Przyznam że mogło być to naprawdę miłe przedpołudnie, spędzone na dogryzaniu sobie na wzajem. No ale jak zwykle jakieś obesrańce musiały zepsuć, tę jakże przyjemną wymianę zdań.
-Ta, znamy się z kibelka.-Odpowiedziałem tak samo zrelaksowanym tonem Dragowi. Następnie zacząłem zsiadać z konia i gdy stałem na ziemi powiedziałem mu:
-Jeśliś głodny, to zaraz będziesz mógł sobie podjeść. Szef kuchni dzisiaj serwuje, trzech pajaców i kloszarda.
Następnie wyciągnąłem miecz z pochwy na plecach i ruszyłem w kierunku przeciwników. Po trzech krokach zawołałem szyderczo do zbirów, aby ich sprowokować.
-Cześć Jętek, jak tam doprałeś gacie?
Tak jak się spodziewałem, moja prowokacja podziałała. Wszyscy zaczęli biec w moją stronę, szykując grupowy atak. Co prawda w tym momencie ryzykowałem życie, w końcu gdzie wrogów kupa tam i szermierz dupa. Tylko walki tego typu jak ta miały jedną wadę dla tej większej grupy. Otóż aby pokonać kogoś sprawnie posługującego się mieczem, musieliby zaatakować równocześnie, w miarę zsynchronizowanym atakiem abym nie miał szansy się obronić. A takim przypadku automatycznie uruchamia się ludzka wola przetrwania. Bo nie ważne który, ale zawsze któryś z tej atakującej grupy zginie gdy zaatakują równocześnie. A z reguły tacy ludzie jak oni woleli otoczyć przeciwnika i czekać na dogodną chwilę na atak, a w takim przypadku zawsze szermierz da radę się obronić.
Lecz wolałem sobie zbytnio nie pozwolić na to aby mnie otoczyli, a przynajmniej nie chciałem pozwolić wszystkim. Więc szybko przyskoczyłem do najbliższego, atakując oburącz zza głowy, nie dając mu szansy na sparowanie. Cios uderzył go w lewę ramie wbijając się w ciało na co najmniej piętnaście centymetrów. Niestety nie miałem czasu zmierzyć, bo musiałem szybko wyrwać miecz i uskoczyć przed atakiem kolejnego. Który dość niesprawnie próbował ciąć z boku.
Cofnąłem się o parę kroków, będąc już w sumie oblężonym przez przeciwników, którzy próbowali mnie zajść z trzech stron. Splunąłem pod nogi i postanowiłem ubiec się do sprytnego fortelu. Zręcznie wyciągnąłem pistolet lewą ręką i odbezpieczyłem. Trzymając lufę lekko do góry, zacząłem kręcić młynki mieczem, aby jeszcze bardziej ich rozproszyć. Trochę stracili na hardości, kiedy zobaczyli lufę, lekko kołyszącą się w mojej ręce. Postanowiłem to wykorzystać, szybko wycelowałem w tego stojącego po lewej. I nacisnąłem spust, oczywiście pistolet nie wypalił, zdało się słyszeć tylko głuchy dźwięk uderzającego o siebie metalu. Lecz nim przeciwnik się zorientował, ja zaatakowałem tego po prawej. Który widząc wycelowany pistolet zamierzył się z ciosem. Atakując mnie od lewej, zręcznie sparowałem jego cios i wyprowadziłem szybko ripostę. Ciąłem nisko, wypruwając bandycie flaki.
Po tym ciosie błyskawicznie uskoczyłem w bok, szybko się odwróciłem by spojrzeć na resztę przeciwników. Lecz nie zdążyłem się zbytnio przyglądnąć, bo musiałem sparować kolejny cios, który zwarł mnie z przeciwnikiem. Nastąpiła szybka wymiana ciosów i równocześnie odskoczyliśmy od siebie na długość mieczy. A kątem oka już widziałem, że Jętek już zamierza się z ciosem. A tu trzeba działać.
Z racji że wciąż miałem pistolet w lewej ręce, postanowiłem go jeszcze wykorzystać. Szybko rzuciłem nim w twarz bandyty z którym przed chwilą się zwarłem. Nie celowałem zbytnio, lecz jak myślałem ten odruchowo zasłonił się ręką. A to mi wystarczyło aby szybko do niego przyskoczyć i przebić go mieczem.
Niestety nie miałem czasu go wyciągnąć z jego brzucha, bo musiałem szybko uskoczyć bo Jętek akurat właśnie wyprowadzał cios zza głowy. Zręcznie uskoczyłem i cofnąłem się parę kroków, tworząc między nami większy dystans. Teraz dopiero poczułem że dostałem zadyszki, pokręciłem głową i powiedziałem:
-Ech chyba za stary na to jestem.-Następnie spojrzałem na Jętka który wyraźnie też dyszał, wyciągnąłem szable i zawołałem do niego:
-Choć obesrańcu, twoja kolej!
1 x Jętek