Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
ÂŁzy Fenile - Upadek Barona
Kenshin:
- Czyli dotarliśmy. Oznajmił ork schodząc z konia i wyprostowując się wtedy też kilka jego kości strzeliło, jakby małe gałązki się złamały. Kenshin od razu przywiązał konia do jednego z pni i zaczął przysłuchiwać się pomysłowi Sylvill o przeczekaniu do ranka w sumie mu to odpowiadało, bo jak wspomniał wcześniej w nocy nie widział tak skutecznie jak wampiry i temu podobne istoty, a z wiwrenami nie ma przelewek. Tutaj trzeba było myśleć i to solidnie, by wyjść cało z tego wszystkiego.
- Jestem za przeczekaniem do ranka walka z wiwrenami i to o zmroku, nie będzie zbyt przyjemna tak samo jak w dzień, ale chociaż będę widział do czego mam strzelać. Wypowiedział swoje zdanie czekając aż Evening podejmie decyzje, która powinna być słuszną taką jaką przekazał człowiek chwilę temu. Dobrze, że anielica się zgodziła na plan i mają okazję przeczekać do rana w sumie dobrze, bo nie chciał iść w ciemno do piekła jaki urządzą wiwreny. Druid również poszedł w ślady rycerzy i rozłożył sobie posłanie, a że był przyzwyczajony do takich warunków, więc mu to nie przeszkadzało, ale nim położył się spać patrzył jeszcze to raz na anielicę to na Sylvilla, bo może uraczą jeszcze jakąś opowiastką.
Narrator:
Sylvill zeskoczył z konia i podprowadził za lejce wierzchowca do pnia drzewa dając mu kilku metrową swobodę w poruszaniu chodź wiedział też, ze nie jest to dość dla takiej zwierzyny, lecz każdy musiał być zdolny do poświęceń.
Wyjął z juków konia pakunki i rozłożył je tuż przy zdjętej uprzednio derce z końskiego grzbietu. Jendym pakunkiem była dzienna porcja owsu i pasy dla konia to też rozsupłał skórzany worek ustawiając przed wierzchowcem. rozwinał też drugi pakunek w którym była żelazna misa i szczelny sztywny dwulitrowy bukłak z wodą. Wlał do misy połowę zawartości stawiając obok owsa. Bukłak zatknął i zajął się czwartym pakunkiem, gdzie przygotowane były bułki i kawałki sera skrojone w trójkąty, jak i kiełbasy w formie długich lasek.
Jako że Sylvill szczwanym był nie omieszkał przenieść swego posłania w pobliże rozpalonego ogniska, sięgnąć do pobliskiego drzewa i złamać gałęzi, która to następnie posłużyła jako badyl na którym zatknął kiełbasę. przybliżył tak ja do ognia piekąc powoli i pozwalając się wytopić nadmiarowi tłuszczu, a jego krople skutecznie rozpalały ogień i pobudzały do swawolnych tańców płomienie. Jednak też nie odezwał się do nikogo słowem, bowiem każdy wiedział tylko tyle ile potrzeba a niektórzy aż nad to więcej niż im potrzebne.
Nad głowami obozowiczów rozciągał się piękny obraz gwieździstego, nocnego, bezchmurnego nieba, na którym płonęły bielą gwiazdy na czarnym jak atrament tle. Rozgwieżdżone niebo, cisza, stagnacja, spokój, pełny żołądek pobudzały fantazję i marzenia do harców w głowach tejże grupy. Nawet Sylvill oddał się chwili rozkojarzenia i zapomnienia układając się na kocu i spoglądając w gwiazdy.
Niezłomny nasz staruszek rycerz, mistrz ciętej riposty i wtrącania się gdy to zbędne, przewodnik niechlubnej bandy "mistrzów seksu i biznesu" grasujących po karczmach Hessein, nie omieszkał wyrwać się przed szereg i pochwalić umiejętnościami, chociaż można domniemywać, ze zrobił to w słusznej wierze a nie dla poklasku.
Wyjął zza napierśnika srebrny poprzeczny flety zdobiony ornamentami, a każdy relief na instrumencie przedstawiał węża sunącego zygzakiem wzdłuż korpusu do ustnika. Zaczął odgrywać powolną smętną melodię która wprowadzała jakże nostalgiczny nastrój jednak nie smutny a raczej pogodny, nakłaniający do marzeń, wspomnień refleksji jednak pozytywnych.
Sylvill spojrzał na rycerza i jego flet. pokręcił tylko przecząco głową jednak nic nie powiedział. Odwrócił głowę i spoglądał w niebo wzdychając sobie.
Kenshin:
Ork poddał się kojącej muzyce graną przez jednego ze zgryźliwych rycerzy i w milczeniu oparł się o swoje posłanie, by móc obserwować gwiazdy tak jak to robiła lwia część załogi. Wszystko było takie spokojne wręcz sielankowe aż dziw bierze, że jutro z rana mają walczyć z wiwrenami. Taka była teraz atmosfera w obozie. Kenshin wyciągnął się i odsapnął z tego wszystkiego, bo mógł odpocząć do wysokiej temperatury i skupić się na sobie koncentrować swoją myśli i pragnienia na jutrzejszy pojedynek, a do tego właśnie był wymagany taki spokój jaki panował w danej chwili. W swoim umyśle starał się przewidzieć warianty ataku oraz jakie skutki mogą wyniknąć jeśli ktoś zostanie ranny, jak wtedy zareaguje cała grupa? Jednak nic nie przychodziło mu do głowy, bo nie znał za dobrze całej grupy, więc po chwili dał sobie na wstrzymanie, bo czas zweryfikuje to co ma się jutro wydarzyć. Teraz spoglądając w niebo rozmarzył się, gdyż to mógłby być jego ostatni piękny widok na rozgwieżdżone niebo i chciał zapamiętać każdą chwilę nim uda się do snu.
Evening Antarii:
Pałasz też został przywiązany do drzewa stojącego przy drodze. Nie podobało mu się to, szarpał za liny, ale nie miał większego wyboru. Zaparł się na tylnych nogach, jak to ostatnio miał w zwyczaju, i ciągnął. Nic z tego. Liny były solidne, specjalnie na takie wyjątkowe przypadki. Zapas owsu w worku powinien starczyć na cały dzień.
Karego wierzchowca w ciemności niemal nie było widać, tylko oczy błyszczały. Anielica wyjęła z juków swoje pożywienie, czyli wędzone mięso i kiełbasy, kilka bułek, ser i sucharki. Zajęła swoje miejsce przy ognisku. Wzięła kromkę chleba, wetknęła na patyk i trzymała niedługo nad ogniem - czekała, aż chleb się zarumieni, stanie się chrupki i ciepły. Gdy kromka była gotowa, Eve zdjęła ją z patyka, wyjęła kiełbasę, i zjadła tak przyrządzoną kolację. Zagryzła kawałkiem sera i popiła wodą z bukłaka. Ogień dawał przyjemne ciepło, nie było zbyt gorąco, można rzec w sam raz. Ciepły wieczór spędzony w dżungli. I wyjątkowo bez żadnych bestii dokoła. Prócz wiwern oczywiście, ale one były daleko...
Rozgwieżdżone niebo, praktycznie wszędzie takie samo, nad Chatal zdawało się być zupełnie inne niż nad północnym Valfden. Nad górami było czyste, klarowne, gwiazdy to były nieskazitelnie białe punkty wyraźnie się odcinające na tle najczarniejszego nieba. Zdawało się, jakby były zmarznięte, skoncentrowane w sobie. Tutaj niebo zdawało się rozgrzane i samo jak gdyby było zmęczone ziemskim upałem, choć nie dosięgało go wcale. Gwiazdy migotały intensywnie, ciepłe powietrze nadawało im rozmytych kształtów.
Niedługo trwało to rozmyślanie panny Antarii o wyglądzie nieba w różnych częściach świata. Senna atmosfera zapanowała, gdy melodia wypełniła przestrzenie w umyśle.
Paladyni siedzieli trochę dalej od ogniska i rozmawiali ściszonymi głosami. Nie mówili o walce, a o jakichś swoich sprawach, które zaprzątały im ostatnio głowę. Słychać było kobiece imiona pomiędzy wymienianymi komplementami. Ale też mowa była o broni i o przewadze miecza nad szablą, i dlaczego tak mało wojowników w bractwie walczy młotem. Następnie kolejni rycerze mówili "dobranoc" pozostałym, przewracali się na drugi bok, i skurczeni zasypiali przysłuchując się tak miłemu dźwiękowi ludzkiego głosu. Oznaki, że ktoś drugi jest obok, że ma miecz przy pasie i ostrzeże przed niebezpieczeństwem.
Eve, dziwnie spokojna, także położyła się na boku, ale nie zamykała oczu. Patrzyła w wątły płomień, później na Kenshina i zastanawiała się, o czym może myśleć śmiertelnik przed niebezpieczną walką, na którą dobrowolnie się wybrał. Sama już niemal zapomniała o jej myślach, na przykład przed walką na Zuesh. Wtedy bała się, ale nie czuła aż tak bardzo tej możliwości śmierci. Zbyt wiele potężnych postaci ją otaczało, by dać jej umrzeć. A może to ufność w swe umiejętności bojowe? Choć ta egzystencja, pozbawiona strachu o własne istnienie, być może nigdy nie miała sensu, ani smaku prawdziwego życia, takiego ludzkiego, z codziennymi troskami.
Eve przewróciła się na drugi bok, przy okazji szybko odgoniła te rozmyślania natury egzystencjalnej. Nie było można ich zagłuszyć, przynajmniej nie teraz...
Antarii, przysłuchując się tej dziwacznej w jej odczuciu melodii, ni to wesołej, ni to smutnej, zamknęła oczy, ale nie zasypiała jeszcze długo. Nie mogła zasnąć.
Narrator:
Nikt długo nie mógł zapaść w sen, lecz senna atmosfera dosięgnęła śpiewaka a ostatnie co wszyscy zapamiętali przed snem było wycie wilka.
Kenshin we śnie pojawił się w czarnej przestrzeni, nie widział ścian, nie widział podłogi, wszędzie nieprzenikniona czerń, po chwili ujrzał przed sobą złote ślepia, by po chwili poczuć jakby go nagle i gwałtownie szarpnęło w ich kierunku, a gdy mknął z zawrotną prędkością w kierunku oczy przestrzeń zaczęła się zmieniać. Wokół wirowały i migotały światła, czerń zmieniła się w jasny poranek. Gdy zaczął spowalniać, ruch wokół również spowalniał, gdy zatrzymał się i mógł wreszcie rozejrzeć się wokół stał u podnóża ogromnej wieży sięgające aż do chmur... znajdował się na złotawych piaskach na ubitej ziemi gdzie wokół pierścieniem rozkładała się dżungla. jego obserwacja nie była dokładna, pobieżna szybko, bo gwałtownie przerwana wyciem wiwerny. Wiwerna wyleciała z nad wieży i pikowała wprost na Kenshina. Nie miał broni, stał nagi, a bestia zbliżała się do niego nieubłaganie. chcąc czy nie nie był w stanie się ruszyć. gdy gorączkowo rozglądał się co więzi jego nogi dojrzał jak piasek pod nogami otoczył jego stopy zmieniając się w głazy więżące go w miejscu. Wiwerna wzlatując w ostatniej chwili wylądowała tuż przed Kenshinem a jej wredna paszcza rozdziawiona w niby uśmiechu wydała okrutny, złowieszczy gardłowy szyderczy śmiech, by w następniej chwili paszczą pochłonąć głowę... zapadła ciemnosć. W tej ciemności Kenshin ponownie znalazł się w czarnej przestrzeni gdzie dojrzał jedynie złote oczy, a po chwili te złote oczy pokazały ich właściciela. w tej ciemnosci tuż przed nim stał Elthizar i ponownie pokręcił głową z politowaniem i żałością.
Kenshin obudził się...
Evening we śnie pojawiła się na ogromny okrągłym placu, wszędzie wokół leżeli martwi rycerze i aniołowie, ona unosiła się na skrzydłach w powietrzu szybkimi lecz niewielkimi ruchami skrzydeł. Stała w pełni nago w dłoni dzierżyła włócznię, włócznia grzęzła w jakimś ciele, gdy spojrzała na ciało dojrzała w jednej chwili osobę, by w za następnym mrugnięciem oka postać zmieniała się. tak też widziała jak włócznia przez nią trzymana przebija serce każdego z jej przyjaciół, każdego z jej znajomych, każdego na kim jej zależy i w życiu zależało, a cała wizja z pewnością miała zadawać ból i nieprzyjemne doznania. Po chwili jednak włócznia zaczyna pękać, kruszyć się zmieniać w drobiny stali, które swobodnie opadają na ziemię, a ciało co rusz ukazująceg inną bliską sercu osobę znika a w jej miejscu staje biały, podobny do wilka stwór z czarnymi paskami i plamami na sierści. Spoglądał łagodnym i życzliwym wzrokiem w stronę Evening, która mimo woli swobodnie opadła na ziemię klękając na kolana. Zwierzę powoli podeszło kładąc głowę na uda i podając niezgrabnie łapę. Po chwili uniosło zwierze głowę a jego pysk rozdziawił się w delikatnym zwierzęcym uśmiechu a w oczach widać było jedynie kojącą łaskawą biel.
Evening obudziła się...
Gdy wszyscy zbudzili się dokładnie równocześnie, czerń nieba powoli przenikały pierwsze promienie słońca rozjaśniając nad horyzontem delikatnie niebo...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej