziemię, ozdabiając zbroje, młot czerwoną posoką i resztkami mózgu. Jeszcze pozostał jeden w bezruchu, którego najzwyczajniej w świecie podszedł, uderzając kilkukrotnie z góry na dół kanciastą stroną tarczy w kark. Skóra jak i odcinek szyjny kręgosłupa uległ, przecinając go a tym samym kończąc żywot kolejnego przeciwnika.
    Krasnolud miał jeszcze w sobie wolę walki, ale nie zorientował się, że ktoś już na niego wbiegał, gdy brodacz przecinał kręgosłup. Kolejny bandyta rozpoczynając szarże, nie spodziewał się użycia magii, przez krasnoluda, bo ten telekinezą szarpnął za nogę, która miała uczynić krok do przodu. Bandzior zachwiał się i poleciał na krasnoluda, uderzając głową w tors brodacza. - Guz nabity na bank. Daj przyłożę coś zimnego! Powiedział niemal z matczyną troską, ale kolejne kroki nie były przyjemne, bo nim się człowiek zorientował, został uderzony z góry na dół, przez srebrny młot w potylicę. Mężczyzna padł pod stopami swego ciemiężyciela z mózgiem, wypływającym z oczodołów i uszu.
    Kanclerzowi już nie chciało się walczyć bezpośrednio, ale jeszcze zebrał w sobie moc magiczną, opuścił młot i rzekł inkantację znaną już nie jednemu. - Izeshar! W dłoni pojawiła mu się kula bladej energii, wymierzona ona została w kusznika. Pocisk magiczny poleciał za pomocą telekinezy trafiając biednego człeka, który mierzył w stronę Emericka. Energia magiczna wypaliła mu w brzuchu dość szeroką dziurę, a reszta niestrawionych organów wyleciała na ziemię, a obok nich osunęły się kolejne zwłoki.
    Krasnolud zakończył na razie rzeź, czekając na polecenie króla, co mają dalej robić. Mimo tego zasłonił się tarczą i młot powrócił w jego dłonie. W tym szale nawet nie zauważył jaszczuroczłeka, który go obstawiał! - Dam ci coś specjalnego. Rzekł do niego, zbierając pozostałości mocy magicznej w jego duszy, by wypowiedzieć inkantację i położyć dłoń na łuskach brata zakonnego. - Grashiz! Moc magiczna zawarta w tym zaklęciu wypełniła mięśnie Gascadena. - Walcz dalej w imię Zartata. Tak mu polecił przełożony!

   
   
22x Kusznicy (jeden nieprzytomny)
28x Bandyci (jeden ugryziony, nieprzytomny. Umrze w przeciągu doby)

Kazmir MacBrewmann:
Bełty latały wszędzie, trup ścielił się gęsto a Kazmirowi przypomniała się nie tak dawna bitwa, nie tak daleko stąd. Zachód i Północ od zawsze miały przejebane, nie bardzo wiedzieć czemu. Krasnolud miał idealną pozycje strzelecką za jakimś gruzem, mógł tam wygodnie leżeć i strzelać. Tak też robił. Jakiś bandyta biegł w kierunku Emericka który zasłużył sobie na awans. Kaz mu tego nie powie, bo nie. Kapral pociągnął za spust, srebrny bełt trafił w lewe płuco bandyty odsyłając go do Rashera.

   
22x Kusznicy (jeden nieprzytomny)
27x Bandyci (jeden ugryziony, nieprzytomny. Umrze w przeciągu doby)

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej