Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Złapać byka za rogi
Dragosani:
- Czyli, jak rozumiem, zapasik który wam dałem na weselu się marnuje? - zapytał Drago i zaśmiał się wspominając ten genialny prezent, jaki podarował parze młodej. - Deva chyba gdzieś widziano jakiś czas temu, ale tak sporadycznie. Nie mam pojęcia gdzie jest. - Wzruszył ramionami. ÂŁuna światła widziana na drodze zbliżała się. No ale wokół był las, innej drogi nie było, więc nie bardzo mogli ją ominąć. Jeżeli oczywiście to cokolwiek "niebezpiecznego".
Patty:
- Nawet nie odbiera należnych mu pieniędzy za ziemie. Może nie żyje - anielica wykonała połączenie przerażonej i rozbawionej minki, znała zamiłowanie męża do pieniędzy, choć Devristus zdawał się pożądać ich dla samego posiadania, nigdy nie widziała, by coś z nimi robił - Niezła łuna tak swoją drogą. Spodziewamy się kłopotów tak blisko stolicy?
Dragosani:
- Spodziewaj się niespodziewanego - mruknął krótko Drago. Spojrzał w stronę łuny. Zmarszczył brwi. - Zobaczymy. Gdyby to miało być coś naprawdę groźnego, to nie byłoby tak widoczne. Ale jeśli chcesz wpierw sprawdzić drogę, to nie zatrzymuje cię, leć mój aniele! - powiedział, wcale nie zatapiając w ironii ostatnich słów. Może odrobinę.
Patty:
- A polecę, czemu nie. Zatrzymaj wóz - anielica co prawda była sprawna na tyle by zeskoczyć z jadącego wozu i nie skręcić sobie nogi czy karku podczas tego procesu, ale wolała nie ryzykować po nocy, nigdy nie wiadomo co fortuna sobie pomyśli, lepiej nie kusić losu. Gdy Dragosani zatrzymał wóz Patty zeszła na drogę i rozpostarła potężne, czarne skrzydła. Lotki piór zaszumiały cicho, gdy anielica mocnymi uderzeniami skrzydeł wzniosła się w powietrze. Szybko wzniosła się ponad korony drzew i odleciała w stronę tajemniczego zjawiska, będącego prawdopodobnie ogniskiem zdrożonych wędrowców. Lub płonącymi sadybami wieśniaków, któż mógł to wiedzieć.
Dragosani:
Widok spadającej z wozu anielicy byłby zapewne niezwykle zabawny, ale jednak Drago był dobrym wampirem, więc zatrzymał wóz. Gdy Patty odleciała, zeskoczył z niego i wszedł w las w sobie tylko znanym celu. Koń zaprzężony do wozu parsknął, jakby prześmiewczo.
Czaronoskrzydła zaś leciała sobie przez ciemną noc. W powietrzu było piekielnie zimno. Wiał wiatr, który nie tylko utrudniał lot, ale i mroził kości. No ogólnie było zimno i anielica poczuła, jak sztywnieją jej sutki. Sterczały teraz jakoby wyniosłe głazy na szczytach gór, którymi były jej piersi. Napierały na materiał koszuli skrzydlatej kobiety, uwidoczniając się jako takie dwa punkciki. Oczywiście wszystko i tak ukrywał kubrak, ale wyobrazić sobie można. W ogóle to było zimno!
Anielica lecąc nad opanowaną przez noc ziemią, dostrzegła źródło światła. Nie było to nic groźnego, chociaż mogło być źródłem ciekawych wydarzeń. Przy trakcie znajdował się bowiem zajazd. Duży z kilkoma budynkami, otoczony palisadą i jasno oświetlony.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej