Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Wojna o Valfden: Karmazynowy Przypływ
Evening Antarii:
-Gdybym nie uległa, wciąż bym tkwiła na tym zapyziałym Torgonie. A nie sądzę, by komukolwiek było spieszno mnie ratować- powiedziała tak, jak sama uważała. Spojrzała od niechcenia w stronę otwartego morza. Jakby nie mogła się doczekać, by tam płynąć, załatwić co trzeba i wrócić. Naprawdę odechciewało jej się tej całej wojny. Szczególnie biorąc pod uwagę nierychłe działania tych wszystkich wielkich "dowódców", którymi wewnętrznie gardziła.
-To niczyja wina...- dodała jeszcze w ramach odpowiedzi na pytanie chyba retoryczne, opatrzone dodatkowo spojrzeniem w oczy. -Nie mam do nikogo żalu. Jedynie o to, że wcześniej nikt mnie nie sprawdził. ÂŻe musiałam najpierw zabić króla, dowódcę i generała Kunan, by ktoś sobie o mnie przypomniał i nazwał zdrajczynią. Może i to było ryzykowne, ale nie sądzę, bym z powodu kilku ziaren soli pozabijała kogoś. Chociaż, co ja tam wiem... Dostaliście to, o co sami się prosiliście swoim nieudacznictwem- niemal warknęła. Z trudem powstrzymywała złość. Wdech. Wydech.
-Tak, najlepiej zapomnieć- prychnęła. -A Vulturius zrobił na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie... To może być nasz jedyny ratunek.
Melkior Tacticus:
- A więc myślimy podobnie, jeśli chodzi o tą wojnę... - mruknął cicho, nie był wybitnym generałem ani taktykiem. Wybrał flotę by "coś robić". Doskonale wiedząc że to Vulturius odwali w sumie całą robotę za nich. Melkior i Eve potrzebowali odpocząć psychicznie.
- Kiedy wygramy tę wojnę to zapraszam cię na Chatal. Na jakąś ładną plażę.
Ibnnin:
Szedł na przystań żwawym krokiem wiedząc, że i tak już dawno powinien tam być. Jednakże, przygotowania do tej bitwy, w której miał wziąć udział, ruszyły nawet u niego na pełną skalę. Tu odpowiednie wyposażenie, tam prowiant na drogę, a tu znowu jakieś małe roboty papierkowe. Zadań było od groma, czasu już nie.
Zaszedł w końcu na przystań, gdzie stacjonował okręt flagowy całej floty, "Pięść Rashera". Bez zbytniej uprzejmości wszedł po trapie na deski statku.
- Baczność! - warknął na powitanie. - Jestem Ibnnin i tymczasowo przypadł mi.. hm.. "zaszczyt" - zamyślił się - by wami dowodzić. Polecenia z samej góry więc oczekuje, że będzie panowało bezwzględne posłuszeństwo rozkazów! To jest wojna, panowie! Nie będę tolerował niesubordynacji i każdy jej przejaw będzie karany!
Porozglądał się po pokładzie.
- Który z was, to kapitan?
Torstein Lothbrok:
Wiking zaszedł na statek, na "Pięść Rashera". Niestety nie mógł nigdzie wypatrzyć Tacticusa. Był za to jednak jego jakiś zastępca. Torstein zgrabnie wszedł w stojący na baczność tłum. Wysłuchał jakże miłego powitania, po czym siedział cicho, wszak nie był kapitanem. Jedynie szeregowym który chciał rozdupczyć trochę demonicznych okrętów.
Ibnnin:
- Mam nadzieje, że przygotowaliście się dobrze i odmówiliście zdrowaśki do Bogów, bo czeka nas ciężka walka - ryknął głośno, tak, by wszyscy go usłyszeli. - Valfden nie jest już bezpieczne! Nasze kobiety i dzieci są zagrożone! Nasze państwo jest zagrożone! Nasz lud jest zagrożony!
Milczał chwilę, obserwując żołnierzy, banitów i wszystkich, którzy tego dnia zjawili się, by walczyć o Valfden.
- Nie mogę wam obiecać, że każdy z was wróci do domu. Nikt nie może wam tego obiecać prócz was samych. Walczcie dzielnie, dla siebie, dla kraju, dla rodzin i wolności! Jeśli się postaracie, wrócicie żywi! ÂŻywi i bogaci w doświadczenia, o jakich można pomarzyć zwykłemu rybakowi! Walczcie, a nie zginiecie!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej