Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Wakacje pod palmami

<< < (15/37) > >>

Evening Antarii:
Po słowach krasnoluda na twarzy de Nodiera pojawiło się wielkie zdziwienie, a potem jakby rysy ukaranego szczeniaka za coś, czego nie zrobił.
- Panie aep Kharim, nie wie pan jak życie tutaj wygląda. Zapewne zdaliście sobie z tego sprawę, jak bardzo jest to odizolowane od cywilizacji miejsce. Saint-Eatinne uważam za mini-państwo. Tutaj Bractwo jest sądem,  organem rządzącym, fundującym drogi czy naprawy portu. Mamy i lochy, ale co poważniejszych przestępców zabijamy publicznie na głównym rynku... Chcę abyście wiedzieli to wcześniej, gdyż wielu to szokuje, a od jutra przez 4 dni codziennie będzie wykonywana egzekucja dwóch więźniów. Musicie uświadomić sobie, że jechanie z takim delikwentem do Efehidonu by postawić go przed sądem jest mocno nieopłacalne, zaś my, jako Bractwo, musimy utrzymać tu bezpieczeństwo i zapewnić je prawym mieszkańcom...- mówił lekko stłumionym głosem, gdyż była to bardzo delikatna sprawa. - Wasz przyjazd jest nie lada świętem dla tych chłopców, którzy mogą mieć wolny dzień. Wasze pojawienie się tu jest po prostu oznaką, że ktoś o nas pamięta na tym końcu świata, jakże przyjemnym oczywiście, choć bezkompromisowym. Gdybyśmy nie karali surowo przestępców, wtedy miasto byłoby siedzibą wszelkiego plugastwa... Dlatego dziś jest dzień wolny. Tylko od modlitwy nie ma wakacji. Poza tym, wykradziono już chyba wszystkie organy jakie są wewnątrz człowieka. Nie znam się na anatomii, ale była już wątroba, kiszki, jakieś żółte coś, niedawno serce i mózg, nawet pęcherz. Jednostki Bractwa były tam wysyłane w oficjalnych zbrojach.
-Publiczne egzekucje?- zdumiała się Evening, unosząc brew i kątem spoglądając na Kiellona. -To dość brutalne samosądy... Uwstecznienie społeczne.
- Może to panienka tak postrzegać, owszem. Nie dziwię się. Cóż jednak czynić z takimi degeneratami? Ich marny koniec na stosie zaś może przydać się do nauki innych ludzi dobrego zachowania. A każdy z nich może liczyć na sprawiedliwy sąd. Najwybitniejsi nasi członkowie, znający się na prawie bogów i ludzi, wydaje osąd po procesie, którego staramy się nie przedłużać, a oskarżony ma prawo do złożenia wyjaśnień.
Anielica niepewnie przytaknęła. Na razie nie wiedziała co sądzić o tej sprawie, która wypłynęła.
-I ludziom się to podoba?- zagadnęła po chwili.
- Owszem, są głęboko przekonani o słuszności tejże metody. Powtarzam: nie ma innego sposobu na utrzymanie porządku w tak zamkniętej społeczności. Z resztą, takie egzekucje odbywają się może... dwa razy w roku, gdy uzbiera się odpowiednia liczba oskarżonych.
-Niech będzie- rzekła nieco zniesmaczona. -Cmentarz musimy odwiedzić sami. I to niezwłocznie po uczcie.
- Pan Kiellon wspomniał o gusłach młodego Martina... Przyznam się, że pierwsze słyszę. Owszem, był niewierzący ileś lat, później się nawrócił i wstąpił do nas. Jeśli chcecie wiedzieć gdzie mieszka jego ojciec, to jest to Ulica Winogradów 6. Niebieski domek. Stary du Camp bardzo kochał syna...

Marduk Draven:
Marduke nabrał kraba, rozciął go. Odrąbał nożem odnóża. Wiedział jak się obchodzić z owocami morza, sam posiadał gminy w dżungli, z czego jedna miała port. Zaczął wyjadać widelcem zawartośc tułowia pajęczaka morskiego
-Na podkradanie organów sposób mam prosty.- powiedział, popijając winem, któremu się przyglądał niczym smakosz.-Zamiast straży jawnej, poślijmy incognito. Złodziej ośmielony brakiem straży da się złapać w sidła, niczym ta głupia mysz w pułapkę z serkiem.
Znów troche pojadł.
-Stos? Sam mam na koncie zabitych jeńców, duszących się własną krwią.- wspomniał tych których zamordował w czasie pamiętnej misji do Bogdańca.-Nie nawiedzają Cię twarze tych którzy cierpią? Mnie tak. To ludzkie.

Gorn Valfranden:
Gorn uważnie wysłuchał wszystkiego o czym usłyszał. Kiedy wszyscy zdążyli wyrazić swoje zdanie Paladyn kontynuował. - A co może pan powiedzieć o tutejszym podziemiu ? jakieś zorganizowane bandy, kultyści, itp? Czy  grabarz mógłby coś wiedzieć w sprawie tych kradzieży organów?. Jeśli nikt nie ma nic do dodania, to rad bym teraz posłuchał o tych. dziwnych świateł.

Nawaar:
Krasnolud wysłuchał, co ma do powiedzenia mężczyzna. Samosądy pominął, bo nic nie mógł zrobić choć nawet najgorsze męty, zasługują na sprawiedliwy wyrok. - Sprawdzę, co wie ojciec na ten temat. Dlatego, że to może być wskazówka dotycząca innych wydarzeń w tym miejscu, bo dwie sprawy mogą mieć ze sobą coś wspólnego. Chodzi mi o te gusła razem ze znikającymi częściami ciała jak dla jakiegoś obrzędu, ale to później. Powiedz waść o tych światłach nad wieżą.
Kiellon kończąc, popił sobie wina.

Evening Antarii:
- Hmm... No tak, ma pan rację- rzekł Marcel do Dravena. - Nie pomyśleliśmy o tym. U nas herb Bractwa ma wielką moc, to znaczy rycerze noszący z godnością ten znak, oznaczający ich przynależność do Bractwa, są traktowani z wyjątkowym szacunkiem. Każdy bowiem wie, że gdyby zabrakło tu naszej szacownej organizacji, wtedy Saint-Eatinne nie byłoby przyjaznym miejscem. Wręcz przeciwnie- zrobił krótką pauzę. - Ich twarze w płomieniach udowadniają mi tylko, jak bardzo oczyszczający może być ogień. To źródło światła. Tak jak Zartat powinien być dla nich takim źródłem podczas ich wcześniejszego życia. Ogień wybawia ich z tej ciemności, w której żyli dotychczas- wyjaśnił.
- Podziemie. Tak. Otóż rok temu odkryłem grupę ludzi, która praktykowała rytuały iście demoniczne, niezgodne z nauką Zartata. Wpadliśmy na ich trop po tym, jak młodej dziewczynie udało się uciec z ich łap. Była bardzo roztrzęsiona, niewiele chciała mówić. Wyjawiła nam ich kryjówkę, a był to domek za miastem, a ściciej mówiąc jego piwnice. Możecie mi nie wierzyć, ale na środku stał kocioł z bulgocącą smołą, a obok leżały trzy niemowlęta. Zakneblowane i związane. Straszny widok. Do dziś mam koszmary... Cieszę się jednak, że to ustało.Jak się wydaje - do teraz. Oczywiście wyłapaliśmy wszystkich, do których mogliśmy dotrzeć. Ludzie ci, w jakikolwiek sposób przyczyniający się do działalności stowarzyszenia, byli bardzo nieskorzy do mówienia czegokolwiek, było więc to śledztwo trudne i żmudne, także z uwagi na "przesłuchania"...
Ale dobrze, powiem o tych światłach. Nie ma tu bowiem dużo do opowiadania. Otóż każdej nocy, od może... hm.. dwóch miesięcy, nad dżunglą pojawiają się smugi fioletowego światła. Zapewne o magicznym pochodzeniu. Wysłaliśmy tam ekspedycję, ale zaginęła, nigdy nie wrócili. Być może napotkali w lesie hordy demonicznej armii, albo po prostu nie mogli odnaleźć drogi powrotnej. Nie wiem. Potem przyszły cięższe walki ty na wybrzeżu i nie badaliśmy świateł. Pochodzą one bowiem z Aerilonu, siedziby Xytarisa Saxariusa, maga mieszkającego tu od setek lat. Zniknął po nim wszelki ślad pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat temu. ÂŚwiadczy o tym stan Aerilonu, przynajmniej z relacji Polperran tak wynika, którzy chyba składali tam cześć temu zamkowi czy coś... Nie wiem, to wieśniacy o ciasnych głowach. Byli tam może dwa razy, ot po prostu sprawdzić, czy może mag nie wrócił "do domku", gdyż dla ich przodków był dobry i według ich legend trzymał zło daleko od tych stron. A potem jak zniknął to o, drzewa nie obrodziły, wojna przyszła, no takie pierdoły, zależne od losu, od prądów morskich, wiatru, ale oni przypisują to fatalnemu zniknięciu "opiekuna".
-A Polperranie to?...- spytała anielica.
- Ludność okolicznej wioski. Byli tu przed nami, zapewne bardzo długo. Mają swoją kulturę. Nie przeszkadzamy sobie na wzajem, wręcz przeciwnie. Ich dziewczęta są wręcz nieziemsko piękne!- uśmiechnął się mimowolnie. - No i chodzą odziane jedynie w spódniczki...- mrugnął okiem do Marduke'a. - Tak, przyznam że to dość nurtujący problem- spoważniał. Oczywiście miał na myśli twierdzę Aerilonu.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej