Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wakacje pod palmami
Evening Antarii:
Staruszek zatrzymał się w wejściu. Drzwi były już lekko uchylone.
- Martin du Camp...- westchnął wyraźnie z ciężkim sercem. - Marcel na pewno wam wytłumaczy wszystko lepiej niż ja. Wiadomo tylko tyle, że zniknął, a po tym zdarzeniu podłoga w kaplicy była cała we krwi- wzruszył bezradnie ramionami. - Dobry chłopak to był. Jego ojciec bardzo przeżywa tę stratę. Martin jeszcze jak miał dziewiętnaście lat to był niewierzący i praktykował jakieś gusła. nawrócił się, wstąpił do Bractwa, a teraz o.
Marduk Draven:
Jakoś nie patrzył na obrazy, na jakiekolwiek zdobienia, nie słuchał, oprócz wzmianki o pokojach. Po wszystkim zaś, udał się do tego, który my wyznaczono. Zdjął pancerz, umył się, wyczesał dokładnie włosy, zostawiając je do osuszenia, sam zaś zdrzemnął się. Ze sztyletem pod poduszką.
Nawaar:
- Doprawdy? Zatem wszystkiego dowiem się później. Bywaj dobry człowieku.
Odprawił mężczyznę, który znikł zaraz za drzwiami. Krasnolud miał teraz trochę podejrzeń, więc pogładził się po brodzie w zamyśleniu, wiele do myślenia mu dawała ta wypowiedź medyka, zastanawiały go te gusła jakie odprawiał ów paladyn. Krasnolud miał wiele pytań, ale żadnej odpowiedzi i pewnie nikt mu nie pomoże, w ich uzyskaniu. Kiellon walcząc ze swoimi myślami, postanowił przygotować się do kolacji, a więc rozebrał się do naga potem, obmył się dokładnie ze wszelakiego błota, rozczesał brodę z włosami, bardzo elegancko zaczął wyglądać, ale niestety miał zaledwie jedną koszulę dość brudną od błota, deszczu, walki z drzewcem, musiał ją jakoś doprowadzić do stanu wyjściowego tak samo spodnie, w tym celu zaczął przepierać co się dało gdy to skończył, powiesił wszystko za okno, bo wiedział, że w takiej temperaturze wszystko szybko wyschnie, a potem z braku zajęcia położył się w miękkiej pościeli, aby na chwile wyłączyć się i móc, przeczekać na kolację.
Evening Antarii:
Po pół godzinie wszyscy poczuli zapach świeżego, długo pieczonego i aromatycznie przyprawionego mięsa, które chyba ściągano właśnie z rusztów i kładziono na tace. Stół się zapełniaj. Wokół niego gromadzili się najwybitniejsi rycerze tutejszej jednostki.
Evening tymczasem urządziła sobie krótki spacer po swoim pokoju. Sprawdziła zawartość regałów. Szuflady były zupełnie puste. Porządnie zrobione z nie byle jakiego drewna... Aż szkoda, że marnowały się w nieużywanym na co dzień pokoju. Nad meblem wisiał obraz, który nie przypadł anielicy do gustu. Były to kolorowe plamy i kształty, które niczego nie przedstawiały. Antarii zwróciła na niego uwagę i przy jego oglądaniu mocno wysilała wyobraźnię, która jednak nie podpowiadała racjonalnego pomysłu na to, co może znajdować się na malunku. Dziewczyna w duchu stwierdziła, że sztuka idzie w złym kierunku, i będzie źle, jeśli bezkształtne konfiguracje plam wedrą się na ściany domów szlachciców i na wystawy. Zdecydowanie bardziej wolała klasyczne przedstawienia scen z historii świata i z legend, które nierzadko okazywały się prawdziwe.
Widok spokojnego morza przebijał się przez falujący materiał zasłon. Ich ruchy, raz energiczne, raz niemal niezauważalne, były chyba jedynym ruchem w całej leniwej okolicy. Było popołudnie i upał naprawdę dawał się we znaki.
Po chwili do pokoju wniesiono do pokoju Eve wszystkie jej tobołki, które targała tutaj z Raschet Tiara. Postawiono je przy łóżku, a gruba maurenka w koku i w eleganckim fartuszki zaczęła je rozpakowywać i chować ubrania do szaf. Bibeloty zaś schowała w toaletce z lustrem.
- Na dole przyszykowano już obiad. Panienka jest proszona o zejście- rzekła, skłoniła się i wyszła.
Anielica przywdziała się w swoją białą sukienkę, którą przyszyła właśnie zmyślą o tutejszych upałach. Może niezbyt odważna, za to dająca możliwość czucia ciepłego wiatru na ciele, który przynosił lekkie orzeźwienie.
Evening zeszła więc na dół, gdzie czekał już Marcel i inni, który dziewczyna nie mogła nawet znać. Wokół de Nodiera było kilka wolnych miejsc, dla niej, Killona, Marduke'a, Lucasa i Gorna.
Gdy zeszliście na dół, dostrzegliście suto zastawiony stół mięsem, pieczywem, ale przede wszystkim pachnącymi, słodkimi owocami, których w Efehidonie się nie widuje. Sala ta, szeroka na może dziesięć metrów, za to szeroka, na dwóch ścianach miała duże okna wychodzące na dżunglę i plaże. Z sufitu zwisały kryształowe żyrandole. A przynajmniej świece, które były tam zapalane, zatknięte były w niezwykle ozdobnych i połyskujących różnymi kolorami świecznikach.
- Szylkret. Wie panienka co to?- odezwał się de Nodier i wskazał wolne miejsce.
-Skorupa żółwia- odparła anielica.
- Dokładnie, masa otrzymywana z ich skorup- uśmiechnął się jakoś dziwnie władczo. - Czekamy na pani towarzyszy i chyba wtedy zaczniemy jeść. Cóż, nie ukrywam, że jestem straszliwie głodny!
Gorn Valfranden:
Gorn o czasie wyszedł z pokoju i skierował się na dół. Kiedy dotarł do pomieszczenia dostrzegł Evening i Nodiera. Podszedł do wolnego krzesła i usiadł. Nie przysłuchiwał się rozmowie tylko oczekiwał aż wszyscy się pojawią i przejdą do konkretnych rzeczy którymi muszą się zająć. Oparł się wygodnie i odpoczywał jednocześnie obserwując salę i wszystkich wchodzących. Przyglądał się także potrawom i napitkom znajdującym się na stole i w zasięgu jego rąk.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej