Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wojna o Valfden: Postawić wszystko na jedną kartę
Mortis:
Mortis sięgnęła po kostur. - Biorę tego po lewej, Hope weź tego po prawej. Niech ktoś zajmie się tym drewnianym dziwadłem. Mistrzyni biegnąc w stronę kamiennego strażnika zaczęła wymawiać słowa inkantacji - Izani qiash xugro agrosh Rasher!. W dłoniach zaczęła generować mroczną energię, kiedy zbliżyła się do przeciwnika rzuciła w niego kosturem. Kryształ rozbłysnął na chwilę oślepiając strażnika. Mortis wyciągnęła przed siebie ręce formując z mrocznej energii 6 widmowych szkieletów wokół przeciwnika. Nieumarli zaczęli siekać wroga spaczonym orężem wykonując szaleńczy taniec śmierci. Jego kamienny pancerz zaczął pękać pod gradem ciosów.
Dragosani:
- Ech... - westchnął Drago. Chyba jednak nie mieli wyboru i będą musieli walczyć. Przynajmniej do czasu, aż Lithan zakończy inkantację. Wampir wyrwał więc szablę w pochwy i wyskoczył z bariery wytworzonej przez elfa. Ruszył do ataku na jednego z kamiennych strażników. Wszak było ich czterech, powinno wystarczyć dla każdego. Musiał działać szybko, wiedział to. Szybkość i zwinność dawała przewagę nad większością przeciwników. Dotarł do strażnika i na próbę zadał mu kilka ciosów ostrzem szabli, celując w kolano. Potem odskoczył, aby uniknąć ataku wielką (i zapewne ciężką) łapą. Odskoczył w bok, prześlizgnął się pod kamienną ręką i znów zaatakował. Zadał kilka szybkich i silnych ciosów w nogę strażnika. chciał go powalić. To ułatwiłoby dalszą walkę. Skakał tak wokół strażnika, unikając jego ciosów, i raz za razem osłabiając go własnymi uderzeniami. Walczył bo musiał. Aby bronić siebie i swoich kompanów. Chociaż w głębi serca uważał, że w takim miejscu nie powinno dochodzić do walk.
Evening Antarii:
Evening była sceptyczna do walki w takim miejscu, jednakże gdy silniejsi i mądrzejsi od niej ruszyli na strażników, to ona nie mogła stać z boku i się patrzyć. Sama też przyznała przed sobą, że nie rozumiała do końca całej tej tajemniczej sprawy, ludzi lasu, magicznych artefaktów i tak dalej... Wciąż zdawało jej się, że zaraz się obudzi ze snu, a za oknem będzie zwykła, normalna, tradycyjna, jeśli tak można to określić, wojna. Wojownicy z mieczami i łukami. Bez magii, bez dalekosiężnych zaklęć... i śmierć zadana od ostrza, a nie demonicznych mocy i lawy lecącej z nieba.
Anielica nie miała wcześniej do czynienia z takimi istotami, pewnie jak wszyscy tutaj. Zgromadziła więc moc Zartata, która zasiliła jej pokłady magii. Nad jej lewą dłonią zaczęła materializować się kula wielkości armatniej. Migała światłami i pulsowała energią. -Izeshar! - wykrzyknęła inkantację, wcześniej podchodząc na jakieś 10 metrów do potwora. Telekinezą pchnęła kulę, która uderzyła w tors kamiennego strażnika. Kula uszkodziła skalny pancerz. Jednakże Evening wiedziała, że to nie wystarczy. Sięgnęła po srebrny miecz i zaczęła wykonywać najpierw uniki przed rozwścieczonym strażnikiem. Wreszcie skoczyła za jego plecy i odpychając się skrzydłami od ziemi uniosła się kilka metrów, by zrównać się z głową potwora. Uderzyła srebrną klingą w jego głowę od tyłu, mając nadzieję, że to go w jakiś sposób ogłuszy... Nie wiedziała bowiem, jak wytrzymałe są te istoty. Walka z przeciwnikiem, którego się nie zna, zawsze była trudniejsza.
Eve wymanewrowała, choć takie latanie na małej przestrzeni było niezwykle skomplikowane, i zjawiła się przed oczami strażnika. Niemal nie została uderzona przez wielkie ramię szamoczącego się stwora. Uniknęła ciosu w ostatniej chwili i przeszła do ataku. Zadała kilkanaście szybkich ruchów mieczem celując w oczy, noc, krusząc skałę tworzącą to, co miało być twarzą.
Gunses:
Gunses zauważył, że jemu po podziale przypada rozumna istota stojąca dokładnie pomiędzy nimi, a tajemniczym sarkofagiem. Kamieniem, będącym pieczęcią. Ăw istota prezentowała się dość znajomo. Był czymś w rodzaju połączenia demonicznego behemota i dracona. Jednakże cała zdawała się być tworem czystej natury... Jej kończyny i korpus były stworzone jak się zdawało z drewna. Wieńczące łeb rogi, łudząco wydawały się być porożem jelenia. Wielkie wyrostki na plecach, przypominające skrzydła, spływały niczym pędy wierzby płaczącej. Wiedział, że ku takiej istocie na nic zaklęcia z magii umysłu. Mimo, iż wydawała się ona istotą myślącą, zapewne nie miała takiego narządu, a cała jej świadomość była mieszaniną woli stwórcy, magii oraz instynktu.
Cadacus nie myślał o tym stojąc i patrząc. Ruszył do walki. Dzierżył w swoim ręku broń, z której umiał zrobić pożytek. Wykuty według starych schematów miecz wieszczego, stworzony był po to, by zabijać. Prosty miecz wykonany z dwóch minerałów. Ostrze obustronne, cienkie, podwójnie utwardzanie. Materiał poddany wyżarzaniu i szybkiemu hartowaniu uzyskał zdumiewającą wytrzymałość i ostrość przy zachowaniu lekkości i cienkości. Na ostrzu wygrawerowane znaki: "Vaaielset'zcet'zy cetiel dazoipardaznoiel i setpeltesar. Oibereltesnoiel geleoivaakerel, rearcet'zeltesar. Poiker'eoi' noar kerarvaa'rlekeri, noar oiker'euset'zkeri. Noeil zetoiset'esarnoiel noicet zet tesvaaelj dazuset'zkeri. Vaaielset'zcet'zy cetiel zetjel. Cetarle'lgeoi cetiel zetjel.". Rękojeść wytworzona jako dopasowana do konkretnej dłoni, dobrze się trzyma, pozwalając dzięki swej długości na duże wygięci przegubów. Miecz został wykuty w niegasnącym ogniu wielkiego Efehidionu przez Nieumarłego dla niego samego. Miecz ten jest okrytym tajemnicą i groźbą mieczem wieszczych, wędrownych pogromców potworów i straszydeł, których warownia przed laty znajdowała się pośród niedostępnych gór hrabstwa Revar. Nieumarły go stworzył i tylko Nieumarły mógł być jego panem.
Skoczył do istoty, której nigdzie indziej nie było, która była jedyna. Zwinne wykonał przewrót unikając wielkich, sękatych łap tajemniczego bytu. Odbił się od podestu, na którym stał sarkofag i uderzył. Mocno. Z lewej do prawej, od dołu do góry. Miecz ciągnięty w górę nabrał prędkości, ciął bezlitośnie stojącą tyłem istotę. Od szczytu lewego uda, poprzez całe krzyże i na wysokości łopatki kończąc. W powietrze pofrunęły kawałki kory i wierzbowych witek. Siła ciosu przeniosła miecz wysoko nad ramię wampira, jednak okrzyknięty Niszczycielem nie dał się zachwiać swej własnej broni. Oręż w jego rękach był przedłużeniem samej śmierci. Szybko zmienił kąt trzymania rąk, pociągnął miecz lekko w dół ustawiając go po swojej prawej stronie, równolegle do poziomu gruntu i ciął silnym skrętem bioder. Miecz rozpruł powietrze i niczym kosa uderzył w lędźwie. Wykorzystując pęd uderzenia, Cadacus dał porwać się i wykonując piruet odskoczył na bezpieczną odległość 10 metrów.
Mortis:
Kamienny strażnik rozerwany przez Henandura rozprysnął się w drobny pył spowijając pobojowisko ścielące się trupem magicznych istot. Mortis zakaszlała, głośno przełknęła ślinę i rzekła bardziej do siebie niż jej towarzyszy - to wszystko?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej