Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
ÂŁzy Fenile - Upadek Barona
Narrator:
Gdy wyminęliście Elthizara i ruszyliście w dalszą drogę, on podniósł głowę i spojrzał w ciemniejące niebo. powoli stanął na nogi i ze zwieszoną głową udał się w las powolnym spacerem niczym smutne zwierze... Owszem słońce zanikało już nad dżunglą, a was zaczął skrywać cień. Ten nadmiar mroku wskazywał na konieczność pojawienia się światła, to też Sylvill przezorny wyciągnął z juków drewnianą pałkę owinięta na zwieńczeniu bawełną nasączoną łatwopalnymi olejkami. Wyjął też krzesiwo które po kilku zderzeniach krzemieni ze sobą wznieciło pierwsze iskry i następne, które wznieciły drobny, zachłanny płomień. tak też drewniana pałka prędko zapłonęła ogniem rozświetlając niewielki obszar wokół niego, wskazując kierunek mimo zmroku.
- Robi się ciemno a dżungla w ciemnościach to niezwykle... - I rozległo się syczenie a w głowie Sylvilla wypowiadającego te słowa przemknęła myśl, że wykrakał w myślach.
Nad wami w koronach drzew zaczęły rozlegać się złowrogie wrzaski i skrzeki a im towarzyszyły stuknięcia i uderzenia szpil o konary drzew, gałęzie, a korony drgały jakby szalały tam stada wiewiórek. Po chwili gdy zatrwożeni nagłym ruchem jakże odbiegającym od spokojnej scenerii nocnej dżungli zaczęły spełzać po konarach Rotische wyłaniając się z gałęzi a z ich szczęk spływała gęsta toksyczna wydzielina. Schodząc z drzew wyglądało to jakby specjalnie czekali na ofiary by atakować z dwóch stron.
Z każdej strony tak przed wami jak i za wami tak z lewej jak i z prawej schodziły i rozpoczęły natarcie na was...
//Wybaczcie za jakość ale tak na szybko... to czerwone "jajeczko" to wy, cała ekspedycja, zielone kropeczki to nasze Rotishe które schodzą z drzew i zaczynają was atakować... Evening ma do dyspozycji 5+10 rycerzy do podjęcia działań. 5 to paladynów z umiejętnościami przynależącymi do paladynów, zaś 10 wyuczonych w stopniu rycerskim. Kenshin ma tylko siebie ;).
//Opisywanie działań za pomocą rycerzy nie wymaga wielkich opisów, można zasugerować jedynie rozkazy i polecenia a ja ocenie efekty ich działań i je opiszę.
10x Rotish
//Jest półmrok... właściwie ciemno, a do każdego miacie odległość 10 metrów -> około.
Kenshin:
Kenshin ominął to majestatyczne stworzenie nie oglądając się do tyłu, gdyż zdążył zapamiętać wygląd oraz niecodzienne zachowanie stworzenia, bo spodziewał się nagłego ataku a tu nic nawet warknięcia nie było, a tylko się głucho przyglądał i patrzył na towarzyszy. Tak czy siak zwierzę, po chwili po prostu zniknęło w dżungli. Ork nie zdziwił się zanadto, że ludzie wzięli to za zły omen, bo nie takie rzeczy już wdział, ale czy rzeczywiście towarzysze będą mieć tak przekichane? Wkrótce mięli się o tym wszystkim przekonać.
Kompania ruszyła dalej traktem a słońce już się całkowicie schowało za horyzontem i nastała ciemność w tym właśnie momencie las deszczowy, jakby ożył z dala zdało się usłyszeć wiele dźwięków małp, stada robaczków, które przygrywały sobie, warknięcia i skrzypnięcia gdzieś w oddali i jeno było pewne, że las nie spał!
W tym też momencie Sylvill zapalił pochodnie mówiąc, że dżungla to nie zwykłe miejsce, tylko że druid to dawno wiedział i na złość coś zaczęło się dziać, to było tak jakby człowiek to wykrakał i korony drzew zaczęły się ruszać tak dziwnie, że to musiało być coś złego. Wtedy też Kenshin odruchowo wyjął łuk i strzałę z sajdaka, bo wiedział, że to nie będą przelewki i tak się właśnie stało, bo kiedy ruch na drzewach zmalał to po pniach zaczęły schodzić rothise i to z dwóch stron! Zupełnie wyglądało to na zasadzkę i, to bardzo zaplanowaną jak na stworzenia oczywiście.
Druid nie czekał aż one podejdą, tylko nałożył strzałę na cięciwę łuku. którą mocno naciągnął i rozpoczął celowanie w bestie po jego prawej stronie dając rycerzom czas na ogarnięcie się. Pasterz stworzenia mierzył dobrze opancerzone stworzenia, które dopiero co złaziły z drzew a ork widział ich sylwetki dość wyraźnie pomimo nocy, bo odległość nie była za daleka, to też Kenshin nie czekał długo jeno odczekał dosłownie sekundę i wypuścił żelazny pocisk prosto w mrok. Strzała przecięła duszne powietrze robiąc świst i trafiając robaczka bezpośrednio w pancerz przebijając go na wylot. Chrupniecie pancerza a potem charakterystyczny skrzek umierającego zwierzęcia dało się usłyszeć i to pewnie na większą odległość niż stali zwarci w szyku towarzysze. Stworzenie mając ranne organy wewnętrzne, po penetracji żelaznym grotem zsunęło się z konaru i padło bezpośrednio na ziemię umierając od odniesionych obrażeń.
Kenshin nie czekał długo, tylko wyjął kolejną strzałę i ponownie umieścił ją na cięciwie łuku. Bestie powoli zbliżały się do towarzyszy, więc nie miał nadto czasu a musiał działać szybko. Dlatego też bez większych ceregieli czarny ork wypuścił kolejną strzałę w stworzenie po prawej stronie, które spełzało po konarze drzewa. Strzała pomknęła w mrok dżungli trafiając zwierzaka bezpośrednio w głowę. Bestia zapiszczała obrywając grotem w głowę, a potem zdechła kiedy ostrze grotu wylądowało w mózgu, po czym skręciła się w kokon i spadła z hukiem na ziemię.
Ork w myślach jeszcze podziękował Ventepi za celne oko oraz prosił o przetrwanie tej próby.
Pani mówi twój wierny sługa ork. Dziękuję, że Dałaś mi cele oko dzięki, któremu jestem w stanie obronić swoich towarzyszy. Spraw, abym był jeszcze w stanie kontynuować wyprawę i przeżył ją bez najmniejszych uszkodzeń na ciele i duszy, choć z hańbiłem się celując do bogu ducha winnego elthizara. Dlatego przyjmie każdą karę na jaką zasługuję.
Gdy skończył wyjął kolejną strzałę i rozpoczął dalej mierzyć w rotishe.
Pozostaje :
13 żelaznych strzał
8x Rotish
Evening Antarii:
Evening wyrwało się bardzo brzydkie przekleństwo, którego niepodobna nawet powtórzyć i nawet wypowiedziane przez największego chuligana traktowane jest jak wyjątkowa obelga, nie przystająca tym bardziej paniom baronowym w otoczeniu swych rycerzy. Na szczęście nikt go nie słyszał; inaczej byłby bardzo zgorszony i zdziwiony niewychowaniem panny Antarii. Jednakże jak tu inaczej zareagować jak nie siarczystym wulgaryzmem, gdy jakieś przerośnięte owady tylko czyhają na ciebie i atakują niespodziewanie i, po pierwsze, zupełnie bez sensu, zamiast siedzieć w gąszczu i zajadać się małpkami. Evening poczuła złość, gdyż w chłodny czas chciała jeszcze zregenerować siły na walki a nie marnować je na jakieś głupie walki po drodze, nikomu niepotrzebne i na dodatek niepotrzebnie narażające jej ludzi na śmierć czy obrażenia. Anielica zirytowała się, jakby od niechcenia, ale jednak z przymusu, sięgnęła po miecz z czarnej rudy.
Jednego ze stworów cięła siedząc jeszcze na koniu, mocnym, choć niezamierzonym i wykonanym prędko ruchem od dołu. Atak dosięgnął odnóża rotisha ucinając je w połowie. Przeciwnik zwalił się niezdarnie na ziemię, wtedy Eve zdążyła zeskoczyć z Pałasza i wbiła ostrze w pancerz. Czarna ruda przebiła się przez chitynę docierając do owadzich wnętrzności. Eve szarpnęła by wydobyć miecz wbity w rotisha. Musiała bowiem szybko reagować na pozostałe stwory, których jeszcze kilka było na drodze.
Anielica przemieściła się za odwłok jednego przeciwnika. Po latach praktyki przyszło jej to z niezwykłą łatwością, choć wymagało wyjątkowej koncentracji, siły woli i prośby do Zartata. Sekundę później nad jej dłonią formował się już pocisk z żywiołu życia. Evening skupiła energię na powstającej magicznej kuli, uniosła rękę i wypowiedziała inkantację -Izeshar!. Pocisk esencji przy niewielkiej pomocy telekinezy pomknęła w stronę średnio zorientowanego w sytuacji rotisha. Kula uderzyła w głowę, także chronioną przez chitynę ale bardziej delikatną i mniejszą niż na przykład odwłok. Pocisk zwęglił owadzią głowę, lecz Eve wykonała szybki unik schylając się, by nie zostać trafioną przez kończyny, poruszone drgawkami. Wykonała wcale wdzięczny piruet, jak na pole bitwy, i przystanęła na sekundę czy dwie. Musiała pobrać nieco boskiej energii pozwalającej jej na walkę magią.
Jeden rotish atakował dwóch rycerzy, z czego jeden był bardzo wystraszony, a drugi mierzył do niego mieczem jak drewnianą zapałką. Eve zaczerpnęła mocy Zartata, prosząc go w myślach o siłę, którą niezwłocznie otrzymała z niebios. Rotish, skoncentrowany na rycerzach, nawet nie dostrzegł anielicy szykującej się do rzucenia zaklęcia. Niebo rozświetliło się, podobnie jak czasami promienie słoneczne przebijają się przez chmury. Anielica wypowiedziała inkantację -Izeshar upishosh!, a błysk z nieba zalał przeciwnika, który skrzeczał i piszczał, jednak niedługo potem pozostał z niego popiół i kilka cienkich kości. Swąd zwęglonego ciała był przy tym niemiłosierny.
W tym czasie rycerze z Chatal i paladyni Bractwa wspólnie starali się pokonać pozostałe bestie.
Wilhelm pomagał jakiemuś rycerzowi. Najpierw przemieścił się do rotisha, który siekał swymi odnóżami w powietrzu, mierząc jednak w wojowników. Wilhelm posłał w jego stronę dwa pociski esencji, wypowiadając wcześniej inkantację Izeshar i skupiając się na zaklęciach. Rycerz dobił zwierzę kilkoma pchnięciami w brzuch, gdzie nie było chitynowego pancerza.
Ron wykonując kilka bardzo poprawnych i skutecznych zamachnięć, które miażdżyły pancerz z chityny i raniły bestie. Musiał się mierzyć aż z dwoma na raz, jednak perfekcyjnie bronił się też tarczą, przez co śmiercionośne odnóża zatrzymywały się właśnie na niej, nie raniąc paladyna. Wkrótce obok niego leżały dwa martwe rotishe.
Michał znacznie lepszy był w walce mieczem. Razem z jednym ze strażników, który walczył nieco gorzej od niego ale wciąż skutecznie, pokonali dwa ostatnie rotishe, które walczyły zaciekle, ale w końcu się poddały pod naporem dwóch mieczy i dwóch wyszkolonych wojowników.
//Zabiłam 3 rotishe (błysk niebios, pocisk esencji).
Rycerze pozostałe 5.
Narrator:
Zamordowane bestie, wszędzie rozlana posoka, wnętrzności, a do tego swąd spalenizny, kłębuszki dymu... jakże urocza wieczorna sceneria umalowała się teraz wokół podróżników. Szczęśliwie mogli podziwiać dzieło śmierci i zniszczenia wokół siebie... wszakże wokół nich zapadła cisza...
Kenshin:
- Ventepi niech będą dzięki! Powiedział ork nawet nie zdążył oddać trzeciego strzału, kiedy anielica wpadła w szał zabijania przerośniętych robaków a i rycerze nie stali biernie, tylko walczyli jak najlepiej potrafili i okazało się, że dobrze sobie poradzili, gdyż żaden nie ucierpiał. Jednak swąd spalonych ciał rotishów unosił się dość gęsto, więc ork postanowił zasłonić swój nos, by nie musiał znosić tego paskudnego swądu, jednakże jak przypadło na myśliwego postanowił zrobić coś z tymi w miarę całymi zwierzętami i je oprawić nim ruszą dalej, bo był by to grzech wobec Ventepi zostawić nie oprawioną zwierzynę. Dlatego ork zeskoczył z Przeklętego mówiąc. - Proszę zaczekajcie na mnie, bo chce oprawić zwierzynę, bo szkoda by było zostawiać to tak pozyskania trofeów. Druid ruszył pozbierać robale na jedno miejsce i tam zaczął pozyskiwać co się dało z mocno poranionych nie żywych już stworzeń.
Kenshin najpierw dobrał się do pancerza, które stanowiły chityny a wydobył je w taki sposób, że dobywając sztylet podciągnął nieco do góry płytkę, po czym ostrzem odciął tkankę mięsną wydobywając całą płytkę z pancerza okalającą jednego z rotisha i tak postępował z każdym, który jakoś ocalał, bo z popiołów raczej nie dało się niczego zebrać. Następnie ork wziął się za zęby, które pozyskiwał tak, że wbijał ostrze sztyletu w dziąsła wycinając je w całości po czym zaczął oczyszczać z reszty tkanki próbując uzbierać tyle ile się dało, by następnie trofea schować do swojej torby tak postąpił z każdym rotishem, któremu mógł zabrać zęby do kolekcji. Teraz przyszła pora na oczy, które wyjątkowo ciężko jest wydobyć. Dlatego posiedział chwilę i przypomniał sobie wiedzę, którą przekazał mu Myszowór i zabrał się szybko do zrobienia tego im towarzysze go opuszczą. Druid uczynił takie kroki, by pozyskać to rzadkie trofeum wbił sztylet w szwy łączące czaszkę i kości skroniowe i policzkowe i rozsunął je, dzięki czemu gałki oczne były praktycznie na wierzchu jeno je delikatnie jak na orka wyjął i schował do flakonów, by przetrwały tą podróż z pozostałymi zwierzętami zrobił podobnie. Kenshin na sam koniec zostawił sobie wydzielinę, która wymagała najwięcej pracy, bo musiał podwiesić każdego rotisha na drzewie przy użyciu lian i wtedy podstawił puste butelki w najważniejszych miejscach tam gdzie przebiegały tętnice i najważniejsze żyły, by kolejnymi ruchami sztyletu ponacinać te newralgiczne miejsca i czekać aż osocze zwierzęcia uzupełnią pojemniki, a gdy jeden był już pełen podstawiał drugi do tego stopnia, że nic już nie dało się spuścić. Wtedy dopiero pozbierał wszystko do kupy i zarzucił je na konia, by mieć jakieś pamiątki z drugiej wizyty na Chatal.
Miał nadzieję, że towarzysze nie będą na niego źli, że musieli czekać tak długo aż ork zrobi swoją powinność, ale tak należało uczynić jako myśliwy, bo w przyrodzie nic nie może się zmarnować!
- Przepraszam, że tak długo, ale teraz jestem gotów do drogi. No, po prostu nie mogłem pozwolić żeby to się zmarnowało.
Starał się wytłumaczyć przed anielicą i Sylvillem.
// Ile trofeów zebrałem? z tych 8 rotishy, bo reszta spalona na popiół.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej