Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wakacje pod palmami
Nawaar:
Dojechanie do zamku było już kwestią chwili na szczęście dla wszystkich kompanów podróży. Krasnolud czuł się paskudnie od tej całej pogody, deszcz, deszcz i jeszcze więcej deszczu tego nawet nie zniesie zatwardziały przedstawiciel jego rasy, a on musiał! Brodacz chciał się skryć pod dachem albo w miejscu gdzie, nie będzie słyszał deszczu na obecną chwilę miał wszystko gdzieś. Cała sprawa z zabójstwem paladyna, wieża pełna świateł i rozkopywanie grobów, schodziły na drugi plan w tym czasie chciał się zająć sobą, czyli napić się tutejszej wódki, dobrze pojeść, może pochędożyć a dopiero później, zająć się resztą spraw przez, które tu jest! W końcu po przeprawie około godzinnej, dotarli wszyscy szczęśliwie i zdrowo. Saint-Eatinne wyglądało dość imponująco pomimo małych rozmiarów miasteczka, ale przepych zdało się zobaczyć z daleka wtedy Kiellon pomyślał. Bogaci żyją inaczej. Potem splunął na ziemię i nikt, nie mógł odgadnąć jego myśli. Krasnolud chłodno kalkulował, lecz był za bardzo zmęczony na tą całą podróż, więc bez słownie obserwował resztę, ale wewnątrz czuł, że mógłby tutaj zamieszkać gdyby nie deszcz, bo tak było dość malowniczo i spokojnie, a spokoju to on po tej wojnie i ciągłych wyprawach potrzebował gdyby oczywiście nie zabójstwa paladynów i innych dziwnych wydarzeń. Krasnolud dojrzał również budynki mieszkalne miasta były dość wielkie niż zazwyczaj do tego umalowane, jakby tworzył jeden z braci brodacz, to tyle ile mógł spojrzeć z takiego dystansu dopiero jak ,przejeżdżali ulicami mógł w pełnej krasie ocenić stan budynków i było dość ładnie. Ludzi na trasie do tutejszej siedziby Bractwa ÂŚwitu nie było, pochowali się przed upałem praktycznie każdy, schodził im z drogi i dobrze dzięki temu mogli szybko znaleźć się w miejscu przeznaczenia. Na powitanie jeźdźców aż z głównej siedziby Bractwa ÂŚwitu, wyszła dość spora grupa wojowników spod znaku jednego boga Zartata oraz chóralny dźwięk trąbek zaskoczył brodacza, bo spodziewał się jakiegoś ponurego przywitania i natychmiast dojścia do spraw bieżących, a tutaj proszę przybysze zostali potraktowani jak jacyś zbawiciele albo zwycięzcy, gdzie jeszcze nawet nie kiwnęli palcem w tej mieścinie. Kiellon nie zamierzał się sprzeciwiać takiemu obrotowi spraw, wewnątrz myślał, że bracia zakonni pomogą mu z tą nogą, bo dokuczała niesamowicie. Kiellon przywitał się skinieniem głowy w stronę mówcy, następnie zeskoczył z konia jak najdelikatniej potrafił, oddając wierzchowca w ręce stajennego wcześniej zaś pogłaskał go od tak dla zasady i nim zazna tutejszej gościnności chciał być cały sprawny, więc rzekł.
- Dziękuje za gościnę, ale czy macie medyka w swojej siedzibie? Doznałem małego wypadku podczas podróży i ciężko jest mi się poruszać. Zwykła maść wystarczy na to.
Mówił, lekko kuśtykając w stronę bramy dworu pośród liczebność wojska powitalnego.
Gorn Valfranden:
Dojechali do siedziby Bractwa w Saint-Eatinne. A tam czekał na nich istny komitet powitalny. Wystrojeni rycerze witający przybyłych mieczami w górę. Okolica była bardzo ładna. Można było wiele czasu spędzić nad podziwianiem krajobrazów i zachwycać się piękną przyrodą. Ale nie było na to czasu. Teraz były inne priorytety. Bo przecież nie przybyli tu aby Paladyn zsiadł z konia, oddał wodze stajennemu i zanim ten zaczął odchodzić pogłaskał jeszcze konia. Wojownik krótko się przywitał - Witajcie, Dziękuję za gościnę, także jestem zaszczycony ukłonił się sztywno wszystkim obecnych z Zamku po czym czekał aż reszta też będzie gotowa. Szczerze mówiąc bardziej niż odpoczynku wolał od razu przejść do spraw pilniejszych tzn. dowiedzenia się o wszystkich informacjach jakie mają zleceniodawcy.
Marduk Draven:
Kiellonowi raczej nic wielkiego się nie stało. Cieszyło to Dravena. Wiedząc, że z druhem wszystko dobrze, także posypał zewłok posłańca. W końcu ruszyli. Podróż mijała mu nijak. Przetrwał. To było najważniejsze.
Także przywitanie było mu obojętne. Ot grzeczności. Milczał, pogłaskał jedynie swą klacz, za nim oddał jej wodze. Czekał na rozwój wypadków.
Evening Antarii:
- Och! Medyka? Taaaak, mamy, oczywiście- pokiwał szybko głową Marcel. - Przyślę go do pana celi, chodźcie za mną, pokażę wam wasze pokoje- całe towarzystwo miało okazję iść szerokimi korytarzami, których ściany ozdobione były niezwykle starannymi kopiami słynnych obrazów. Przedstawiały one anioły, smoki, wyobrażenia bóstw, wszystkie valfdeńskie rasy w scenkach rodzajowych i bitewnych. Szczególnie uwagę zwracał obraz "Bitwa na Zielonych Równinach", pokaźny i reprezentatywny, z zachowaniem wszystkich najmniejszych szczegółów. Zachwycał dobraniem barw, obmyślaną kompozycją panoramiczną, a także wrażeniem ruchu walczących postaci.
- Chyba nie odmówicie malarzowi talentu? To prawdziwe majstersztyki!- klasnął w dłonie de Nodier, zadowolony z tego, że może się pochwalić zgromadzoną przez lata kolekcją wartą fortunę. - Nie ukrywam, jestem miłośnikiem sztuki. I kobiet...- dwa ostatnie słowa mruknął pod nosem tak, by nikt nie dosłyszał. - W Saint-Eatinne zaś mieszka niejaki Victor Cheng z zachodnich stron wyspy. Przybył tutaj kilkanaście lat temu, gdy miasto było jeszcze wioską rybacką. Szukał weny- wytłumaczył.
Dalej przeszli szerokimi na pięć metrów schodami wijącymi się majestatycznie w górę. Poręcze były pozłacane, a stopnie marmurowe. Na twarzy paladyna oprowadzającego gości pojawił się dumny uśmieszek.
- Dormitorium znajduje się na pierwszym piętrze. Już prawie jesteśmy. Jest to najmniej okazała część kompleksu. Wszak zakonnicy powinni żyć ubogo, skupiając się na najistotniejszych rzeczach dla duszy. Powinni kontemplować światło od Boga przez lekturę, walkę i pomoc innym, a nie szukać wygód. Pragnę zaznaczyć jednak, iż każde "upiększenie", które macie okazję podziwiać, jest na chwałę Zartata. Wszak należy mu się cześć w godnych miejscach, a nie byle ruderach. Choć wierzę, że i w ciemnej szopie znajduje się iskierka boska.
Pokoje znajdowały się po obu stronach węższego tutaj korytarza.
- Cele numer 6, 7,8 i 9 należą do was, panowie- spojrzał na Gorna, Lucasa, Marduke'a i Kiellona. - Dla panienki mam inny pokój gdyż mało tu jest kobiet i mieszkają w innej, wydzielonej części na drugim piętrze. Jeśli będą panowie gotowi, proszę zejść schodami na dół a później na lewo do sali reprezentacyjnej, gdzie czeka syty obiad, poczęstunek, a nawet kawa, jeśli tylko zapragniecie. Tam omówimy sprawy, dla których was wezwałem.
Gdy otworzyliście pokoje, były one skromne, ale bardzo wygodne. Okna wychodziły na sad i okazały ogród z zadbanymi rabatami egzotycznych kwiatów. Po środku znajdowała się też sadzawka z fontanną, w której pływały czerwone ryby. ÂŚciany były białe, meble wykonane zaś z ciemnego drewna. Czerwone, jedwabne poduszki ozdabiały łóżka. Na podłogach leżały cielęce skóry. W pokoju znajdowały się dwa skórzane fotele, niski drewniany stolik, mnóstwo świec i kącik, w którym stała ciepła woda w cebrzyku. Okna były ledwie uchylone przez co białe firany powiewały lekko. Pachniało tam kadzidłami z opium. Dym unosił się wolno i leniwie wypełniając całą przestrzeń.
Drugie piętro wyglądało tak samo jak pierwsze. Długi, prosty korytarz. Tutaj jednak większość pokojów była pusta. W Saint-Eatinne było tylko 6 kobiet, a wszystkie w randze paladyna. - Zaprowadzę panienkę do pokoju, który powstał z połączenia dwóch innych. Domyśliłem się, że skrzydła zajmują sporo miejsca, dlatego kazałem kupić szerokie i miękkie łóżko- mówił.
Anielica była lekko zmieszana, nie spodziewała się takich luksusów, tymczasem Eatinne było naprawdę bogatym miejscem.
W jej pokoju centralną część zajmowało właśnie owo łoże z baldachimem, a także miękki dywan bogato zdobiony ornamentami. Przez uchylone okno balkonowe wpadała świeża morska bryza. - Kufry na rzeczy, toaletka, duża szafa, stół dla czterech osób i pokojówka, wedle potrzeby- wymieniał Marcel.
-Dziękuję, naprawdę- powiedziała Eve, siadając na skraju łoża. - Tak jak powiedziałem... Czekamy na dole- przypomniał i wyszedł, zamykając drzwi. Przez moment do nozdrzy Eve dotarł zapach szykowanego obiadu.
Nawaar:
- Dobrze zatem poczekam na niego.
Mówił, ruszając za przedstawicielem bractwa na tutejszych włościach. Krasnoludowi pierwsze co rzuciło się w oczy był cały kompleks dość imponująco, wykonany jak na warunki tej organizacji, ale bogactwo i przepych był ogromy wewnątrz budowli. Kiellonowi znowu na myśl przyszły słowa, że bogaci żyją inaczej, lecz tym razem nie splunął choć pokusa była ogromna wtedy, zrozumiał, iż nie wypada to rycerzowi a niedługo paladynowi. Rycerz oglądał malowidła dość sprawnych rąk, ale nic nie mówił po prostu, przytaknął mężczyźnie za każdym razem gdy ten się odzywał. Jednak, kiedy mężczyzna wspomniał o kobietach, krasnolud musiał coś powiedzieć. - Mówisz w moim języku. Wszystko było piękne nawet jak na małą siedzibę bractwa. Szerokie korytarze większe nawet od tej w głównej siedzibie, a było ona majestatyczna! W każdym bądź razie towarzysze dotarli do swoich cel, przed którymi stanęli twarzą w twarz i niby miały być skromne, ale to pojęcie jest różnie interpretowane przez przedstawicieli rycerstwa dla krasnoluda był tu za duży przepych jeszcze jedna rzecz, przez którą uważna, iż tutejszy oddział musi jakoś dorabiać na boku, wydawało mu się to wszystko podejrzane, bo skromnością tą pomieszczenie nie grzeszy, nie tak jak jego pokój w bractwie. Kiellon wszedł do środka, ściągnął ciężki ekwipunek, usiadł na krześle oczekując pojawienie się medyka dopiero potem uda się na kolacje i porządnie napije się wódki z tutejszą świtą.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej