Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Tajemnicze wezwanie

<< < (20/46) > >>

Adaś:
-Banana tu nie widzę!-Błyskotliwie zauważyłem zaglądając do zawiniątka. W sumie było mi miło że Drago chciał nam oszczędzić tyle czasu i przygotował mi śniadanie. Było to nad wyraz miło z jego strony. Co prawda na początku podejrzewałem że Drago coś tam pokombinował, po moim zamachu na jego suchą odzież. Ale jak to przemyślałem, to w sumie nie miał tyle czasu na przygotowanie takich specjałów, szczególnie że wygląda na to że jeszcze musiał wcześniej konie osiodłać. Skoro wystarczyło nam je ze stajni tylko zabrać.
Więc skoro musiało być w porządku to zacząłem jeść. A nawet jakby coś wykombinował, to i tak człowiek nie wie z czego tyje.

Dragosani:
W pakunku były trzy kawałki chleba, trochę sera i kilka pasków suszonego mięsa. Była też niewielka butelka. Z wodą(!). Czy to śniadanie przygotował Drago? Oczywiście, że nie. Gdyby zrobił je Drago Adamus zajadałby teraz przypaloną grzankę, jak to jedna anielica miała okazję skosztować. No ale Adamus i tym nie wiedział, więc mógł sobie tam podejrzewać co chciał.
Wsiedli na konie (Adamus też nie wiedział kto je tak naprawdę przygotował) i wyruszyli z zajazdu. Wyjechali przez bramę, skierowali się na północ. Słońce powoli wstawało. Drago nasunął maskę na twarz i skrył ją dodatkowo w cieniu kaptura. Chociaż nie zdradzał więcej oznak dziennej słabości wampira. Pewnie trzymał się na koniu, nie bluzgał pod nosem i zdawał się nawet nie krwawić z oczu, na jaką to przypadłość cierpiały co niektóre wampiry.

Adaś:
Gdy już pojadłem i popiłem, od razu poprawiło mi się samopoczucie. Otrzepałem z siebie okruszki chleba i zrównałem się z Dragiem. Powoli sobie jechaliśmy w milczeniu podziwiając piękną okolicę, która w świetle wschodzącego słońca budziła się ze snu. Lecz nie wszyscy cieszyli się tak na wstające słońce.
-Wyglądasz jak trędowaty teraz.-Postanowiłem dogryźć Dragowi, który już szczelnie się opatulił.

Dragosani:
- Przynajmniej nie mam twojej twarzy - burknął Dragosani, nie mogąc ot tak odpuścić Adamusowi. Fajnie tak było siebie wzajemnie poobrażać. W pałacu Drago rzadko miał ku temu okazję. Jechali tak sobie, co chwilę rzucając w swoim kierunku złośliwe teksty. Adamus zjadł co miał zjeść i był najedzony, bo się najadł jedzeniem, które zjadł. Słońce wstawało, ptaszki śpiewały i zapowiadał się piękny dzień. Oczywiście ktoś musiał go popsuć.
- No przyjechał kurwa w końcu. - Adaś usłyszał, gdy wyjechali zza zakrętu. Drogę zagradzała im czwórka mężczyzn. Jętek z jego kompanią. Jego kumpel, który już w nocy chciał nakopać Adamusowi widocznie zamierzał zrealizować wstępne plany. Było ich czterech. Rozłożyli w poprzek drogi jakieś chaszcze, co mogło mocno utrudnić przejazd. No i byli zdenerwowali. Wyciągnęli miecze.
- Do pana w czarnym nie mamy sprawy, ale ten drugi niech zejdzie z konia. Powoli! - Towarzysz Jętka chyba czuł się trochę za pewnie. Może zapomniał dlaczego właściwie w nocy stchórzył, kto wie.
- Znajomi? - zapytał Drago, absolutnie spokojnym i zrelaksowanym tonem.

1 x Jętek
3 x Karczemny zbir 

Adaś:
Przyznam że mogło być to naprawdę miłe przedpołudnie, spędzone na dogryzaniu sobie na wzajem. No ale jak zwykle jakieś obesrańce musiały zepsuć, tę jakże przyjemną wymianę zdań.
-Ta, znamy się z kibelka.-Odpowiedziałem tak samo zrelaksowanym tonem Dragowi. Następnie zacząłem zsiadać z konia i gdy stałem na ziemi powiedziałem mu:
-Jeśliś głodny, to zaraz będziesz mógł sobie podjeść. Szef kuchni dzisiaj serwuje, trzech pajaców i kloszarda.
Następnie wyciągnąłem miecz z pochwy na plecach i ruszyłem w kierunku przeciwników. Po trzech krokach zawołałem szyderczo do zbirów, aby ich sprowokować.
-Cześć Jętek, jak tam doprałeś gacie?
Tak jak się spodziewałem, moja prowokacja podziałała. Wszyscy zaczęli biec w moją stronę, szykując grupowy atak. Co prawda w tym momencie ryzykowałem życie, w końcu gdzie wrogów kupa tam i szermierz dupa. Tylko walki tego typu jak ta miały jedną wadę dla tej większej grupy. Otóż aby pokonać kogoś sprawnie posługującego się mieczem, musieliby zaatakować równocześnie, w miarę zsynchronizowanym atakiem abym nie miał szansy się obronić. A takim przypadku automatycznie uruchamia się ludzka wola przetrwania. Bo nie ważne który, ale zawsze któryś z tej atakującej grupy zginie gdy zaatakują równocześnie. A z reguły tacy ludzie jak oni woleli otoczyć przeciwnika i czekać na dogodną chwilę na atak, a w takim przypadku zawsze szermierz da radę się obronić.
Lecz wolałem sobie zbytnio nie pozwolić na to aby mnie otoczyli, a przynajmniej nie chciałem pozwolić wszystkim. Więc szybko przyskoczyłem do najbliższego, atakując oburącz zza głowy, nie dając mu szansy na sparowanie. Cios uderzył go w lewę ramie wbijając się w ciało na co najmniej piętnaście centymetrów. Niestety nie miałem czasu zmierzyć, bo musiałem szybko wyrwać miecz i uskoczyć przed atakiem kolejnego. Który dość niesprawnie próbował ciąć z boku.
Cofnąłem się o parę kroków, będąc już w sumie oblężonym przez przeciwników, którzy próbowali mnie zajść z trzech stron. Splunąłem pod nogi i postanowiłem ubiec się do sprytnego fortelu. Zręcznie wyciągnąłem pistolet lewą ręką i odbezpieczyłem. Trzymając lufę lekko do góry, zacząłem kręcić młynki mieczem, aby jeszcze bardziej ich rozproszyć. Trochę stracili na hardości, kiedy zobaczyli lufę, lekko kołyszącą się w mojej ręce. Postanowiłem to wykorzystać, szybko wycelowałem w tego stojącego po lewej. I nacisnąłem spust, oczywiście pistolet nie wypalił, zdało się słyszeć tylko głuchy dźwięk uderzającego o siebie metalu. Lecz nim przeciwnik się zorientował, ja zaatakowałem tego po prawej. Który widząc wycelowany pistolet zamierzył się z ciosem. Atakując mnie od lewej, zręcznie sparowałem jego cios i wyprowadziłem szybko ripostę. Ciąłem nisko, wypruwając bandycie flaki.
Po tym ciosie błyskawicznie uskoczyłem w bok, szybko się odwróciłem by spojrzeć na resztę przeciwników. Lecz nie zdążyłem się zbytnio przyglądnąć, bo musiałem sparować kolejny cios, który zwarł mnie z przeciwnikiem. Nastąpiła szybka wymiana ciosów i równocześnie odskoczyliśmy od siebie na długość mieczy. A kątem oka już widziałem, że Jętek już zamierza się z ciosem. A tu trzeba działać.
Z racji że wciąż miałem pistolet w lewej ręce, postanowiłem go jeszcze wykorzystać. Szybko rzuciłem nim w twarz bandyty z którym przed chwilą się zwarłem. Nie celowałem zbytnio, lecz jak myślałem ten odruchowo zasłonił się ręką. A to mi wystarczyło aby szybko do niego przyskoczyć i przebić go mieczem.
Niestety nie miałem czasu go wyciągnąć z jego brzucha, bo musiałem szybko uskoczyć bo Jętek akurat właśnie wyprowadzał cios zza głowy. Zręcznie uskoczyłem i cofnąłem się parę kroków, tworząc między nami większy dystans. Teraz dopiero poczułem że dostałem zadyszki, pokręciłem głową i powiedziałem:
-Ech chyba za stary na to jestem.-Następnie spojrzałem na Jętka który wyraźnie też dyszał, wyciągnąłem szable i zawołałem do niego:
-Choć obesrańcu, twoja kolej!

1 x Jętek

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej