Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
ÂŁzy Fenile - Upadek Barona
Narrator:
- Nie "pieśćmy" już tego tematu. - odparł na ten delikatnie drwiący ton pytania, bowiem dla niego było to już dość upokarzające, chociaż nie omieszkał przy słowie pieścić przewrócić oczkami.
Nie przeszliście nawet 200 metrów, gdy na horyzoncie ponad koronami drzew dojrzeliście coś czego nie sposób uświadczyć w ludzkiej architekturze.
W oddali na horyzoncie widać było wieżę sięgającą po same chmury i znikającą w jej gęstwinie. Była ogromnie szeroka, wysoka a cegły czarne spowite bielmem dając odcienie szarości. Pierwszym co rzucało się w oczy to smugi płynące po tafli wieży niczym wijące się kosmki włosów na tafli wody. Wyglądało to niczym złudzenie, iluzja, a jednocześnie przesiąknięte okrutnie widoczną i realną magią... Wokół wierzy niczym rzędem wiły się spiralnie osadzone okiennice co wyglądało niczym łańcuch wijących się w górę pomieszczeń skrytych za taflą jarzącej się bariery. widoczne jednak po sobie rzędami w górę było tylko 9 okiennic co już pokazywało ogrom wielości wierzy która ujawniała tym samym w całej swej wielkości zaledwie 9 pięter ze wszystkich 13tu. Widać było problemy architektoniczne. Od piątego piętra w górę widać było ogromne jarzące się czerwienią pęknięcia i rysy niczym żyły lawy spływające korytami wulkanu w dół.
Nadal przemierzając las dobiegała was okrutna niepokojąca cisza...
Mijaliście kolejne metry w dalszej ciszy gdy zaczęliście odczuwać poddenerwowanie i niepokój, nie wiedzieliście czym spowodowane... co rusz słyszeliście sprzeczki wśród rycerzy a w waszych głowach pojawiały się negatywne myśli "po co to robimy", "czego tu chcemy" "co ans to wszystko obchodzi" "marnowanie naszego czasu". Jednak szliście dalej i dalej a łącznie po godzinie drogi, szybkiego marszu na jaki pozwalały wam odzienia, zaczęliście słyszeć dźwięki, okrutnie niskie, basowe a jednak modulowane, stałe i niezmienne, a wraz z dobieganiem tych sonicznych dźwięków wyjaśniły się powody nagłych negatywnych myśli i odczuć, co też mogło tłumaczyć brak żyjących organizmów tutaj...
- Jeszcze trochę i dotrzemy...
Kenshin:
Towarzysze szli dalej w zwartym szeregu milcząc jakiś czas, bo słowa prowadzącego Sylvilla było prostą odpowiedzią na zaczepkę anielicy o wachlarzu. Dobrze, że nie zagłębiali się dalej w ten temat, bo mógłby on być dziwny, a tak przynajmniej ich myśli będą szyły jednym torem i skupią się na określonym zadaniu czyli pozbycia się wiwren z terenu wokół wierzy, bo taki był pierwotny cel tego całego zamieszania a wieże pozostawili sobie jako deser o ile wszyscy jakoś przeżyją te zmagania z bestiami. - Niech Ventepi będzie z nami! Wypowiedział na głos kiedy zobaczył wieżę sięgającą ponad chmury. Taka była jego pierwsza reakcja, którą wolał zachować dla siebie, ale cóż słowo się rzekło. Druid będąc zdumiony budowlą patrzył się na nią to na towarzyszy czy aby czują to samo, co on czyli strach a jednocześnie podziw dla budowniczych i już wiadome było, że budynek nie powstał za pomocą ludzkich dłoni a wybudowany za pomocą nieczystych sił, bo w końcu baron jako nekromanta mógł stworzyć swoje sługi i to pewnie tak powstała ta wieża. Kenshin tymczasowo innego wytłumaczenia nie widział i wolał w nim trwać aż zostaną rozwiane jego wątpliwości, ale to później miał o to zapytać, jednak w tym momencie nie chciał się odzywać, bo myć może to pytanie padnie od innych. W każdym bądź razie szedł dalej podziwiając ten wytwór magiczny, bo całą ją okalała magia, jakby bariera chroniła tą wieżę czyli zgadzało się to z zapiskami na kartach czyli, że to miejsce jest otoczone barierą, która powstała po to, aby utrzymać to miejsce nienaruszonym zaiste czarna magia! Zostawiając tymczasowo wieżę szyli dalej przez las deszczowy, który był niespodziewanie cichy za cichy jak na las, a ork się na lasach znał jak nikt inny z będących tutaj ludzi.
- Za cicho tutaj, mógłbym rzecz, że jak na cmentarzu. To, nie jest naturalne czyli można rzecz, że jesteśmy blisko.
Przerwał to milczenie i szedł dalej mając już w razie czego przygotowane swoją niezawodną broń czyli łuk i te porządniejsze strzały wykonane z mithrilu taki grot będzie wstanie przebić niejedno, jednak idąc dalej zaczęły mu do głowy przychodzić myśli takie jakie nachodziły go podczas snu czuł lekkie zwątpienie oraz niechęć do pójścia dalej, gdyż w tym momencie przypomniała mu się śmierć z ręki wiwreny a czuł wtedy spokój, że spotka się ze swoją Panią na tamtym świecie to teraz dłonie mu lekko drżały i zaczął się silnie pocić na całym ciele. Jednak skoro miał umrzeć to zrobi to jak na wojownika lasu przystało i umrze od ciosu silniejszego. Dlatego resztę drogi przeszedł milcząc bijąc się ze swoimi myślami i wizjami ubiegłej nocy.
Evening Antarii:
Choć tropikalny las mógł się wydawać przytłaczający, ogromny, nieskończony i niebezpieczny, to dopiero wieża, która się ukazała nad koronami, ucieleśniała wszelką monumentalność i potęgę. Niezwykle masywna, wysoka "do nieba", zdawało się że sprawia ciężar ziemi, która musi ją dźwigać. Nie dało się jej objąć jednym spojrzeniem, chyba że z bardzo daleka. Stąd zdawało się, że jej wierzchołek niknie w chmurach i nie da się go dojrzeć, a sama wieża jest nieskończenie wysoka, wszak nie było widać jej końca.
Otoczona barierą magiczną robiła wrażenie, jakby była ucieleśnieniem jakichś marzeń sennych, a po zbudzeniu się śpiącej istoty, runie majestatycznie, łamiąc tysiące drzew wokół. Lecz będzie spadać powoli, dokładnie, wolno pogrąży się w chaos. Magia była wręcz namacalna, Eve szczególnie mocno to czuła. Nie jest to z pewnością budowla zbudowana wyłącznie siłą mięśni niewolników, twórców najpiękniejszych, najtrwalszych dzieł, zdolnych przetrwać tysiąclecia, choć o nich samych nie pamięta się nigdy. Okiennice okalały wieżę, pnąc się do góry jak żmija po pniu.
Budowla nie była wolna od wad. Tak samo jak we śnie pełno jest niedomówień i nieidealnych rzeczy, tak i tu powstały pewne błędy. Na wysokości wyższych pięter widoczne były szerokie, zaczerwienione pęknięcia, jak gdyby rany w twardej skorupie wieży.
Sam teren wokół był nieprzyjazny do przeżycia. Ta negatywna atmosfera doskwierała nawet z pozoru bezmyślnym zwierzętom- te bowiem nie zasiedlały tej okolicy wcale. Im bliżej kompania była wieży, tym każdego nawiedzały czarniejsze myśli. Evening nie mogła odpędzić wyobrażeń o śmierci, którą poniosą niemal wszyscy, sama zaś zostanie z wielką odpowiedzialnością za śmierć tych ludzi. Wieża dostarczała jej naprawdę niemiłych wspomnień i anielica miała ochotę cofnąć się, wrócić, ba!, uciec do domu, jak najdalej stąd, byle tylko nie czuć przygnębienia promieniującego od budowli. Chciała rzec coś do rycerzy, by ich pocieszyć, ale ciemna fala zalała jej umysł, która wypełniła go kompletnym brakiem nadziei. Jedynie bólem, cierpieniem i bezsensem samego istnienia.
Wreszcie Eve zdała sobie sprawę, że to nie jest jakiś napad depresji, ale te dźwięki, niskie i basowe, powodowały te urojone widziadła.
-Spokojnie, jeszcze trochę- Eve odwróciła się do rycerzy, gdy usłyszała ich spory, kłótnie, wzajemne oskarżanie się. -Nie zwracajcie na to uwagi, to minie, to przez te dźwięki. One tak na nas działają, nie poddajcie się im. To tylko złudzenia- chciała ich wesprzeć, ale sama czuła się słabo psychicznie. Szła jednak nadal w stronę wieży, byli blisko celu, a poddać się nie można.
Narrator:
W ciszy wędrowaliście dalej a przytłaczająca sytuacja nie dawała wam spokoju, monotonne i depresyjne dźwięki trwały nadal i nadal... przestaliście nawet zwracać uwagę na czas... do momentu, gdy dojrzeliście jak las robi się co raz rzadszy, mniejszy.
Gdy dojrzeliście zmianę lasu i nierozejrzenie się wokół, wieża jej ogrom nawet szerokości, średnicy wprawiał was w osłupienie, bowiem sama wielkość jednego piętra musiała sięgać przynajmniej 40 metrów średnicy.
Przed sobą dojrzeliście zakończenie lasu a tuż za nim przestrzeń usłaną jasnym piaskiem, do wielkiej bramy przed wami błyskającej światłami bariery dzielił was pas o szerokości 30 metrów.
Gdy dotarliście na skraj dżungli i mogliście rozejrzeć się swobodnie dojrzeliście w oddali na piaskach leżące - jakby śpiące. słyszeliście syczenie i warczenie, a wiwerny zdawały się was nadal nie spodziewać i nie wyczuwać...
Leżały rozproszone na piaskach, dojrzeliście 6 sztuk jednak każda od siebie pooddalana o 10 metrów. Najbliższa spała tuż obok magicznej bramy.
(zdjęcia wieży dodam po walce jeżeli podejmiecie wolę wejścia, osobiście odradzam :x )
6x Wiwerna
Kenshin:
Słowa anielicy dodawały otuchy, także i orkowi, bo jemu aż się odechciało walczyć z tymi bestiami może z powodu tej dziwnej ciszy albo wieża źle na niego wypływała w każdym bądź razie czuł się nieswojo a do tego koszmar w nocy spowodowany przez Elthizara powoli się sprawdzał! Ork widział na skraju lasu plażę oblicze wieży i w końcu pomruki śpiących wiwren, które prawdopodobnie nie wyczuły jeszcze towarzyszy czy też innego zagrożenia, bo kto mógłby inni nim zagrozić? Tutaj to one były władcą tej plaży i okolicznych terenów. Wszyscy zebrani mogliby wykorzystać okazję i jeszcze zawrócić, lecz Kenshin widział nie mógł sobie lepszej okazji wymarzyć i zestrzelić jedną nim reszta bestii się zorientuje. Druid nawet się zastanowił czy dobrze uczyni, bo reszta rycerzy mogłaby wpaść w pułapkę i spowodować napaść pozostałych pięć sztuk bestii na rycerzy. Dlatego postanowił trafić w najbliższą, by dać szanse reszcie się zorganizować i samemu dobyć następną strzałę i zdążyć wymierzyć w drugą.
Kenshin tak więc uczynił, że dobył strzałę z mithrilu ze swojego drugiego kołczanu następnie wziął w dłonie łuk wykonany z tego samego materiału i umieścił na jego cięciwie pocisk, który powinien przebić wszystko a na pewno czaszkę paskudnej kreatury. Nim jednak ork wystrzelił wziął kilka głębszych oddechów i uspokoił swoje skołowane serce, które teraz waliło jak opętane i gdy to uczynił nałożył strzałę na cięciwie, którą mocno naciągnął do tego przymrużył swoje prawe oko i ponownie nabrał morskiego powietrza, które wypełniło jego płuca. Ork nie wyczekiwał długo, tylko odczekał chwilę i wypuścił swój śmiercionośny pocisk a razem z nim zwolnił powietrze z płuc i otworzył swe prawe oko. Strzała pomknęła praktycznie bezszelestnie w stronę śpiącej wiwreny, która leżała najbliżej całej kompani. Pocisk bezbłędnie trafił bestię w bok głowy przebijając skórę a zarazem czaszkę i na samym końcu lądując w mózgu niszcząc ten ważny organ stworzenia. Bestia nawet się nie zorientowała co ją trafiło, kiedy jeszcze spała została zabita we śnie a do tego jeszcze lotka strzały kołysała się na boki, kiedy to wszystko się zakończyło bezbolesną śmiercią tak jak uczyli tego w konkordacie, jednakże to nie zmieniało faktu, że zaraz reszta bestii się zbudzi i rozpocznie się rzeź. Dlatego ork dobył kolejnej mithrilowej strzały, którą ponownie umieścił na cięciwie łuku z nadzieją, że jeszcze zdąży coś ustrzelić nim zostanie zabity jak we śnie. Wtedy na jego czole pojawiły się krople potu i lekko drżały mu dłonie nerwy przejęły na chwilę ciało druida.
Pozostaje :
13x Mithrilowa strzała
5x Wiwerna
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej