Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Wojna o Valfden: Postawić wszystko na jedną kartę

<< < (3/25) > >>

Mortis:
Mortis wysiadła z wozu, chciała nawymyślać draconowi ale zauważyła, że tym razem nie zawraca jej głowy byle pierdołami. - O, witaj Gunsesie - rzekła niemal sama do siebie zaskoczona widokiem wampira. - Udało ci się skontaktować z Lithanem? Doprowadzicie nas do miasta leśnego ludu?

Gunses:
Gunses obrócił konia w ich stronę. Poczekał, aż zrównają się z nim. Na zaczepkę nieznanego mu osobnika odpowiedział ciszą i pytającym spojrzeniem, którego ze względu na maskę ze skóry tarlessta i zarzucony na głowę kaptur rzecz jasna nie było widać. Po chwili zjawiła się Mortis.
- Mortis - odpowiedział Gunses i lekko skinął głową, tak jak czynił to zawsze w rozmowach ze zmarłym mistrzem paktu
- Tak, rozesłałem wici po borach i górskich lasach. Lithan odpowiedział pierwszy, odnajdzie nas nim nastanie nowy dzień. Wysłałem też wieści do znajomych mi przedstawicieli starszych ras. To powinno pomóc nam w dostaniu się do zapomnianego miasta. - przekazał informacje, które udało mu się ustalić.
- Czas nam w drogę... - dodał i kiedy Mortis znalazła się na wozie ruszyli. Gunses jechał konno, tuż obok wozu. Kołysał się lekko w siodle, pozwalając Marsowi prowadzić.

Lithan le Ellander:
Każdy przygotowywał się do wojny z demonami w inny sposób. ÂŻołnierze trenowali szermierkę, łucznicy strzały. Czarodzieje powtarzali magiczne formuły, upewniając się, że nawet stojąc pośród pożogi i ociekając krwią, nie zapomną swych zaklęć. Lekarze i medyczki zamiast jedzenia i napitku, wkładali do toreb opatrunki, leki, piłki do amputacji...
Najstarszy elf świata przygotowywał się od czasu, kiedy Gunses został uśpiony. W widzącym kamieniu jak przez mgłę doświadczył wizji wilka pożerającego martwe truchło. Nie zrozumiał tego przesłania. Dopiero kiedy Gunses odszedł ze świata żywych, kiedy zatracił się z nim kontakt, wtedy zrozumiał znaczenie wizji. Le Ellander udał się wtedy do wszystkich swoich kryjówek. Zebrał od wieków gromadzone pisma, zwoje i kryształy, których moc udało mu się okiełznać. Odwiedził istoty, równie stare co świat i byty, z którymi sam kontakt był loterią. Opłaciło się... Teraz był gotów wyzwolić w sobie te emocje, które ujarzmił dołączając do konkordatu. Wojna nadeszła.

Koń Lithana był barwy popiołu. Od czubka uszu, po pęciny, cały był niby utkany z dymu wieczornego ogniska i porannej mgły. Towarzyszył prastaremu elfowi od lat, jednak nikt nigdy go nie widział. Le Ellander od setek lat nie wzywał swego towarzysza. Tym razem, kiedy świat się kończył, przywołał go. Niesamowicie spokojny koń, praktycznie się nie poruszał. Stał niczym posąg, jeździec natomiast obracał w dłoni flet wykonany z gałęzi domowego drzewa. Kiedy zauważył wyłaniający się zza drzew wóz i jadącego obok jeźdźca, jednym ruchem wsunął flet do juków przy siodle. Złapał za lejce. Koń nie potrzebował więcej, ruszył w tę stronę, w którą chciał go poprowadzić elf. Lithan zajął miejsce obok Gunsesa 
- Cztery mile na północ, potem zjedziemy z traktu - powiedział i dopiero wtedy odrzucił kaptur by spojrzeć na zgromadzonych
- Witajcie, w przededniu końca - rzucił ni to z ironią, ni ze zmartwieniem. Nie zatrzymywali się. Jechali ku przeznaczeniu.

Dragosani:
Dragosani nie schodził z wozu, po prostu siedząc zerknął kogo tam spotkali. Gunses i Lithan. Tak podobni i tak różni. Mieli własne konie co oznaczało, że nie będą wszyscy tłoczyć się na wozie.
- Witaj, Gunsesie! - zawołał Drago, coby przywitać starego przyjaciela. - I ty, Lithanie - dodał, coby przywitać starego nie-do-końca-przyjaciela. Właściwie to średnio nawet znajomego. Ot, elfiego maga, którego miał okazję widzie z raz czy dwa. I słyszeć o nim częściej, głównie niepochlebnych opinii.

Lithan le Ellander:
Po wymianie uprzejmości zapadła cisza. Konie szły raźno do przodu. Ptaki które żyły w koronach drzew rzadko dawały o sobie znać. Las spowiła złowróżbna cisza... Powietrze stało w miejscu, a z każdym krokiem dalej od stolicy, stawało się coraz bardziej suche.
Otoczenie zmieniło się. Daleko rosnące od siebie drzewa i dywany z liści i jeżyn ustąpiły dzikiemu matecznikowi. Podróżnicy opuścili tereny, w którym wieśniacy i rolnicy czyścili z jeżyn, grzybów, powalonych drzew czy chrustu. Tutaj rządziła natura, a człowiek zapuszczał się w knieje rzadko. Kiedy dotarli do małego strumienia, który od spotkania drogi zmierzał po jej lewej stronie, by znowu odbić w głąb lasu, Lithan rzekł
- Tędy. Jest tutaj stara ścieżka...

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej