Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pomocna dłoń dla Zuesh
Narrator:
Przeciwnicy zostali pokonani. Gratulacje, medale, uściski dłoni, wielka uczta z litrami alkoholu na cześć bohaterów. Tak, chcielibyście. Obóz sam się nie posprząta. Kilku kunan wyjechało poza bramę w charakterze kolejnych zwiadowców. Do wojowników z Valfden podeszła sama Aya.
- Dziękujemy wam. Po raz kolejny stanęliście w naszej obronie. Ta walka uświadomiła mi parę rzeczy. Potrzebujemy was. Zuesh dalej pozostanie częścią Valfden.
Wyciągnęła dłoń do Themo w geście zawarcia umowy.
TheMo:
-I Valfden potrzebuje Zuesh.
Odwzajemnił uścisk dłoni. Chociaż nic się nie zmieniło. Oprócz poprawienia sytuacji kunan.
-Odnośnie pomocy to oczyściliśmy waszą stolicę. Kiedy port zacznie działać, będziecie mogli całkowicie stanąć na nogi. I możecie opuścić ten obóz.
Był tak zadowolony z obrotu spraw, że nie schował broni. Jedynie wbił miecz, by mieć wolną rękę. Teraz to nadrobił, nie przejmując się plamami krwi na niej. Już był do tego przyzwyczajony. Ogarnął wzrokiem pole bitwy. Czas pogrzebać zwłoki. Próbował wypatrzeć martwych sojuszników. W końcu podszedł do niego jeden z rycerzy.
- Kapitanie, mamy trójkę rannych, dwóch postrzelonych naszych i jeden kunanin.
Trójka rannych. Powtórzył w myślach. Poszło lepiej niż się spodziewał. Czymże były bowiem takie straty wobec lekcji, którą dostali najeźdźcy.
-Dawaj ich, zaraz się nimi zajmę.
Rzekł z uśmiechem. Wydawać się mogło, że cudza tragedia go cieszyła, ale dalej miał wspomnienia z wojny, gdzie dużo jego towarzyszy traciło życia. Chyba lepiej być nie mogło.
Nawaar:
Wszystko ustało na chwałę Zartata! - No w końcu koniec. Powiedział do towarzyszy, którzy dobili niedobitków a byli to Emerick i Marduke. - Została przelana krew mych braci i czuję się niezbyt fajnie, ale na szczęście wszyscy żyją. Krasnolud schował młot za pas i zarzucił tarczę na plecy. Teraz nastała chwila spokoju. - Panowie radni trza się napić za przyjaźń Valfdeńsko-Zueshską. Sto lat! Wykrzyknął kiedy w końcu doszło do pojednania dwóch stron, przez uściśnięte dłonie człowieka i kunanicy. Chwała obrońcą. Kanclerz nawet nie ruszał się do sprzątania ciał, bo miał dość już przebywania tutaj i chciał wrócić do domów. Sprzątaniem niech się zajmą kunanie!
Narrator:
- Krasnoludzie, nie brataj się z takimi bandytami. Może twoje serce jest małe, ale szlachetne, w przeciwieństwie do tych, którym w głowie tylko mordowanie niewinnych dla własnej korzyści. Jednak w kwestii alkoholu... Przynieście malibu! To naprawdę trzeba uczcić.
Po chwili każdy już miał w swej dłoni połówkę kokosa wypełnioną białym, gęstym i nieco słodkawym alkoholem.
Marduk Draven:
Marduke odniósł srebrną klingę do juk swego konia, zaś szablę schował przy pasie. Odgarnął włosy z twarzy i ją przetarł.
- Zło to zło, Kiellonie. W wielu postaciach się ukryje.- rzekł sentencjonalnie, po czym ujął kokosa. No i upił łyk tego malibu. Było słodkie, nie za słodkie, to też smaczne. Choć to Themo był tu koneserem.- Za nowe Zuesh!
- wzniósł toast.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej