Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
ÂŁzy Fenile - Upadek Barona
Evening Antarii:
-Może tak być. Mi to obojętne- podsumowała. Nie musieli tam walczyć z nikim prócz barona i Fenile, ale cała sytuacja wyjaśni się już w środku. Eve chciałaby użyć swych demonicznych umiejętności, ale w towarzystwie Kenshina i paladynów nie za bardzo wypadało, choć to nie kwestia jakiegoś savoir vivru. Nie widziała nic złego w tym, że mogłaby komuś wyjawić to, że "współpracuje". Teoretycznie jeszcze niczego złego nie zrobiła, na nikogo nie doniosła, nie zabiła, a nie chciała być zdrajczynią Valfden, ani narzędziem w rękach demonów. Trochę to dziwne, gdyż żaden z nich nie odwiedził jej jeszcze. Ale pewnym było, że kiedyś sobie o niej przypomną. Poza tym uczulenie na srebro i sól było dość uciążliwe, a najmniejszą tego wadą był mdły smak potraw.
-Musimy się zbierać- rzuciła w stronę paladynów i orka tak jakby od niechcenia. Nie za bardzo chciało jej sie opuszczać w miarę bezpieczną Karczmę, gdzie było pod dostatek napojów i jedzenia, a słońce wędrowało w dół ku horyzontowi i robiło się naprawdę przyjemnie. Nie za ciepło, nie za zimno... Jakby idealnie na walkę.
Kenshin:
Właśnie w tym czasie kiedy mieli się wszyscy zebrać i wyjść ork dokładnie w tym momencie skończył się posilać. Wolał on walczyć z pełnym żołądkiem i mieć tą ostatnią radość w swoim życiu, przed prawdopodobną śmiercią od wiwren albo ataku na wieże. - Dobrze zbierajmy się. Powiedział zebrał się w sobie i powstał od stolika dopijając wodę nalaną jeszcze wcześniej i wyszedł z kraczmy razem ze swoją kompanią. Kenshin dobrze rozumiał niechęć w głosie anielicy, bo jemu im dłużej tutaj siedział w tym palącym klimacie to tym bardziej mu się nie chciało, a to dopiero początek właściwiej przygody. Towarzysze spacerowali już w późne popołudnie idąc do miejsca zbiórki i wyjazdu w okolice wieży bezczelności.
Narrator:
Rzeczywiście było to prawdą, czas tej pary mijał jakże nieubłaganie w czasie rozmowy i tuż po komendzie anielicy rozległo się huczne zawołanie rogu w który zadął któryś ze strażników marchii obwieszczając zawołanie na główny plac.
W tym czasie Sylvill oraz jego zbieranina strażników gorszej jakości przysposobiła swoje wierzchowce, jak i wierzchowce paladynów, Evening oraz Kenshina. Pałasz jak zwykle z pewnością dał się we znaki chociaż nie było widać żadnych rannych, ciężko rannych, jedynie jeden z potępioną miną spoglądał spode łba na Pałasza obrażonym płaczliwym wzrokiem jakby ktoś mu w krocze kopnął...
Wszyscy w pełnym rynsztunku czekali z utęsknieniem wyglądając za podróżnikami.
Evening Antarii:
Evening i Kenshin weszli na plac. Tam już stały ich konie, a także konie strażników z Chatal. Wszystkie przygotowane do drogi. Anielica podeszła do Pałasza, poklepała go po umięśnionej szyi i powiodła dłonią po karej sierści. Wierzchowiec zarżał, lecz szybko się uspokoił. Taki panikarz był z niego, bez powodu wydawał nic nie oznaczające dźwięki, bez widocznego celu czasem szarpał się i wierzgał. Może teraz denerwowały go pozostałe zwierzęta i doskwierało mu zmęczeni upałem. Ale przecież miał cień w stajni, do tego wiadro wody i siano.
Eve spojrzała na Sylvilla, jakby czekała na rozkazy. Lecz teraz to ona miała dowodzić całą kompanią, dlatego wskoczyła na grzbiet Pałasza, usadowiła się wygodnie, i okrążyła szykujących się rycerzy. Paladyni byli już na swoich miejscach.
- Gotowi -zakrzyknął Malachiasz. Anielica skinęła głową.
-Kenshin? Wszystko w porządku?- spytała się go tak na wszelki wypadek. Wciąż mógł się wycofać. Wszyscy mogli.
-Prowadź Sylvill- powiedziała do mężczyzny, mocniej chwytając lejce.
Kenshin:
Na placu rozległy się fanfary, jakby miało to zapoczątkować cel wyprawy. - Czy tutaj wszystko musi być tak oficjalne? Zapytał i pokręcił głową z niedowierzania. Jednak bądź co bądź wszyscy już byli gotowi, więc i ork wsiadł na swojego rumaka upewniając Eve, że jest gotów, bo wracać z pustymi rękoma nie zamierzał.
- Jestem gotów.
Machnął mocniej lejcami i ruszył do przodu, by zrównać się z towarzyszką. Kenshin nie miał już odwrotu, ale w myślach pomodlił się do Ventepi o łaskę dla niego, by jakoś przeszedł tą próbę bezpieczniej.
Pani daj mi siłę, by móc uniknąć niebezpieczeństwa i w całości powrócił na łono konkordatu. Ocal mnie przed bestiami, do których będę szył z mojego łuku. Wiem, że dzięki tobie ta misja się powiedzie.
Kiedy skończył na chwilę opuścił głowę oddając się w zadumie.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej