Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

ÂŁzy Fenile - Upadek Barona

<< < (5/29) > >>

Kenshin:
Kenshin przyglądał się straganom z wielką ciekawością. Podziwiał tutejsze owoce, bo każdy wyglądał jakby został przed chwilą zerwany z drzew a do tego ta niska cena! Tutaj mógłby spędzić całe życie na jedzeniu ich zwłaszcza, że ork na brak gotówki nie narzekał no przynajmniej na razie. Druid zajęty rozmową  z anielicą oraz co rusz spoglądając na stragany nie mógł dostrzec, że jest obserwowany i pewnie w takim natłoku ludzi ciężko by mu było to zrobić, jednakże rycerz Bractwa ÂŚwitu okazał się znacznie lepszym obserwatorem. W tym momencie, kiedy Pasterz Stworzenia otrzymał ostrzeżenie natychmiast się odwrócił i na moment zawiesił oko na kimś kto mógł wyglądać na elfa, lecz ork pewności nie miał, gdyż postać jeno mignęła mu przed oczami niczym cień. Dlatego zwrócił się do anielicy.
- Widziałaś go? 
Zapytał z troską, bo to mógł być ktoś bardzo ważny na przykład jakiś zabójca albo Bogowie wiedzą co.

Evening Antarii:
-Bardzo dziękuję- rzekła odbierając od sprzedawcy torbę pełną owoców. Niedługo przyszło jej jednak cieszyć się zapachem i widokiem owoców, gdyż Malachiasz powiadomił ją o tajemniczej postaci, która im się przyglądała. Jej spokój został zmącony. Evening obejrzała się oczywiście. Stał tam elf, który przy ostatnim spotkaniu był przecież niemal martwy. I to była chyba najlepsza cecha, jaką posiadał, gdyż wcześniej był denerwujący i ciśnienie anielicy od razu skakało w górę, gdy go widziała. Zacisnęła szczęki z gniewu, ale cóż mogła zrobić. Nie będzie się przez tłum przepychać, by go dorwać. Niech on się natrudzi, by ją znaleźć. Teraz będzie mu jeszcze trudniej ją zabić, ze względu na demoniczne umiejętności, które posiadała. Musiała się z nimi kryć, ale w wyjątkowych sytuacjach mogły być nadzwyczaj użyteczne.
Na jego widok westchnęła głośno z dezaprobatą. Nie przewidział się jej. Wszak Malachiasz pierwszy go dostrzegł. To dobrze, znaczy, że był czujny.
-Bardzo dobrze Malachiaszu, pomimo upału zachowujesz trzeźwy umysł. Był to ktoś bardzo natrętny, głupi, wnerwiający i chory psychicznie. Reszta niech także zachowuje czujność - gdy go dostrzeżecie ponownie, powiedzcie mi. Jest trochę groźny...- zawahała się, niepewna, czy może to wtrącić. -...ale nie niezniszczalny. To chore, że chciało mu się nas, a raczej mnie, śledzić. I nie wiem zupełnie po co- przewróciła oczami.
Już z zupełnym rozluźnieniem każdemu podała po pomarańczy, a pozostałe trzy schowała do toreb zawieszonych po bokach Pałasza. Wskoczyła z powrotem na konia.
-Ten elf to był Annar- zwróciła się tylko do Kenshina, gdy reszta zajęta była zdzieraniem pomarańczowej skórki. -Ostatnio, gdy go widziałam, miał bebechy na wierzchu i spaloną twarz. Wylizał się- stwierdziła z ironią. -Chciał zabić mnie i Salazara, jest niepoczytalny, ale mam nadzieję, że prócz tego jednego incydentu nie wejdzie nam już w drogę- wytłumaczyła orkowi, kim była ta postać. Rozejrzała się podejrzliwie po okolicy.
-Ruszamy. Nie ma co zwlekać- zawołała do towarzyszy.



8120-10=8110 grzywien

Kenshin:
Ork ruszył po chwili, ale musiał przetrawić te informacje dotyczące nowo poznanej postaci, która okazała się niepoczytalnym szaleńczym elfem. Kenshin czuł, że to nie będzie takie zwykłe polowanie a jakoś ta wyprawa będzie mieć drugie a nawet trzecie dno. Tajemniczy szalony elf musiał mieć na bank przy sobie krew wampirzą inaczej pewnie by umarł i już wiadome było, że to nie jest jakiś tam przeciwnik. Druid nie na żarty przejął się nowinkami i z pierwszych obserwacji postanowił się podzielić nimi z towarzyszami oraz swoimi obawami co do wyprawy.
- Na mój gusty wylizał się dzięki krwi wampirzej ona potrafi zdziałać cuda, bo skoro miał wnętrzności na wierzchu to tylko ona mogła tego dokonać. Mam złe przeczucia co do naszej wyprawy trzeba będzie się upewnić czy ona nie ma czasem drugiego albo nawet trzeciego dna.
Kenshin, by zająć swoje wielgachne łapy czymś innym niż jedynie lejcami zabrał się za pomarańcze wziął jedną i zaczął obierać ją ze skórki. Ork robił to delikatnie, by nie zgnieść owoc, ale z tych wszystkich nowych wiadomości dłonie mu zadrżały, lecz w końcu uwolnił pożywny owoc i zabrał się za jego zjedzenie. Sok z pomarańczy zleciał mu z ust po brodzie tyle tego było, ale to wszystko było dobre i takie odświeżające!
Jednak nie zapomniał pochwalić rycerza, który ma świetną orientację.
- Muszę Tobie przyznać, że potrafisz obserwować otoczenie były z Ciebie dobry łowca.
Teraz i ork zrobił się nad wyraz czujny i dokładnie badał tutejsze otoczenie.     

Narrator:
Malachiasz uśmiechnął się na pochwałę delikatnie by po chwili skomentować wyjaśnienie elfa.
- Krew wampira leczy ranę, nie operuje ciała... jeżeli miał wnętrzności an ziemi to umarł, jeżeli żyje to znaczy że to czarna magia. - Powiedział chowając owoc, bowiem martwił się niestrawnościami w czasie jazdy, wolał jednak nie ryzykować rozstroju żołądka.

Wasza podróż aleją jakże umilana oglądaniem straganów z różnościami, wymijaniem przechodniów powoli dobiegała końca. Przed wami pojawił się plac "Vox Populi".

A czym on jest? Swoistym centralnym placem miasta, gdzie znajdują się najważniejsze budowle miasta, począwszy od zabudowań władzy tego miasta, jak i również wszelkie instytucje, zakłady i inne zakłady handlowe, placem "Vox Populi" nazywamy cały zamek, gdzie tętni towarzyskie życie obywateli oraz kontakt z władzą. Poza taką funkcją, jest również gigantycznym placem, na którym zbierają się najważniejsi dostojnicy marchii w celu prowadzenia demokratycznych głosowań w wybranych sprawach dotyczących marchii, dystryktów i gmin.

Dzisiaj jednak nadmiar obywateli nie był tutaj obecny, w związku z sytuacją kryzysową i stanem rzeczy wprowadzenia stanu kryzysowego, ludzie trzymali się z dala od niego dając władzy spokój i ciszę w rozwiązywaniu kłopotu. Tak samo po wyjściu na plac zniknęły wielkie domy gęsto postawione a zostały jedynie pojedyncze wysokie budowle rzucające cień. teraz słońce ponownie pozwalało sobie by raczyć was swym niezmąconym blaskiem.

Na placu poza budowlami jak świątynia, komisariat, w centrum placu były postawione rozległe, owalne wysokie namioty rycerskie pokryte biało czerwonymi płótnami - dokłądnie dziewięć. W każdym z nich mieszkał jeden rycerz wraz ze swoim giermkiem i ewentualnymi nałożnicami. wszędzie wokół panowała grobowa cisza poza jednym namiotem...

Między dziewięcioma owalnymi i wysoki namiotami stał prostokątny, jeden, znacznie większy, pokryty czarnym płótnem. Przez okrutny materiał dawało się dostrzec blaski światła z wnętrza dochodzące z zapalonych świec. wśród świec za stołem siedziała osoba wsparta łokciami o blat z założonymi dłońmi na głowie... jednak co dokłądnie było we wnętrzu ciężko było określić oglądając przez materiał z zewnątrz. Każdy z namiotów miał swoisty przedsionek w formie baldachimu - wspartego na 2 palach fragmentu płachty wskazującego wejście a jednocześnie osłaniające osoby przed wejścia jak i tuż po wyjściu.

Tak i największy ostatni posiadał taki baldachim, a wejście do środka było zasunięte materiałem -> wszystko zapewne po to, by słońce nie wdzierało się do środka.

Evening Antarii:
Cały konny orszak dotarł wreszcie do placu. Bujanie się w siodle, choć nie wymagało wiele wysiłku, nie było najmilszą czynnością.
Gdy dotarli do Vox Populi, Eve pierwsza zeskoczyła ze swego konia. Miała dość niewygodnej jazdy. Otarła dłonią pot z czoła. Nie martwiła się już wcale o swój wygląd. I tak wszyscy byli sponiewierani przez podróż i hektolitry wylanego potu, wsiąkniętego w koszule i kropelkami spływającego po skroniach.
Evening zatrzymała Pałasza w cieniu jakiegoś budynku. Być może był to komisariat. Dla nich ważniejsze były jednak namioty sztabu kryzysowego. Tam musieli szukać informacji. Widocznie całe życie Hessein obracało się właśnie wokół bieżących spraw z wiwernami. Aż tak było źle?...
-Kenshin, chodźmy z kimś porozmawiać- rzekła Eve rozglądając się po placu usłanym namiotami. Naturalnie jej wybór padł na ten czarny, dziwny, prześwitujący namiot. Wyróżniał się kształtem i kolorem, który nijak pasował do gorącego klimatu. -Malachiasz i Wilhelm, wy chodźcie z nami- rozkazała. Mieli być dodatkowym zabezpieczenie w razie nagłego wypadku. Teoretycznie nic im tu nie groziło. Prócz Annara...
Evening wraz z orkiem i paladynami podeszła do ciemnego namiotu. Odsunęła materiał, który zasłaniał wejście do przedsionka.
-Ekhem!... Evening Antarii z Bractwa ÂŚwitu oraz Kenshin, druid z Konkordatu- uprzedziła osoby wewnątrz o swoim przybyciu. Czekała na jakieś pozwolenie na wejście, gdyż uznała, że wypada na takowe poczekać.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej