Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pomocna dłoń dla Zuesh
TheMo:
Themo wygodnie ułożył się w siodle. Kiedy już wszystko było gotowe, szopki odstawione i inne takie sprawy dał sygnał do wymarszu. Konnica ruszyła na przedzie, a piechota za nimi. Prawie jak w bitwie, z małą różnicą, że to tylko wycieczka. Chociaż bogowie raczą wiedzieć co ich tam czeka. Cała ekipa szła przez długi czas, prowadzona przez dwójkę kunan w kierunku wyznaczonym przez Klaakiera. Ten mały kociak zdawał się mieć najwięcej energii. Podczas gdy wszyscy byli wykończeni podróżą w słońcu i sięgali po kolejne łyki wody, ten biegał między końmi, wskakiwał na dorosłych kunan czy znikał w gęstwinie traw. Za którymś razem wrócił z wielkim chrząszczem. Razem z nim wspiął się zręcznie na konia Evening i usiadł przed nią. Wyciągnął swoje małe łapki ze zdobyczą jakby chciał anielicy podarować złapanego robaczka.
Nawaar:
Kiellon gotowy ze swoim oddziałem konnym, który osobiście wyznaczył, jechali na przedzie. Piechota natomiast z tyłu, więc hetman był bliżej swych ludzi, ale pewnie chciałby siedzieć na koniu w tym czasie, kiedy słońce piekło niemiłosiernie marsz musiał, być podwójnie uciążliwy. Krasnolud na szczęście bez kaca czuł się w miarę, ale zbroja przyjmowała więcej ciepła na siebie i lepiej dla niego, żeby nie dotykał zbroi, bo poparzenia gwarantowane! Kanclerz miał na baczeniu Klaakiera, który szwendał się wszędzie, bawiąc się genialnie. Dobrze, że za jego ochroniarza nie wyznaczyli właśnie brodacza, gdyż wtedy nie będzie mógł pokazać swojego potencjału bojowego. Właśnie w tym momencie napił się wody, by po chwili naładować swój muszkiet do czysta przezorność. - Przezorny zawsze ubezpieczony, tak mówiła ma matka. W sumie nie wiadomo do kogo to powiedział, ale słowo się rzekło, a skoro jechali powoli to na spokojnie to uczynił. Krasnolud w razie czego mógł zawsze oddać strzał zabójczy albo ostrzegający, ale zmęczenie i tak weźmie górę z czasem i teraz się cieszył, że nie wziął hełmu, bo każdy mniejszy zefirek traktował jak zbawienie jego owłosionej głowy.
Zaidaan:
I maszerowali. Z kilkoma jeźdźcami z przodu, a za nimi piechota. Słońce towarzyszyło drużynie całą podróż, a to jeszcze nie był koniec! Co chwila ktoś musiał sięgnąć po wodę, bo bez niej nie dałoby się w takim słońcu wytrzymać. A Emerickowi nie było ani trochę szkoda, że nie jechał na koniu. Dla niego to i nawet może być taki marsz. Trzeba przecież wiedzieć jak czuje się taki żołnierz. Gdzieś tam też między trawami latał pełen energii mały kunanin Klaakier, hetman jakoś na niego nie zwracał uwagi, no bo raczej się nie zgubi. W końcu to ten młodzik prowadzi całą drużynę, nie może się zgubić przecież. Emerick zauważył jedynie jak Klaakier podarował pięknego żuczka Evening, uśmiechnął się i maszerował dalej. Ale przecież po co tak maszerować w ciszy? Trzeba było czymś umilić tą małą podróż, to i jakiś śpiewak pomiędzy piechurami się znalazł. Zaraz za nim i kilku innych żołnierzy podłapało tą piosenkę, nawet sam Emerick trochę sobie podśpiewywał.
- To nic, że długi jest marsz,
Słońce osuszy twarz,
Idziesz i liczysz bełty - ostatnie trzy,
I nie chybisz już - to wiesz.
Róża czerwono, biało kwitnie bez,
Nikt z nas nie pęka, chociaż krucho jest,
Sawanny przejdziemy, wodą popijemy,
Kuchnie polowe diabli wiedzą gdzie.
Kto by się martwił, że na drodze
Kurz i słońce i żar - to znamy już.
Wzgórza przejdziemy, wodą popijemy,
Woda po walce ma jak wino smak.
Róża czerwono, biało kwitnie bez,
Dojdziesz bracie, choć krucho jest!
Evening Antarii:
Im dłużej jechali tym bardziej doskwierał skwar. Anielica z chęcią wzbiłaby się teraz wysoko, gdzie wieje chłodniejszy wiatr, szybowała o wiele szybciej od powolnego orszaku maszerujących, spoconych ludzi. Teraz musiała się zadowolić bukłakiem wody. Nie chciała się odłączać na dodatek bez rozkazów. A z drugiej strony... Na ziemskim życiu coraz mniej jej zależało. Nie musiała zatem dbać o niczyje rozkazy czy polecenia... Jednakże teraz bardziej martwiła się o powodzenie misji, więc jechała konno w szeregu z innymi. Drogę zaś urozmaicał jej Klaakier. Obserwowała jak biega zupełnie bez zmęczenia, czuje się pewnie, jest w swoim żywiole. Kociak nawet coś upolował. Eve z zaciekawieniem obserwowała malucha jak zgrabnie wskakuje na szkapę i siada w siodle.
-Co tam masz? Upolowałeś żuczka? Pokaż jaki ładny- starała się zagadać do malucha w typowy sposób, choć i tak nic nie rozumiał. Anielica próbowała ukryć, że się trochę boi takiego robactwa. Szczególnie na Zuesh takie okazy mogły osiągać spore rozmiary. -Będzie z ciebie dobry myśliwy- pogłaskała go za uszkiem. -Och... Chcesz mi go dać?- próbowała zgadnąć intencje kociaka. Puściła lejce jedną ręką i uchwyciła żuka między kciuka i palca wskazującego. Zaczął zabawnie machać nóżkami w powietrzu. -Schowam go sobie i popłynie ze mną na Valfden. Będzie mi o tobie przypominał, co ty na to?
Marduk Draven:
Z racji bycia konnym, Draven wybrał się na przodzie, przewodząc oddziałowi Bractwa.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej