Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wakacje pod palmami
Nawaar:
Krasnolud tak leżąc sobie, relaksował się przed kolacją, jednakże w końcu poczuł, że pora się zbierać, więc ubrał swoją wypraną koszulę, spodnie. Teraz jakoś porządnie wyglądał choć do elegancji jeszcze miał daleko. Kiellon w końcu opuścił pokój i skierował się do dolnych poziomów warowni, gdzie miała na nich czekać kolacja, a w głębi liczył na kilka litrów wódki! Brodacz w miarę dobrym humorem przyjrzał się wszystkiemu na szybko, bo było czemu! Stół na bogato zastawiony, który przeczył wychowaniu w skromności, widocznie tutejsi rycerze chcieli, pokazać się z jak najlepszej strony, mając gdzieś podstawowe wartości zakonu. Brodacz mimo to postanowił grać w ich grę, ale mu się to nie podobało w każdy razie na tej sali, będzie mógł potańczyć, jeżeli najdzie go ochota oraz jak będą jakieś grajki, bo zauważył kilka kobiet będących tutaj uzupełnieniem kadrowym. W każdym bądź razie milcząco, usiadł na siedzisku, specjalnie dla niego przygotowanego. Teraz przyglądał się otoczeniu.
Marduk Draven:
Po drzemce, bądź co bądź, krótkiej zszedł do sali biesiadnej, w której był już gospodarz, Antarii, Gorn i Kiellon. Zasiadł w milczeniu swe wyznaczone miejsce. Przyglądał się potrawom, w tym samym milczeniu.
Evening Antarii:
Lucas także dotarł i wszyscy znaleźli się przy stole.
- Jak mniemam jesteście ludźmi czynu- podjął Marcel. - I chcielibyście poznać dokładniej te sprawy, które frapują Saint-Eatinne. Proszę jednak się nie krępować i zacząć jeść. Te oto różowe stwory z nogami jak pająki to kraby. A te mniejsze, jakby ich małe dzieci, to zaś krewetki. Ich mięso przypomina smakiem drobiowe. Polane wykwintnym sosem śmietankowym. Z resztą próbujcie sami, musicie skosztować wszystkiego. Szczególnie wino... Ach ten bogaty smak! Zakochacie się, doprawdy- mówił żywo gestykulując.
Anielica ośmielona tą zachętą pierwsza sięgnęła po potrawy. Owoce morza na razie zostawiła na deser, chciała wszak się najeść za ten cały czas podróży. Poczęstowała się zrazami, później zaś węgorzem w galarecie. Na stole znajdowały się szparagi, liczne gatunki ryb w przeróżnych zaprawach i sosach, jarzyny elegancko podane na półmiskach.
-Panie de Nodier, z chęcią dowiemy się o wypadkach w waszej siedzibie i mieście. Z listy wynikało, że to coś poważniejszego. Z tego co wiem, nie macie tutaj aniołów?- zaczęła Eve.
Gdy Marcel z zadowoleniem stwierdził, że goście będą się częstować i słuchać, zaczął mówić. - Dziękuję, panienko. Już mówię... Och, mam wrażenie, że i sto aniołów, jeśli dysponowaliby tylko siłą i magią, mniej by zdziałało niż jedna porządna osoba z głową na karku!- wyjęczał z pogardą dla samego siebie. - Naprawdę wstyd mi za to, że pod moim nosem zabijają paladyna i to w samej kaplicy! Pokażę ją wam później, piękne miejsce. Bardzo ważne dla nas. Wstyd mi też i biję się w pierś z żalem, że nie potrafiłem sam sprawy doprowadzić do końca, bo wiadomo, mężczyzny nie ocenia się po tym jak zaczyna, ale jak kończy, a ja, ze smutkiem mówię wam, jakbym się spowiadał, nie potrafię dowiedzieć się kto i jak wykrada te nieszczęsne organy ze świeżych grobów- teraz niemal boleściwie zapłakał. Przełknął wino, jakby chciał zatamować wylew, groteskowych w tym wypadku, łez. - Zacznę od sprawy grobów. Wykradane są bowiem pojedyncze narządy: serce ze świeżego trupa, wątroba, płuca, noga, ręka, ot, a ostatnio mózg, naszego wielkiego astronoma, matematyka i fizyka Henri'ego Artraud'a. Reszta ciała zostaje nietknięta. Co za ból wyrządzany jest rodzinom zmarłym, ale jaką to hańbę i złą sławę przynosi miastu! Nie ukrywam... ÂŻyjemy z bogatych mieszczan, którzy spędzają tu hemis, która na północy jest zimna, a tu bardzo przyjemna. Teraz nikt nie będzie chciał tu przejeżdżać! To katastrofa... Ale! Jakiś tydzień temu straże stoją i pilnują cmentarza. Od tego te świętokradzkie kradzieże ustały, ale Martin du Camp stracił życie, jeszcze przed tymi grabieżami.
-Nikt nie widział żadnej postaci kręcącej się wokół cmentarzyska?
- Niestety- wzruszył bezradnie ramionami. - Dziś jednak każdy z rycerzy ma święto z okazji waszego przyjazdu. Mają wolne. Nikt cmentarza nie obstawia, gdyż uznaliśmy, że skoro ataki ustały, nie ma takiej potrzeby. Taaak.... To jedna kwestia. Mogę przejść do następnej? A mianowicie chciałbym omówić te światła nad dżunglą.-spojrzał pytająco po zebranych. - Macie jakieś pytania? Odpowiem najbardziej szczegółowo, jak będę potrafił.
Nawaar:
Po to przebyłem taki kawał drogi, żeby teraz męczyć się w tym luksusie? Zapytał sam siebie, oglądając te nietypowe potrawy. W głębi na serio liczył na coś bardziej treściwego, dzika na przykład albo na jakieś kurczaki, a nie skorupiaki i dziwnie wyglądające krewetki. Jak to się je? Brodacz już wiedział, że ta kolacja bardziej go zamęczy niż, walka z różnymi kreaturami tego świata, a sam Kiellon był raczej prostym rycerzem bez większych manier, jednakże musiał się dostosować. Dlatego miał plan naśladowania innych przy stole. Owoców morza na razie nie ruszał, tylko skupił się na normalnym jedzeniu czyli nad tym, co jadła anielica. Rycerz wzruszył ramionami i zaczął spokojnie jeść, nie opychał się, nie mówił z pełnymi ustami, nie śmiał się, ale w końcu otoczka ułożonego szlachcica, przeminęła i znów zaczął być sobą, bo oto właśnie chodzi w życiu, żeby być sobą nawet jeśli, przyniesie to wstyd Evening. Kiellon nie przejmował się jej gniewem zwłaszcza, gdy robił to co lubił czyli jadł. W trakcie słuchał co ma do, powiedzenia przedstawiciel bractwa na tutejszych włościach, ale były to same problemy dość dużo ich było. Krasnolud jedząc kolejną porcję, przemówił do człowieka z pełnymi ustami!
- Głupio zrobiliście zostawiając cmentarz bez ochrony jedynie dla tego, że przybyliśmy.
Pokręcił głową, z niedowierzania, połykając całą zawartość w swoich ustach i w końcu normalnie powiedział.
- Jestem na pewien, że dzisiejszej nocy atak na cmentarz ponownie nastąpi. Proponowałbym wysłanie tam straży, bo jak to mówią licho nie śpi. Kiellon polał sobie wina do kielicha, żeby mu gardło nie zaschło od mówienia choć tak naprawdę wolał wódkę. Trunek miał dość dobry posmak, ale uważał, że takie coś lubią młode elfy, nie miej jednak pił wino, żeby się napić, a przestając rzekł.
- Ponoć zamordowany odprawiał czy wierzył w jakieś gusła. Co wiecie na ten temat?
Oczywiście zaczął od tego co go, najbardziej zainteresowało w opowieści staruszka. Brodacz myślał na tym, że działa tu może jakaś sekta albo jakiś inny czort, macza w tym palce. Krasnolud również nie zamierzał, wyjawiać swojego informatora, bo ciul wie kto jest tutaj zakonspirowany w samym bractwie również ktoś mógł siedzieć jako tajny agent, podszywający się dla informacji! Tematu wieży nawet nie poruszał, bo nie miał dość informacji wolał najpierw, posłuchać opowieści przed wyciągnięciem wniosków.
Gorn Valfranden:
Gorn uważnie słuchał całą rozmowę i jednocześnie co jakiś czas jadł coś delektując się potrawami i popijał bardzo małymi ilościami wina. - No cóż... Zgadzam się z Kiellonem. Ktoś powinien tam być. Wysyłaliście tam oficjalnie umundurowanych rycerzy? cz też patrolowali tam sprawę incognito?. A pozostałe części ukradzione należały także do jakiś szanowanych osób, bogaczy, itp?.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej