Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Pomocna dłoń dla Zuesh
TheMo:
Themo przywitał się z każdym po kolei, kto przybywał do portu. Jego uwagę przykuł pewien mauren, który podał się za rekruta jego organizacji.
-A więc Samug poszedł na łatwiznę - odparł Azizowi - No to ładuj się na pokład. Zobaczymy od razu jak sobie radzisz na obcym terenie i w grupie.
Po udzieleniu krótkich instrukcji nowemu podszedł do niego jeden z marynarzy.
- Kapitanie, wszystkie sprzęty oraz zaopatrzenie załadowane.
-Doskonale. Załoga! ÂŻołnierze! Na pokład!
Sam złapał swojego konia za lejce i obserwował, jak zgromadzone tłumy wchodzą na galeon.
Aldyn:
W porcie pojawił się też archont. Został jakiś czas temu osobiście poproszony przez organizatora o uczestnictwo w tej wyprawie, więc nie mógł odmówić. Zwłaszcza, że nie przepuściłby okazji szerzenia bożych słów na innych terytoriach. W skrócie, musiał podołać odpowiedzialności, której się podjął. Na miejscu zobaczył już przedstawicieli Zartata, czy nawet dzieciątka Rashera. Jednak w czasie rejsu to Nalasa będą musieli błagać o pomyślne wiatry.
Nawaar:
Krasnolud na szczęście już stał na pokładzie, gdy sprowadzał konia pod pokład tam gdzie czekały już ogiery i szkapy reszty załogi. Teraz jeno obserwował jak reszta ludzi wchodzi na okręt, który miał już odpłynąć na Zuesh. Kocia wyspa wiele wycierpiała, przez tych co ją zarządzali, więc należała im się pomoc zwłaszcza, iż wojna została daleko w tyle a ten skrawek ziemi można było nazwać pięknym kupę czasu temu. Dlatego pokoju i spokoju wymagała odbudowa ich wszystkich przybytków. Kiellon powinien zebrać swoich braci, którzy znają się na budowie, bo krasnoludzka ręką przydałaby się nie ma co, lecz to plany na później. Brodacz splunął sobie do morza, a potem obserwował port i ludzi. Dla niego była to nostalgia, bo taki sam stan widział kiedy płynął na wyspę bić demony. - Stare dzieje. Wymamrotał pod nosem, gdyż był sam a łezka w oku mu się zakręciła. - No nic trzeba żyć dalej i jakoś brnąć do przodu, żeby tylko kunanom się udało. Następnie brodacz odwrócił się w stronę horyzontu i nic widział poza dalekim morzem, a bryza uderzyła go tak, że prawie zawinęła brodę na jego głowę i ponownie, żałował, że nie mógł wziąć hełmu. Jednak na razie z nikim nie gadał, ale szkoda mu się zrobiła, iż nie widział Mohameda! Jego starego przyjaciela, bo wszak wojna zbliża ludzi. Pewnie czarny gdzieś się znów zaszył. Pomyślał oddając się w ręce losu, który zapewne coś ciekawego przyniesie.
Torstein Lothbrok:
Wziąwszy nowy pancerz i ogiera mianem Allah, Torstein zapierniczał ile koń miał sił w nogach do Atusel. Tym razem nie miał zamiaru opuścić sobie wycieczki na Zuesh. Jechał tak wprost z Bastardo, aż do Atusel. Koń zmęczył się co prawda, acz dojechał. Wjechawszy do portu, już wolniej, wiking zlokalizował okręt Evening, dał pachołkom konia a sam wszedł na pokład. I czekał aż będzie robota.
Evening Antarii:
-To był żart!?- spojrzała na niego śmiertelnie poważnie przymrużonymi oczami. Zaraz potem roześmiała się jednak. -Wiem przecież. A posprzątanie "bajzlu" w bardzo dużym stopniu zależy właśnie ode mnie. Wszak to ja zabiłam króla kunan i dowódcę ich wojsk.
[member=26505]Marduke Draven[/member]
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej