Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Na zachodzie bez zmian I
Merith:
- Torreno to lisz. Może nawet arcylisz. Więc taka zbroja by mu wielce pomogła. Więc wiecie... no nic. Kapturku ty odsapnij, my bierzemy sie za przygotowanie obrony.
Rikka Malkain:
-Jasne. Zostanę tutaj, gdybyście mnie potrzebowali. Chociaż, po prawdzie to wolałabym żeby nikt mi nie przeszkadzał. Pewnie się trochę zdrzemnę, a śpiącą kobietę bardzo nieładnie nachodzić!
Odpowiedziała. Rzeczywiście, po takiej nocy pełnej wrażeń przyda jej się trochę odpoczynku. Zaczęła się zatem rozglądać za jakimś wygodniejszym siedzeniem niż drewniany stołek. Do głowy przyszło jej też, że gdyby dopadła ją nuda to zawsze może zdobyć się na chwilę koncentracji i przeczytać wszystkie zdobyte listy, oraz dziennik kapitana. Raczej nie wyglądało na jakąś szczególnie pasjonującą lekturę, ale co innego będzie miała do roboty?
Kazmir MacBrewmann:
- Tam masz izbę do spania, śmierdzi Ashogiem ale no cóż... w łożu sołtysa raczej nie wypada spać. Wskazał kierunek Kapturkowi.
- Lisz nie lisz, jeśli coś krwawi to da się zabić.
Egbert:
Czy lisze krwawią? Przemknęło Egbertowi przez myśl. Na nim opowieść elfa o zaczarowanej zbroi też nie zrobiła jakiegoś większego wrażenia. Nie należał do ludzi, którzy chcieliby uganiać się po całym świecie za jakąś bajką. Nie, on wolał spędzać czas robiąc coś bardziej pożytecznego. Rąbanie skurwysynów zaś bez dwóch zdań zaliczało się do zajęć pożytecznych. Wielki najemnik wstał od stołu niemal przewracając swój stołek i zakasał rękawy. Pora żeby wziąć się do roboty i przygotować tamtym porządne powitanie. Niech się zdziwią, pomyślał poprawiając pas z mieczem.
Merith:
- Tak, zabić się da. Ale się odrodzi. Módlcie się że zabrał serce na Marant.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej