Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wojna o Valfden: Postawić wszystko na jedną kartę
Lithan le Ellander:
- Jednym z jej twórców była moja matka - powiedział Lithan i poprowadził dalej. Elf ten był bowiem starszy od rasy wampirów.
- Tak, jesteśmy na terenie Murin Nulla. W prostym tłumaczeniu z elfiego na wspólny brzmiałoby to 'zapomniany sekret'. Większość mieszkańców - kontynuował mówić do Mortis i tych z pozostałych, którzy chcieli posłuchać - nie wie, co to jest za sekret. Co kryje to miasto. Uważają, że ów sekret to owe miasto, a przez to, że prawie nikt o nim nie wie, jest zapomniane. Dokładnie Murin Nulla to 'sekret, który trzeba zapomnieć'. Jak na sekret, o którym należy zapomnieć... nazwa całkiem dobrze o nim przypomina.
Po chwili zza porastających ścieżkę paproci ukazały nam się pierwsze budynki miasta. Miasta....
To miasto różniło się od innych. Nigdy nie zaznało rozkwitu. Nigdy nie miało go zaznać. Zostało wzniesione i na tym jego życie się skończyło. Od początku przypominało obóz, było bardziej wędrownym postojem, miejscem kultu, enklawą niżeli miejscem zamieszkałym. Oczywiście, przebywały tutaj istoty, czasem całe pokolenia. Jednak zawsze miasto to było niczyje. Nikt nie rościł sobie do niego praw, nikt o nie nie dbał. Wydarte z ziemi kamienie, które posłużyły do jego budowy, istoty w nim przebywające pozwoliły ponownie oddać je naturze. Nie ścięto tutaj żadnego drzewa, nie wyrwano żadnego chwastu. Mało, bardzo mało było na świecie takich miast. Miast zbudowanych przez leśne ludy jako symbol i które zostały tylko symbolem.
Kiedy wyszliście zza zarośli zobaczyliście przebywające tutaj istoty. Znaliście niektóre. Elfy, driady, centaury, trolle, niziołki... Inne znaliście z historii - kazury, gnomy, skrzaty, żyjące drzewa i kamienie... Pozostałe znał Lithan, czasami domyślał się kim są. Niektóre z istot widział pierwszy raz i był pewien, że ta mała gromadka jest jedyną żyjącą. Widząc podchodzili bliżej i przyglądali się wam. Patrzyli na efla bez szpiczastych uszu niewiedząc, że to ludzka kobieta. Patrzyli na blade twarze i dziwne kolory oczu wampirów. Dziwili się widząc wielką wróżkę.
Po lewej stronie w kręgu siedzieli znajomi niektórych z nas. Przywódca klanu centaurów, przywódczyni driad, Jurga - troll oraz wielki biały łabędź, który był przeistoczeniem Pani Jeziora. Do was zaś podszedł pewien osobnik bliżej nieokreślonej rasy.
Lithan odezwał się do niego
- Mae govannon, Hir Taur!
- Mae govanno, Emer iluve Kelva - odpowiedział barczysty osobnik - Starsze rasy mówiły, że przyjdziesz Pasterzy Stworzenia. Z czym przychodzisz?
- Przybywamy z ważną misją, by bronić działa stworzenia Adanosa.
- Czemu przychodzicie z tym do nas? Chcecie, abyśmy wzięli udział w bitwie pośród was? - zapytał, a Lithan spojrzał na Mortis, sprawdzając, czy chce coś powiedzieć.
Evening Antarii:
Trzeba zaznaczyć, że anielica rzadko bywała w lesie. Ostatnio prawie wcale. Wszystko z powodu skrzydeł, które po takiej wycieczce pełne były gałązek, zeschniętych liści, a nawet pająków, które spadły z drzew. Wyczyścić to później trudno, dlatego Eve już dawno nie gościła w takim miejscu jak to, na dodatek naładowane jakoś magicznie. To nie był byle las, to były knieje, esencja natury i sił przyrody, dom dla ludzi lasu. Byle sosnowy zagajnik mógł się schować... W porównaniu do majestatycznych drzew, strumyków z krystaliczną, orzeźwiającą wodą.
Antarii przyglądała się bacznie poczynaniom Lithana. Pierwiastek życia zafascynował ją w pewien sposób, rzadko bowiem miała do czynienia z magicznymi artefaktami czy przedmiotami.
Anielica czuła się tu nieco obco, czuła, że nie należy do tego świata, gdzie rządzą druidzi, elfy kapłani i sama Ventepii. Jej miejsce było o wiele, wiele wyżej, ponad koronami starych, majestatycznych drzew.
Kobieta podążała za wszystkimi, tuż obok Draga. Spoglądała między gęste listowie, później dokładnie obejrzała też bramę. Była ciekawa jak ten cały leśny lud wygląda... Dlatego też wyczekiwała na spotkanie...
Po jakimś czasie zza liści paproci wyłonił się obraz zaniedbanego, kamiennego miasta. Evening miała nadzieję zastać tu coś w rodzaju wioski tętniącej życiem, z miejscami kultu dla elfów i innych leśnych istot, tymczasem niewiele tutaj się działo. Budynki zdawały się być opuszczone, zbudowane raz, bez calu, później nieużywane. Zarośnięte, według Eve, jakimś chwastami, nie poddane pielęgnacji, oddane pod władanie matce naturze.
Dopiero chwilę potem ich oczom ukazały się istoty, o których Evening nawet się nie śniło. Owszem, znała bajki i klechdy o magicznych, leśnych stworzeniach. Nigdy jednak nie uwierzyłaby w to, że przyjdzie jej je spotkać na swojej drodze. Tymczasem stare ludy i istoty, które dotychczas istniały tylko na kartach ksiąg, żyją sobie tutaj, pod opieką Ventepii, w zupełnej harmonii z naturą i światem. Są jego częścią.
Podziwiała tą mnogość ras. Szczególnie przyjrzała się osobnikom, które wydały jej się w jakiś sposób wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju, o których w księgach nawet nie pisano, gdyż nikt nigdy ich nie widział. Dzisiaj to Evening jest ich gościem. I przychodzi wśród innych prosić o pomoc.
Mortis:
Mortis tylko spojrzała na Lithana i lekko pokiwała głową na znak, że nie zamierza niczego dodawać. Mówiła mu, że chcą wejść do świątyni, czekała aż im pozwolą. Wolała nie zwracać na siebie uwagi występując z grupy.
Dragosani:
I tak oto dotarli do miasta leśnego ludu. Miasta ukrytego i tajemniczego. Jego mieszkańcy także byli ukryci i tajemniczy. Centaury i driady. Elfy, trolle i gnomy. Skrzaty i kazury. A także stworzenia jeszcze bardziej tajemnicze. Dragosani czuł spojrzenie drzew. I głazów, co wprawiło go w zdumienie. Był to stworzenia całkowicie obce i nieznane. Tajemnicze. I zapewne niezwykle rzadkie. W pewnym sensie było to smutne miasto. Ostatnia ostoja tak niezwykłych istot.
Grupa dotarła w końcu do kręgu istot, które pełniły tutaj chyba rolę przewodników. Słowo "przywódcy" jakoś nie pasowało do tego miasta. Był tam centaur i driada. Oboje o mądrych oczach, które zapewne widziały przemijające wieki. Był także troll. Oraz biały łabędź. Chyba najbardziej niezwykła istota w kręgu, przynajmniej wedle skromnej opinii Antaresa. Zdawał się on być czymś zgoła odmiennym, niż wskazywałyby na to pozory. I jednocześnie tym samym. Bez wątpienia działała tutaj pradawna, pierwotna magia.
I wtedy zjawił się jeszcze jeden osobnik. Wampir nie rozpoznał jego rasy. Istota ta zaczęła rozmowę z Lithanem. Drago nie zamierzał się wtrącać. Był tutaj intruzem, lepiej więc aby to stary elf przemawiał. Król rzucił tylko szybkie spojrzenie na stojącą tuż obok Evening, ciekaw jej reakcji na widoki tak niezwykłych istot.
Narrator:
Przedstawiciel leśnego ludu zaprosił Lithana i jego przyjaciół gestem ręki. Spacer przez obrośnięte dziką gęstwina place i ścieżki zajmował drużynie czas na wymijanie pnączy zarastających drogę. Nie można było określić dokąd prowadzi nas dziwny nieznajomy. Za labiryntem gałęzi przeszliśmy przez labirynt z kamienia, starożytnych budowli pamiętających jeszcze czasy sprzed wojny nieśmiertelnych. Hope bardzo interesował się historią, przez całą drogę spekulował głośno na temat inskrypcji wyrytych w murach. Mortis miała go już dość. Wolała jednak nie przechadzać się tędy w zupełnej ciszy.
Na krańcu szalonej wręcz trasy dotarliśmy do najbardziej schludnego miejsca w mieście. Plac wyglądał na zadbany. Ale nie w taki sam sposób jak wyglądają zadbane, pałacowe ogrodu. Tutaj nikt niczego nie podcinał, nie ranił roślin i nie zmuszał ich do prezentowania się według wizji ogrodnika. Wyglądało to zupełnie tak, jakby roślinność porastająca ruiny wokół placu żyła w symbiozie z tym miejscem. Pod jednym z drzew zasiadała postać wyróżniająca się spośród małego tłumu, który wsłuchiwał się w jej nauki. Magowie poczuli jej aurę na chwilę przed dotarciem na plac. Nieznajomy, który doprowadził drużynę w to miejsce skłonił się do Lithana i pożegnał go szczerym uśmiechem.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej