Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
ÂŁzy Fenile - Upadek Barona
Narrator:
Przytaknął.
- Zatem... zgodnie z rozkazem, do drogi. -Powiedział i w ciszy przewodząc orszakowi ruszył tuż obok Evening wskazując kolejne uliczki, którymi mają wydostać się z miasta.
Kierował was na wschodnią bramę, gdzie prowadziły kręte, ale szerokie alejki zakładów rzemieślniczych. W oddali dojrzeliście wielki łuk triumfalny zbudowany dla uczczenia osób i wszelkich istot ginących w co 100 letnich kataklizmach nawiedzających ten pierścień wysp. Nie był w żaden sposób szczególnie piękny... ot zwykły taki z rytami różnych istnień i scen na nim. Pod bramą stało dwoje kolejnych strażników miejskich, którzy jakże usłużnie rozsunęli się dając wolny przejazd na szlak, szlak prowadzący wprost w gąszcz dżungli. wszyscy strażnicy zachowywali pełną ciszę, najwyraźniej by nie pominąć żadnego z rozkazów i wytycznych. Nawet Sylvill uchodzący za nadzwyczaj gadatliwego i upierdliwego zachowywał spokój uśmiechając się pod nosem...
Evening Antarii:
Wszyscy szli w ciszy, co było dość dziwne i niepokojące. Eve podejrzliwie obejrzała się w tył. Piątka paladynów jechała nieco z tyłu. Ron z Wilhelmem mieli głowo uniesione wysoko i spoglądali na zieleń rozprzestrzeniającą się na przodzie - czyli dżunglę. Reszta spoglądała na zakłady rzemieślnicze, jak dekarze, szewcy i krawcy kończyli już swą pracę, zamykali powoli sklepiki, zamykali okiennice. Szyldy nad drzwiami dawały pojęcie jak wielu specjalistów tutaj ma swoją siedzibę, a każdy z nich pracą swych rąk i obeznaniem w swojej dziedzinie utrzymuje siebie i rodzinę.
Przejeżdżając pod łukiem Eve zdążyła dojrzeć kilka scen, które były drastyczne. Jakiś huragan i morze występujące z brzegów, ludzie uciekający w popłochu przed potężnymi złowrogimi chmurami, łamiące się potężne stare drzew, zniszczone domy i ruiny.
-Co obrazują te obrazki na łuku? To wizja końca świata?- spytała Sylvilla, a tym samym przełamała tą ciszę, potęgowaną przez parne gęste powietrze, tak samo leniwe jak i ludzie, którzy w nim muszą egzystować.
Nad bujną roślinnością zaś latały kolorowe ptaki. Były to papugi tak powszechne tutaj. Skrzeczały wysoko nad koronami drzew, które nabrały przyjemnego, ciepłego koloru przez zachodzące słońce. Z dżungli dochodziły już wrzaski jakichś tutejszych zwierząt, śpiew egzotycznych ptaków, a wilgotność powietrza była coraz bardziej wyczuwalna.
Kenshin:
Wszyscy jak jeden mąż ruszyli ku przeznaczeniu i walce z wiwrenami. Orszak jechał w zwartym szyku podróżując jeszcze przez miasto a raczej jego krętymi uliczkami Sylvill co rusz wskazywał jak mieli wszyscy jechać, aby dostać się do bramy wyjazdowej. Kenshinowi rzucił się w oczy wielki łuk triumfalny, który nie był zbyt piękny, lecz to nie miało takiego znaczenia, bo ważniejsze było z jakiej okazji powstał. Powstał on, by oddać cześć istotą poległym w kataklizmie jakie nawiedza tą wyspę. Jednak wkrótce dojechali do bramy wjazdowej tam dwójka strażników posłusznie się odsunęła i towarzystwo zebrane z rycerzy, anielicy i orka wyjechało na trakt prosto do dżungli. Upał już nie był taki męczący jak wcześniej, ale i tak było gorąco a dobrze jeszcze nie wjechali w las gdzie do gorąca dojdzie duża wilgotność, to nie były warunki dla zwykłych ludzi, ale jakoś musieli to przetrwać. Druid również zastanowił się czemu tak wszyscy nagle pomilkli? Może każdy się skupiał przed walką albo składa modły do swoich bogów, któż to mógł wiedzieć co im się w głowach roiło w każdym bądź razie ona pierwsza przerwała milczenie zaraz po niej odezwał się ork.
- Daleko jest do tej wieży?
Spytał prostym acz według niego ważnym pytaniem w tym momencie otarł pot z czoła, który powoli zalewał jego oczy drażniąc je.
Narrator:
//Przepraszam, że musieliście tak długo czekać.
- Dokładnie tak, sir. - Odparł Sylvill - Obrazuje to koniec tutejszego świata, od wnętrza łuku, bowiem to w gruncie rzeczy nasza fortyfikacja obronna, od środka widać ryty mitycznego smoka Vesuviusa, Prawdziwego Władcy Enart. - Odparł tak dodatkowo mając nadzieję, że zainteresuje to rozmówców, chociaż sam niewiele wiedział o tych terenach, nie interesowały go.
Wśród strażników marchii jadących wśród was był pewien stary człowiek.
- A gówno tam więcej, dzieciaki... władcy phi! Co najwyżej oprawcy kurwa, a nie władcy. Władca Chatal jest wśród nas. - Odparł jadąc za wami, wcale się nie rpzejął, że wyłamał się z szeregu, że nie dotrzymał dyscypliny służbowej... najpewniej uznał, ze jest już za stary by się przejmować obrazą wyższych rangą.
Minęliście łuk triumfalny a niebo nad wami przybierało już barwę różu i fioletu, te umykające sekundy tej barwy na niebie szybko zmieniały się w urokliwy nocny krajobraz. Temperatura wokół was nadal była wysoka chodź już nei tak kąśliwa, spadła poniżej 30 stopni dając wam delikatną ulgę chociaż nadal ciepło powodowało delikatnie niekomfortowe wrażenia jednak bez znaczenia dla tak wytrawnych podróżników jak anielica Evening i Kenshin.
- Wyminiemy tę dżunglę i dotrzemy, polecam dotrzymywać uwagi, gdyż dżungla to niebezpieczne miejsce zwłaszcza tutaj. Tu pod nami w pobliskich szczytach nam niewidocznych jeszcze, są ogromne złogi czarnej rudy... te wszystkie wyspy to jedna wielka bomba... - Powiedział Sylvill ale skończył szybko co by nie zanudzać.
Przekraczając progi dżungli wilgotne powietrze rajskiej puszczy rzeczywiście dawało się odczuć, w stosunku do słonego powietrza, to było rzeczywiście czymś inny i z pewnością przyjemniejszym.
Jadąc dżunglą dostrzegaliście ciekawe zwierzątka, całkowicie nawet inne od tych dostrzegalnych na Valfden. Pojawiały się tu w dalekiej oddali małpy, małpiatki, lemury. Wszelkie znane i legendarne zwierzątka dżungli.
Gdy jechaliście drogą przed wami na drodze siedziało ciekawe stworzenie.
Czerwone pręgi na grzbiecie stworzenia wyglądały zaskakująco, niczym rozbryzgi tętniczej krwi na tafli czarnego jedwabiu, a jego sierść była gładka, stosunkowo długa. Jego szyję i głowę zdobi bujna czarna grzywa niczym u lwa, zaś z czoła wyrastają dwa długie rogi. Około 1,3 metra wysokości a długości 2,3 metra...
Białe ubarwienie wokół oczu idealnie uwydatniało te złote oczy z czarnymi źrenicami wpatrujące się wprost na was z oddali...
Kenshin:
Ork jechał nie przejmując się tymczasowo niczym, bo podróż jeszcze im zejdzie a do walki jeszcze daleko a miał już dość zamartwiania się zawczasu. Dlatego obserwował tereny i wsłuchiwał się w rozmowy towarzyszy zwłaszcza, kiedy otrzymał odpowiedź od tutejszego prowadzącego wyprawę czyli człowieka imieniem Sylvill, więc wystarczyło ominąć dżunglę i już powinniśmy dotrzeć, ale to jeszcze zajmie jakiś czas.
- Dziękuje.
Odparł krótko, bo nie było nad czym się rozczulać. Wszystko wraz z rajdem w dal powoli się zmieniało, gdyż temperatura była mniej dokuczliwa niż zazwyczaj, lecz w pełni komfortowo nie było, ponieważ ze słońca nadal lał się żar. Dobrze, że jednak są już na półmetku i rozmowa była wskazana i w tym Sylvill się spisywał. Najpierw odpowiedział o łuku potem o mitycznym władcy Chatal smoku, który podobno raz na sto lat niszczy tutejsze życie, by móc na nowo je zasiedlić i tak w kółko. Druid oczywiście nie pozostawał bierny i zapytał z ciekawości.
- Tutejsza dżungla pewnie różni się od tej na Valfden, choć pewnie obie są tak samo niebezpieczne co urokliwe.
Dodał os siebie, bo wiedzę na temat lasów miał dobrze obeznaną choć od dżungli wolał lasy mieszane. Zwłaszcza kiedy dojrzał lemury i inne małpiatki zwisające z drzew, bo tego na Valfden nie było. Uwadze orka nie przeszła sprawa starego już mężczyzny, który wyłamał się z szyku i biadolił coś na temat władców Chatal. Kesnhin podjął temat i rzekł z pełną gracją, by nie urazić podenerwowanego już człowieka.
- Opowiedz coś waść o tych mitycznych władcach. Dlaczego byli tacy źli dla poddanych.
Towarzysze tak jadąc przed siebie w końcu natrafili na nowy okaz zwierzęcia! Na pierwszy rzut oka ciężko było stwierdzić jaką to nową rasę stworzyła bogini Ventepi. Stworzenie było piękne do tego stopnia, że ork zawiesił się i cały czas się przypatrywał. Czerwone pręgi stworzenia ładnie zdobiły czarną jak czarna ruda skórę, która ładnie mieniła się w zachodzącym słońcu do tego te rogi dodawały stworzeniu majestatu jak i nutkę tajemniczości. Druid oczywiście podziękował Ventepi, że pozwoliła mu zobaczyć nowy twór jakiego dotąd nie widział. Kesnhin zrobił to oczywiście w myślach, coby nie przestraszyć zwierzęcia.
Pani, zaskakujesz mnie cały czas, nie sądziłem, że istnieją takie zwierzęta, którym Ty dałaś życie. Zaprawdę powiadam wspaniały to widok widząc tak majestatyczne stworzenie.
Jednak ork nie wytrzymał wewnętrznego zachwytu i powiedział do towarzyszy.
- Znacie to stworzenie? Ja pierwszy raz na oczy je widzę a jestem już w konkordacie o kilku lat. Doprawdy ciekawe są ścieżki wybrańców Ventepi, że dzieli się ona z zemną darem ujrzenia takiego stworzenia.
Dodał od siebie licząc na to, że nie spłoszy zwierzęcia oraz tego, że rycerze nie rzucą się na niego i nie zabiją je okrutnie, bo wtedy będzie zmuszony walcząc z tutejszymi ludźmi. Teraz ork był gotów na wszystko, by ocalić to stworzenie przed brudnymi łapami ludzi choć sam widziałby taką skórę zdobiącą jego ścianę to jednak indoktrynacja konkordatu robiła swoje i nie mógł sobie pozwolić na zabicie tej rzadkiej istoty!
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej