Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

W głąb Zapomnienia

<< < (68/211) > >>

Zaidaan:
- Pierdolone cholerstwo zajebane! Stfu!
Zaczął kląć niemiłosiernie na te wszystkie małe krwiopijce, które są o wiele gorsze od tych większych wampirzych. Cały czas zajęty był biciem się za komarami. Gdy zobaczył trupią czaszkę całkiem go zmroziło. A gdy zobaczył wywróconą kapliczkę Zartata zmieszał się nieco.
- Widać, że się tu trochę zmieniło, poddani zmienili religię?

Marduk Draven:
Marduke'a przed komarami chronił pancerz, hełm oraz kaptur. Było mu co prawda pieruńsko gorąco, ale wolał już to, niż gdyby miał się całą podróż drapać. A cebuli pod ręką nie miał, by smarować użądlenia moskitów. Było to chłopskie rozwiązanie, ale zawsze jakieś. Tym co go jednak rozsierdziło, była przewrócona kapliczka Zartata i jakaś inna postawiona w jego miejsce. Aż wstał z wozu, gdy ten zatrzymał się przez blokadę.
- ÂŚmierdzi mi to tym kultystą i ogrem, którego spotkaliśmy parę dni temu.- oznajmił.- Kiellon, Gascaden, trzeba podnieść tą kapliczkę Zartata i przesunąć tą nową! Ino żywo do pomóżcie mi!

Gascaden:
Gascadenowi przez te wiele dni komary nic nie robiły. ÂŁuski doskonale broniły go przed przeklętymi natrętami, które zostały stworzone by uprzykrzać życie innym. W dodatku był w swoim żywiole, klimacie, upał działał tylko na jego korzyść. Tylko czekał aż w końcu będzie mógł rozprostować kości i odciąć łeb przeciwnikowi. Co prawda nie wiedział co zatrzymało ponownie karawanę, ale gdy usłyszał szefa od razu stanął na równe nogi i ruszył na przód. Gdy zobaczył wywróconą i zniszczoną kapliczkę Zartata opanował go gniew i chęć zemsty, równocześnie też pomodlił się do boga prosząc o przebaczenie. Czekał teraz tylko na krasnoluda.

Dragosani:
Gdy wampir zobaczył kapliczki, zatrzymał wóz. Zaklął coś pod nosem.
- Ludzie żyjący w dżungli zawsze byli...  trochę odmienni - odparł Emerickowi, gdy kolejna chmara komarów ominęła wampirzego mutanta i zaczęła żywić się biednym Hetmanem. Wampir nie schodził z wozu. Jeszcze by brakowało, żeby pomagał zakonnikom naprawiać kapliczkę ich boga. Pozostał jednak czujny. Ktoś musiał postawić nową rzeźbę i składać pod nią dary.

Nawaar:
Towarzysze sobie minęli most i dość pozornie ciekawych jegomości, ale pewnie kim oni byli wszyscy dowiemy się na końcu przygody, gdy dojdzie do pełnej konfrontacji, jednakże może to byli słudzy boży? Którzy uratują towarzyszy na sam koniec, bo nie jedna historia tak się dziwnie zaczynała. W każdym razie podróż trwała bez większych ekscesów ku miejscu przeznaczenia, mijało się kilka zajazdów, ale nic wielkiego tam nie było! Jadło, chlanie i spanie taki standard i w sumie dobrze, po drodze również nie spotkano żadnych wozów wymagających pomocy, więc było spokojniutko. Wszystko miało oczywiście swoje granie, gdyż jadąc w kierunku wyspy musieli zahaczyć o dżungle! Cholera do tego było dość ciepło i mokro jak w niejednym burdelu, lecz tutaj doszły jeszcze obrzydliwe bzyczenie w postaci komarów, ale jak zawsze nie było to kilka sztuk a całe roje. Brodacz spał słodko w swej nieświadomości dopóki nie usłyszał charakterystycznego bzyczenia wtedy otworzył oczy! Robactwo momentalnie rzuciły się na spoconego brodacza, który nie miał odzienia na głowie i dłoniach! Dość wnerwiające to było. - Sukinsyny więcej ich matka nie miała?! Zapytał dość retorycznie, ale i głośno. W końcu jednał wpadł na pomysł, aby miotać w lewo i prawo telekinezą. Najlepsze rozwiązanie na to ustrojstwo i od razu poprawiło mu humor, bo te latające kurwiele rozbijały się o drzewa i innych jego towarzyszy! - Nie ma to jak telekineza. Chwała Zartatowi za dar magii. Uśmiechnął się szeroko, gdy kolejne fale komarów rozbiły się a wóz jechał dalej. W końcu natrafili na tutejsze miejsce kultu czyli kaplice boga światła i aniołów oraz patrona dzielnych rycerzy nawet tych obłędnych! Widać było, że coś tutaj nie grało, gdyż została wywrócona i to nie sama z siebie. - Wandali nigdy nie brakuje, ale cóż ludy lasu są jakie są i trzeba zaakceptować ich wierzenia, jednakże jestem pewien, że za chwilę wyląduje z powrotem na ziemi, ale tego idę! Kiellon zeskoczył z wozu i wtedy się zaczęło! Banda robactwa chciała smaku zemsty za zabicie ich kamratów i dosłownie obsiadły paladyna. - Pijcie, pijcie, ale kac wam tak szybko nie minie hiehiehiehie. Mówiąc to podszedł do postumentu/figury boga, po tym skłonił się i zaczął ją normalnie podnosić, bo co innego mógł teraz zrobić? - Ciężkie ustrojstwo we trzech musim i ten z ogonem jest w swoim żywiole, więc chyżo pany. Proponuję również rozejrzeć się dookoła, bo możliwie, iż natrafimy na jakiś ślad. Dodał jeszcze coś od siebie, gdyż Marduke był dość lakoniczny.   

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej