Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Na zachodzie bez zmian II - Wschodni Wiatr
Silion aep Mor:
No i uj bombki strzelił... - pomyślał widząc że bandyci celują w jego stronę. Nagle usłyszał rżenie konia i poleciał na plecy. Nie miał czasu do stracenia, szybko i zwinnie podniósł się wykorzystując to iż koń stanął dęba jako zasłonę oraz swój wzrost i czmychnął za jeden z dużych kamieni znajdujących się obok.
Wokół było ciemno, adrenalina zaczynała powoli krążyć po organizmie, wiedział że musi coś zrobić...
Szybko acz cicho złapał za jedną z kusz i zaczął ją ładować, starał się to zrobić jak najszybciej i najdokładniej zarazem.
Mężczyźni nie widzieli jakoś świetnie w nocy zwłaszcza będąc trochę oślepionym pochodniami które stały nieopodal bramy do wsi przy której dopiero co stali.
Oni dość zmieszani szli powoli w stronę konia który wystraszony pobiegł gdzieś w bok omijając ich w strachu.
- Kurwa, gdzie on zniknął? - krzyknął jeden do drugiego.
- Uj to wie! Cholero wyłaź, chcemy porozmawiać! - krzyknął z ironią.
Tymczasem krasnolud już załadował pierwszą kuszę po czym skradając się przemieścił się za kamień stojący 10 metrów po lewej. Zabrał się za ładowanie drugiej kuszy. ÂŁadował żelazny bełt, tak jak do poprzedniej.
Bandziory śmieszkowały sobie, dwóch z nich wystrzeliło w miejsce gdzie wcześniej znajdował się krasnolud. Jeden trafił w kamień a drugi nie trafił w nic. Nagle krasnolud usłyszał świst nad głową i bełt przeleciał nad kamieniem (tym drugim) za którym teraz się chował po czym wbił się w drzewo.
- Gdzie ty strzelasz zapijaczona mordo? - krzyknął jeden z bandziorów - Nie marnuj bełtów. - dodał.
Mężczyźni już byli przy kamieniu za którym wcześniej chował się brodacz.
- Kurwa, nie ma go tutaj. Co jee... - nagle urwał gdyż poczuł głęboko w czaszce zimne żelazo, stojący obok, kolega bandyty również otrzymał strzał w głowę.
Krasnolud powoli zaczął iść w lewo na ugiętych kolanach w stronę krawędzi kamienia, wszedł za nią i przywarł do boku kamienia tak że nikt go nie widział.
Zawiesił sobie kusze tam gdzie być powinny przy pasie, złapał miksturę tymczasowej niewidzialności i odkorkował, wypił szybko.
Nagle poczuł dziwne mrowienie w całym ciele, po chwili już nie widział swoich rąk. Zniknął magicznie. Dobył swego szklanego noża po czym skradając się okrążył kamień i wciąż na ugiętych nogach, uważając by nic nie zaszeleściło zaszedł wrogów od tyłu na odległość około 2-ch metrów. Skupił się i rzucił. Ilusmirskie szkło bez problemu poradziło sobie z hełmem bandziora wchodząc głęboko. Podczas gdy ostatni wrogowie się odwracali, krasnolud chwycił za topór, doskoczył, pierwszego mężczyznę trafił bezpośrednio czarną rudą w szyję zanim ten w ogóle się odwrócił. Drugi już podnosił kuszę by strzelić lecz została ona trafiona toporem i wypadła z rąk. Pozbawiony broni dystansowej, ostatni z wrogów dobył szybko broni białej i zaatakował pchnięciem. Zabójca odskoczył w bok po czym przy pomocy piruetu i wykorzystując siłę pędu przemieścił się za ochroniarza i uderzył go z impetem toporem bezpośrednio w czaszkę. Było słychać tylko chrupnięcie.
Mężczyzna po wszystkim ponownie schował się za kamieniem, tak dla własnego bezpieczeństwa.
//Pozostało: 0 wrogów
Kazmir MacBrewmann:
//Silion
Wszyscy padli martwi, niestety we wsi ogłoszono alarm. Zauważasz dodatkowych 10 ludzi prz wjeździe do wioski. Twój koń leży martwy gdzieś dalej. Co robisz?
//Wioska
- Oczywiście, kiedy tu dotarłem z misją od Kruczego Bractwa myślałem że będzie inaczej, a los spłatał figla i o. Po paru latach jestem tu. Kapral w kompanii najemników, szlachcic. W życiu nie myślał żem o tym. Miałem przeca kopalnie po ojcu przejąć.
Silion aep Mor:
Mężczyzna usłyszał ostatnie rżenie swego konia, wiedział że prawdopodobnie dokonał on swego żywota. Było mu go żal ale teraz to musiał ratować swoje dupsko. Na nic nie czekając podszedł na ugiętych nogach do trupa leżącego kilka kroków obok, wyjął mu z głowy swój szklany nóż, po czym zaczął się ewakuować z tego miejsca. Wcześniej zanim gdziekolwiek się ruszył schował topór.
Nowi bandyci podstawieni na bramę wioski jeszcze nie wiedzieli gdzie znajdował się ich wróg i ile ich było, tak więc kruk - który już krukiem być nie powinien - oddalił się jak najdalej od wioski po czym gdy był już na tyle daleko iż nikt go nie usłyszy, biegiem ruszył w stronę miejsca w którym stacjonowały Bękarty Rashera...
Oj był pewien że chwile mu zejdzie by tam dotrzeć na nogach.
Narrator:
Dotarłeś po półtora godzinnym marszu
Silion aep Mor:
Wreszcie dotarł, trochę zmęczony i zmachany ale dotarł. Widząc wieś aż przyspieszył i biegiem wpadł do środka.
Zaczął się kręcić po wsi szukając wiadomo kogo.
- Kazek, chodź no tutaj! - zawołał gdy wreszcie go odnalazł.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej