Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pomocna dłoń dla Zuesh
Evening Antarii:
-Niepotrzebnie więc kapitan i hetman brudzili ręce jego krwią- odrzekła im, a w jej głosie było słychać bezsilność. Nie chciała już im tłumaczyć, że przy pomocy jednego zaklęcia mogliby uzyskać tą informację szybciej i bez zbędnych przedstawień. Eve zastanawiała się chwilę, czy nie użyć na jeńcu zaklęcia snu... Stwierdziła jednak, że będąc śmiertelną, chciałaby w chwili śmierci być świadoma tego, że umiera. Dlatego zostawiła go i jego katów w spokoju. Niech czynią swoją powinność wedle rozkazu.
Za sobą usłyszała rozmowę Marduke'a z kunaninem. Kot górował nad rycerzem wzrostem, zdawał się silniejszy. Emanował nienawiścią, a przecież przed chwilą Nkele był jedną z ofiar tych bandziorów. Widząc jednego z nich ze sznurem na szyi poczuł się pewniej, poczuł się silniejszy.
Anielica podeszła do nich. -Nie ma się o co spierać. Każdy z nas robi to, co do nas należy. A wy stajecie się do nich podobni nie znając litości wobec wroga. To nie demon, to człowiek.
TheMo:
Stwierdzenie Marduka rozzłościło kunanina.
-My nie jesteśmy tacy sami. My walczymy o swoje, by mieć gdzie żyć, by nasze dzieci mogły zaznać pokoju, od niepamiętnych czasów. Widzisz tego malca? Wychowywałem się w takich samych warunkach, tylko zamiast bandytów były demony. Myślisz, że ja chcę wymordować wszystkich dla własnej satysfakcji? Chcę dać moim braciom normalne życie i pokazać innym, że nie warto z nami zadzierać.
Wtedy to wtrąciła się Evening.
-Masz rację. Do nas należy bronić innych. Co do tych ludzi to... Demony tylko zabijały i niszczyły. Ludzie chcą się na nas wzbogacić i nas poniżyć, będąc przy tym o wiele brutalniejsi niż demony. To nie żaden brak litości, tylko oko za oko.
ÂŻołnierze spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami. Nie do końca wiedzieli co Evening miała na myśli. Jeden z nich wykopał beczkę na której stał skazaniec. Ten zginął od razu. Miał tak założony węzeł, że przy upadku skręcił sobie kark, więc nie dyndał żywy na linie dusząc się.
-To są miejscowi partyzanci, nie dadzą się tak łatwo namierzyć. Zwłaszcza, że te trawy potrafią być dwukrotnie większe od nich.
Nawaar:
Paladynowi udało się zaoszczędzić widoku śmierci. Zawsze to jakiś plus z tej dziwnej sytuacji. Kiellon zostawił dzieciaka samemu sobie już, ale nadal zdało się wyczuć napięcie pomiędzy kunanem a marszałkiem. Jednak został powiedziane słowa, których można było się spodziewać oko za oko! Krasnolud milczał dalej, bo nie chciał się wtrącać, bo jego postawę przyjaciele znają, więc był zmuszany do odpowiedzi, ale teraz jako jedyny na skaranie boskie zajmował się Klaakierem, co mu się za bardzo nie podobało, lecz to sprawiło, że może się zapytać o drogę do jego matki, a nóż coś wskaże, tylko żeby nie była to świątynia, z której został zabrany! Ale najpierw trudne słowa.
- Kak.... Hu..... Yake.... Mama....- powiedział najpierw niezgrabnie, ale złożył wszystko do kupy- Nija. Kak hu yake mama nija. Czekał na reakcje dziecka.
Zaidaan:
- Jednak nic innego nam nie pozostaje, jak chociaż próba i liczenia na łut szczęścia. Trzeba wysłać przynajmniej ze dwie grupy zwiadowcze, może na coś natrafią. Może rycerze Bractwa byliby chętni?
TheMo:
- Khela hu niiki gbana um tywage. Harum iz gbana um greeiki.
Taką oto krasnolud usłyszał odpowiedź od małego kunanina.
Themo zaciągnął się dymkiem. Dużo czasu nie minęło, a siwa poświata zaczęła unosić się pod sufitem kajuty.
-Ciężkozbrojni rycerze słabo nadają się do zwiadu. Możemy ich wysłać na rozpoznanie bojem, he he.
Rzucił żartem.
-Jeśli pójdziemy w ciemno to możemy jedynie liczyć, że kunanie najpierw zapytają zamiast zaatakować. Może z tymi dwoma nam się uda.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej