Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

Wojna o Valfden: O jeden most za daleko

<< < (23/52) > >>

Mohamed Khaled:
Mohamed miał założony na głowie kaptur. Katana spoczywała spokojnie na miejscu, czekając już tylko na to, by ulać kilka litrów krwi demonom. Był nad wyraz spokojny, co samego bohatera wyraźnie dziwiło. Był pewien, że będzie się trząsł, czy coś.. W końcu czekała go pierwsza taka bitwa. Nie kilka tysięcy wojów jak na Zuesh. Kilkadziesiąt tysięcy gotowych zginąć w obronie tego mostu. A on był jednym z nich. Czy jednak na pewno?
Skupił się mocno, wchodzac w zakamarki najgłębszych, najbardziej skrywanych wspomnień. Do tych złych i dobrych. Do tych dramatycznych, pełnych krwi i zdrad, ale także do tych miłych. Rozmowa w Obieżyświecie z Rikką była na pewno jedną z tych lepszych. Wszak polubił tą wampirzycę. Nawet bardzo. No ale cóż. Co się miał rozdrabniać? Teraz liczyło się, by wzbudzić w sobie gniew...
- Cholera. Czeka nas ciężka bitwa...

TheMo:
-Chcesz mi powiedzieć, że to pająki całą noc napierdalały w bębny? Ech, skoro wszędzie są te paskudne sieci, a ciągle słychać bębny... Ich tam nie ma setki tysięcy, jak mówił wywiad. Przynajmniej jeszcze. Chcą stworzyć pozory, że jest ich wielu i nas wymęczyć fizycznie i psychicznie, zanim bitwa się zacznie. Normalnie to bym wysłał zabójców, żeby ich ściągnęli. Ale biorąc pod uwagę te sieci jest to niemożliwe. Trzeba znaleźć sposób, by pozbyć się tego lasu bez większych strat.

Faira Eteler:
- Co rozkazujesz dowódco?

Nawaar:
Kiellonowi urwał się na chwilę film i po prostu sobie zasnął siedząc cały czas w kręgu z przyjaciółmi. W tym momencie może jego organizm nie wytrzymał ze zmęczenia, więc nie mógł słyszeć próśb towarzyszy, ale w zamian tego słyszeli solidne chrapanie brodacza i to nie byle jakie, bo prawie połykał ogień podczas wdechu tak biednego krasnoluda zmogło za nic mając maniery i dobre wychowanie żył po swojemu samemu narzucając swoje zasady. Dlatego nie przejmował się niczym, no może armią demonów kroczącą w ich stronę, ale to nie miało teraz znaczenia, bo spał dość smacznie w pozycji siedzącej. Wszystko było naprawdę piękne w jego głowie takie beztroskie życie w niej prowadził dopóki nie usłyszał bębnów! Bębny dudniły zbudzając krasnoluda na pełne nogi i już z automatu sięgnął po muszkiet, coby być przygotowanym na walkę pomimo, że poczuł wewnętrzny głód. - No i się zaczęło. Powiedział do wszystkich kiedy jego brzuch zaburczał donośnie. Krasnolud cały czas mierzył w czarną przestrzeń, lecz nic nie nadchodziło a bębny wojenne cały czas grały. Kiellonowi coś tu śmierdziało i to nie były jego stopy czuł, że demony bawią się z psychiką obrońców i chcą zmęczyć wszystkich dając sobie łatwy cel do pokonania zwłaszcza, kiedy zwiadowcy wrócili z brakiem jakichkolwiek wieści co wróżyło nic dobrego. Krasnolud w pełnej gotowości celował w mrok do czasu nastania poranka wtedy wszystko, jakby ucichło dając odetchnąć obrońcą, więc krasnolud skorzystał z czasu jaki otrzymał od armii demonów mając teraz czas na przekąskę, bo lepiej umierać z pełnym żołądkiem nic walczyć bez sił. Krasnolud schował swoją flintę i ruszył w stronę namiotów tam dobrał się do suchego prowiantu zaczynając swoją wyżerkę część oczywiście lądowała na brodzie, lecz tym się nie przejmował i zajadał się w najlepsze następnie wszystko popił niestety wodą dopiero napełniając swój brzuszek wyjmował resztki z brody i wkładał je do swojej mordeczki dla jednych było to może obrzydliwe, ale on jakoś nie mógł patrzeć jak jedzenie się marnuje zwłaszcza, że wojna. Kiellon kończąc jeść chciał usiąść sobie na kamieniu, jednakże nie spodziewał się tego, że demony znowu zacząć grać swojego marsza nawalając w bębny. Brodacz natychmiast podbiegł na swoją pozycję z wyciągniętą fuzyjką oczekując pojawienie się armii nieprzyjaciela. Teraz najedzony mógł stawić im czoła!   

Rikka Malkain:
Rikka wzruszyła ramionami.
-Najlepiej spalić to wszystko w cholerę.-Poradziła zgromadzonym. Tak by chyba było najprościej.
Dłużej wampirzyca nie chciała czekać. Wycofała się dyskretnie i ruszyła, już piechotą, w stronę tymczasowych siedzib medyków. Szła tak, czując jak siły ulatują z niej niczym wino z przebitego bukłaka. Chociaż do bukłaka nigdy by się nie porównała! W miarę jak zbliżała się do zajętego wcześniej namiotu, jej kroki stawały się coraz cięższe a ona sama coraz bardziej zgarbiona. Grawitacja dawała wampirzycy się we znaki. Wchodząc do ocienionego wnętrza namiotu poczuła krew cieknącą jej ciurkiem z nosa. Chwyciła z pobliskiego stołu białą chustę i przyłożyła ją do twarzy. Musi się koniecznie napić, wtedy zrobi się jej trochę lepiej. Powoli dotarła do swojego kącika i przygotowanego wcześniej stanowiska. Narzędzia cyruliczki były wyczyszczone na błysk i gotowe do pracy. Niestety, co właśnie zauważyła, Rikka zapomniała przyszykować sobie miejsce do odpoczynku. Westchnęła zrezygnowana i usiadła na wyjątkowo niewygodnym drewnianym stołku. Astas. Nienawidzę. Ciekawe, czy rycerstwo w ich zbrojach czuje się chociaż w połowie tak paskudnie jak ona. Z jednej strony, wampirzyca wiedziała że muszą być w dobrej formie, bo to od nich zależeć będzie bitwa. Z drugiej, nie cierpiała zakutych łbów, więc życzyła im jak najgorzej. Ostrożnie wydobyła jedną z swoich buteleczek z życiodajnym napojem, odkorkowała, i powoli zaczęła sączyć płyn.
 

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej