Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Gdzie się podział ten czarnuch?
Mohamed Khaled:
- Chodźcie za mną...
Zasir narzuciła na siebie z powrotem czarną pelerynę, nasuwając kaptur na głowę. Tym razem jednak nie założył sztucznej brody, a stalową maskę ze złotymi rysami. Przedstawiała wizerunek kostuchy z kosą.
Ruszyliście powoli za elfem, który kierował się gdzieś w głąb obozu. Mijaliście pijanych złodziei, bandytów i morderców, którzy obecnie okupowali Zakątek Ocalenia. Większość była w tak złym stanie, że nie potrafiła nawet usiedzieć w jednym miejscu, tylko ciągle lądowała na ziemi. Była jednak grupka, która patrzyła na was ukradkiem, zastanawiając się nad tym, czy nie obłowić się na bogatej stali, którą nosiliście. Stwierdzili jednak, że na razie nie mają żadnych szans, by zwyciężyć. A nie widziało im się, by odejść z tego świata. Nie teraz. Nie dziś.
Po kilkunastu minutach błąkania pomiędzy domami, wyszliście z obozu. Tak nagle. Ogrodzenie w jednym miejscu było przerwane, tak jakby ktoś szykował sobie drogę szybkiej ucieczki na wypadek ataku. Czyżby tędy uciekli miejscowi? Wszakże, niewielu ich zostało. Gdzieś musiała podziać się reszta.
Skierowaliście swe kroki w górę, do lasku na wzgórzu.
Niemal cały czas czuliście na sobie czyjś wzrok, ale nie potrafiliście określić, z której strony, ani do kogo on należy.
W końcu dotarliście do celu swej podróży. Niewielka - przynajmniej tak się zdawało - świątynia mieszcząca się w lesie. Nie wyglądała na starą, a raczej na taką, którą zbudowano całkiem niedawno. Od bramy wejściowej dzielił was mur strzeżony przez elfich łuczników, ubranych niemal całkowicie na czarno. Na znak Zasira bramy otworzyły się, a droga do świątyni stała otworem...
Nawaar:
Kiellon poprawił się i zapomniał o tej całej arenie, którą mięli odwiedzić w celu zaprzyjaźnienia się z tutejszymi bandziorami i całe szczęście, bo paladynowi nie chciało się uniżać do tego stopnia, by służyć i słuchać bandytów. Brodacz ruszył natomiast za elfim magiem, który ruszył natychmiast po usłyszeniu od towarzyszy, że są chętni poświęcić dla Mohameda, ale dopiero miało się okazać co znaczy poświęcenie w głowie elfa! W każdym razie cała trójka ruszyła przez zakątek ocalenia pełnego brudnych bandytów, zawszonych męt tego świata, którzy czekali na okazję do rzucenia się na rycerzy a krasnolud to wyczuł i miał dłoń na pistolecie tak dla swojego bezpieczeństwa, jednak te głupole nie rzuciły się na towarzyszy dla swojego dobra i dobrze zawsze to jeden kłopot mniej. Elf wyprowadził parę rycerzy z poza obszarem wioski o dziwo bramki nie było albo została zerwana przez uciekających biednych mieszkańców od tej całej bandyckiej hołoty, lecz któż mógł przewidzieć dokąd się oni mogli udać? Tak czy siak wszyscy mięli wioskę za swoimi plecami a oczom ich ukazał się las, mroczny nieprzenikniony, jakby magiczny a jednocześnie taki normalny. Krasnolud poczuł się dość dziwnie w nim i czuł się obserwowany na każdym kroku, więc podzielił się z tym Mardukiem. - Czujesz? Jesteśmy obserwowani, ale przez kogo? Paladyn ruszał głową na boki, ale w ciemności nie miał szans się dokładnie zorientować, co go irytowało do tego stopnia, że chciał nawet krzyknąć, żeby się pokazali, lecz po chwili pomyślunku zrezygnował z tego. Jednak po dłuższej chwili w tej dziwnej sytuacji dotarli do miejsca przeznaczenia czyli świątyni w lesie! Wyglądała na nową, ale nie na wielką, bo w porównywaniu do gór była mała, lecz ta miała strażników w postaci elfów jej pilnujących czyli nie była otwarta na wszystkich podróżujących to już było podejrzane, więc postanowił zapytać przewodnika, który ich odpędził. - Dlaczego ona jest tak starannie pilnowana i dlaczego czułem czyjś wzrok na mnie w lesie. Opowiadaj? Po zadaniu pytania ruszył do przodu, bo droga stała otworem.
Marduk Draven:
Draven ruszył także. Razem z Kiellonem i elfem. Głowę zakrzątała mu cały czas jedna sprawa - gdzie się podział Muhmed? Idąc tak posłał podejrzanie wyglądającej grupie szumowin groźne spojrzenie, aczkolwiek zanosiło się na to, że bitki z nim nie będzie. Uradowało to paladyna, który nie chciał, by cokolwiek opóźniło odnalezienie Mohameda. Wyszli w końcu, przez wyrwę w ogrodzeniu. Dziwną, bo dziwną, ale Marduke nie chciał zakrzątać sobie nią głowy. Miał na niej znacznie ważniejsze sprawy. Takie jak czarnuch będący jego przyjacielem. W lesie też czuł, jakby ktoś ich obserwował. Kiellon też to czuł.
- Tak. Ale nie wzbudzaj podejrzeń, że wiesz o tym.- odrzekł mu, dosyć cicho. Zachował spokój i nie rozglądał się. Był jednak gotów w każdej chwili dobyć swej szabli.
Dotarli w końcu do małej, raczej niedawno zbudowanej świątyni, strzeżonej przez długouchych łuczników. Draven milczał, gdy Kiellon pytał. Także się skierował ku bramie. Odmawiał w myślach modlitwę do swego boga.
Mohamed Khaled:
Zasir wam nie odpowiedział. Poprawił tylko płaszcz na plecach i spokojnym krokiem, wspómiernie do was ruszył za bramy świątynne. Gdy przekraczaliście progi, czuliście, jak jesteście obserwowani. Słyszeliście dźwięk naciąganych cięciw w łukach. Namacalna niepewność i wrogość nie dawały wam spokoju.
Ze świątyni wyszedł starszy człowiek. Miał długą, czarną brodę z kilkoma siwymi pasemkami, brakowało mu jednego oka kilku palców u lewej ręki. Kiwnął na was, byście podeszli.
Marduk Draven:
Nie uzyskali odpowiedzi. No cóż, trudno. Musieli się z tym pogodzić. Draven dalej czuł się obserwowany, niczym sarenka przez wilki, w dodatku słyszał naciągane cięciwy. Czy jego zbroja wytrzymała by ostrzał? Pojawił się też starszy mężczyzna, brodaty, trochę brakowało mu palców. Gestem ręki ich przywołał. Marduke powstrzymał się od oparcia dłoni o rękojeść szabli. Podszedł, spokojnym, powolnym krokiem. Stanął przed mężczyzną i wejrzał mu w oczy. Nie odzywał się. Czekał aż on coś powie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej