Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Wakacje pod palmami

<< < (10/37) > >>

Gorn Valfranden:
- Przykrycie go ziemią będzie lepszym rozwiązaniem niż zostawienie jego ciała na pastwę losu. Każdy zasługuje na pochówek. Czy to ten drzewiec go zabił? Chyba się nie dowiemy. Możliwe że dalej spotkamy następnych? mało prawdopodobne ale możliwe. Pomyślał Paladyn  po czym wziął solidną garść ziemi, posypał nią zwłoki po czym powiedział - Oświeć jego drogę po śmierci Zartacie. Przyjmij tego biedaka do swej krainy. Niech mu ziemia lekką będzie. Wojownik opuścił głowę na znak szacunku zmarłego posłańca.

Evening Antarii:
-To zwykły posłaniec, nie jakiś książę. Bez przesadnych ceremoniałów proszę. -Anielica też wzięła garść ziemi, a raczej była to jakaś kora i leżące liście, gdyż w lesie tak wypełnionym roślinnością ciężko było dostać się do zwykłej ziemi. Sypnęła ziemią na ciało chłopaka. W myślach zmówiła modlitwę, choć jemu i tak wszystko jedno.
Kompania mogła ruszać dalej i tak właśnie się stało. Noc przeczekali przy ognisku, a rano wspięli się na wzgórze, z którego roztaczał się piękny widok na Saint-Eatinne. Godzina drogi i powinni być na miejscu.



Nawaar:
Krasnolud natomiast nie ruszał się z miejsca, wolał, obserwować swoich kompanów z dystansu dopiero później, opuścił głowę, mówiąc kilka słów do Zartata. W cale nie była to piękna modlitwa, ale prosta jakim był ów rycerz, mówiący ją. Następnie wsiadł na konia, choć nie było mu łatwo z racji niskiego wzrostu oraz rany na nodze, niestety musiał jakoś sobie poradzić bez podestu. Dlatego najpierw wsadził w strzemiona zdrową nogę, a potem dzięki swojej silnej woli przerzucił drugą, więc tak dosiadł wierzchowca, będąc gotowy do dalszej drogi. Brodaczowi reszta podróży przebiegła spokojnie, cicho, bez rozmów sama jazda nawet, przy ognisku było dziwnie, lecz wiedział, że dla pogaduszek, nie jadą taki kawał drogi! Rankiem dopiero dotarli na wzgórze, za którym była panorama ich miejsca docelowego, a był to las tropikalny właściwie nic specjalnego. Drzewa, drzewa i jeszcze raz drzewa. Oczywiście różne, ale komu chciało się im dokładniej przyglądać? Chociaż ptaki i zwierzęta były ciekawe, lecz tylko na chwilę. Krasnoluda trochę bardziej interesowała warownia, bo wolał takie techniczne cudeńka i już nie mógł się doczekać rozwiązywania ponurych zagadek tego bądź, co bądź malowniczego miejsca gdzie pełno rycerzy chciało tutaj stacjonować.

Gorn Valfranden:
- Nieraz bywało że jeden uczciwy i prosty człowiek był więcej wart niż dziesięciu książąt. To co powiedział było prawdą. Częstą się zdarzało że człowiek żyjący w biedzie był 100 razy lepszy niż egoistyczny książę. Paladyn wsiadł na konia i pojechał za resztą towarzyszy. Następnego ranka dotarli na wzgórze skąd był piękny widok. Wojownik rozejrzał się chwilę po okolicy po czym czekał aż ruszą dalej i dotrą do miasta.

Evening Antarii:
-Ale żadnemu z nich nie wyprawiono uroczystego pogrzebu- podsumowała. -Jedźmy, już prawie jesteśmy na miejscu.
Dalsza droga, jako że były to ostatnie kilometry do pokonania z kilkuset, była bardzo przyjemna, a świadomość niedalekiego celu sprawiała, że drużyna szła jeszcze szybciej, spragniona wygód w postaci miękkiego łóżka, cebrzyka ciepłej wody i porządnego jedzenia. Obmycie się z potu, a nawet wiórów po wcześniejszej walce było pragnieniem każdego z nich. Także dach nad głową, by schronić się przed regularnym deszczem byłby mile widziany. Wszystkiego tego mieli doświadczyć niedługo.


Po półtorej godzinie marszu wreszcie całe towarzystwo dotarło do Saint-Eatinne. Miasteczko to było niewielkie, ale zewsząd emanowało bogactwo i przepych. Ludzie tutaj bogacili się na przeróżnych egzotycznych towarach, które w Efehidonie sprzedawały się jak ciepłe bułeczki. Ogromne muszle, skorupy żółwi, niespotykane perfumy, przeróżne tutejsze owoce, a przede wszystkim szlachetne gatunki drzew, z których wytwarzano w tartakach drewno na meble dla najbogatszych. Wszystkie te dobra transportowane na północ zyskiwały na wartości, dlatego mieszkańcy mogli sobie pozwolić na sprowadzanie bogatych surowców z każdego zakątka wyspy. Ziemia rodziła tu cały rok dzięki ciepłemu klimatowi i regularnym, obfitym opadom.
Domy w mieście prezentowały się okazale. Kamienice tutaj nie były wąskie i wysokie, tylko szerokie, pomysłowo ozdabiane malunkami, z okien zaś zwisały kolorowe, bujne kwiaty. Zazwyczaj jeden budynek należał do jednego właściciela, który na najniższym piętrze  urządzał swój sklep czy warsztat, zaś u góry mieszkał. Było południe i z balkonów, werand i tarasów rycerzy obserwowali ludzie odpoczywający w najgorszy upał. Nawet dzieciaki pochowały się w cień i brukowane uliczki wydawały się teraz nieco opustoszałe.
Twierdza Bractwa Saint-Eatinne była dobrze widoczna. Usytuowana na niewielkim wzgórzu nieco na obrzeżach miasta była punktem orientacyjnym dla całej okolicy.

Z dala dało się słyszeć głos trąbek, widoczne były też powiewające flagi, na których widniał herb: kremowy zamek na tle morza i różowego nieba. Całą kompanię Bractwa przywitał niemały oddział tutejszych żołnierzy, wystrojonych swoje służbowe stroje, stojący w równych rzędach i witających przybyszów mieczami w górze.
Gdy wszyscy podjechali na szczyt, do bramy twierdzy, na przód wystąpił jeden z rycerzy.


- Doznałem wielkiego zaszczytu, mogąc powitać delegację z Raschet- skłonił się uprzejmie, patrząc z szacunkiem na każdego. Dał znak, by trębacze zakończyli odgrywanie czegoś, co było jakimś hejnałem. - Jestem Marcel de Nodier, tutejszy dowódca tysięcznego oddziału Bractwa. Niewiele, ale w naszych warunkach wystarczająco. Nie będę nawet pytał jak podróż...- widocznie dostrzegł umęczonych podróżnych, spoconych i zwyczajnie brudnych. - Teraz jednak ugościmy was w Saint-Eatinne! Zsiądźcie z koni, zaraz stajenny się nimi zajmie, w końcu to twarde sztuki, przejść pół wyspy przez takie tereny, ale odpoczynek też im się należy.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej