Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

ÂŁzy Fenile - Upadek Barona

<< < (22/29) > >>

Narrator:
Czas... który mijał wam w dalszej podróży zwłaszcza w ciszy i skupieniu w otaczających was ciemnościach pod przewodnictwem świetlistej kuli i Sylvilla z pochodnią dał wam ciekawą obserwację otoczenia. Dżungla jakby zamarła.

Dźwięki otoczenia zwierząt znacznie malały by wreszcie zaniknąć w gęstwinie co pokazywało jak gdyby okoliczne tereny wszystko co żywe opuściło. Nawet wiatr nie chulał i nie smagał drzew nie powodując nawet szelesty liści. nastała kompletna cisza zakłócana nerwowym i niespokojnym harczeniem i westchnieniami koni, uderzeniami kopyt o ubity piach.

Sylvill spojrzał na Kenshina i Evening najwyraźniej czekając na odpowiednie rozkazy bowiem wiedział ze czas coś zmienić w sposobie ich poruszania się by nie ryzykować utratą środków lokomocji a otaczająca ciemność zawsze generowała to, że zagrożenie przybędzie z zaskoczenia...

Evening Antarii:
Atmosfera grozy opanowała okolicę i dała się we znaki całemu wędrującemu towarzystwu. Ledwo zdołali pokonać przerośnięte robaki, a już wkraczają na kolejny niebezpieczny teren. Tym razem jednak nic na nich nie czyhało w zaroślach. ÂŻadnych ślepiów, ani odgłosów. To było chyba bardziej przerażające.
Wiatr ustał, wszelki ruch także. Tylko konie zaczęły wszystkie na raz rżeć, przystawać, albo nagle przyspieszać. Rozszerzały nozdrza, strzykały uszami w każdą stronę. Pałasz w pewnym momencie zaparł się zupełnie i nie reagował na żadne komendy, łypiąc oczami to w jedną, to w drugą stronę. Przy kolejnej próbie wznowienia marszu niemal przysiadł na zad - nawet za dwa wiadra owsu nie ruszyłby z miejsca. Eve obejrzała się za siebie. Myślała, że tylko Pałasz taki niewychowany i nieposłuszny, ale wszystkie konie odmówiły, by dalej iść. Udzieliła im się złowroga atmosfera.
-Sylvill, co to za miejsce, że konie przystają? Co one tu czują?- zapytała, choć domyślała się oczywiście. Opustoszały teren, żadnych odgłosów innych zwierząt, to wierzchowce także chciały stąd iść. -I czy daleko do wieży? Wygląda na to, że będziemy musieli iść na pieszo, bo dalej w siodle nie ujedziemy- rozejrzała się też wokół siebie, lecz jedyne co widziała to nieprzenikniona ciemność w głębi dżungli i kawałek drogi oświetlonej przez kulę, która lewitowała w górze, tworząc cienie po bokach traktu, tak naprawdę nie zachęcające do wędrówki w tamtą stronę. Eve zeskoczyła z konia. -Zostawiamy je tutaj- powiedziała głośno, by ci rycerze z tyłu także ją usłyszeli. -i dalej idziemy na własnych nogach.

Kenshin:
Czas mijał na spokojniej jeździe bez żadnych ekscesów dopóki nie zrobiło się dziwnie. Cała atmosfera otaczająca ich była jakaś nienaturalna, pełna grozy. Konie, jakby stały w miejscu ze strachu, czyżby coś czaiło się jeszcze w dżungli? Ork niestety nie miał wyostrzonych zmysłów jak wampir czy inny dhampir albo też bestie z paktu i musiał działać na tyle ile pomagały mu jego oczy, słuch oraz węch i wszystko to wskazywało na to, że dalej konie się nie ruszą choćby błagali i samych bogów to one się nie ruszą. Kenshin słysząc rozkazy anielicy postanowił poczekać aż decyzję podejmie Sylvill, bo druidowi jakoś nie było chętnie pozostawiać konia na żer dla kreatur tego lasu.
- Ponoć za tą dżunglą powinna czaić się wieża. Przynajmniej tak mówił Sylvill.
Odpowiedział na jedno z pytań Evening czary ork, co do reszty sam nie wiedział, więc czekał na wyjaśnienia, bo może one coś wskórają i nie trzeba będzie wykonywać rozkazu pozostawiać koni w tym niebezpiecznym miejscu chyba, że są już blisko wieży to by wiele wyjaśniało.

Narrator:
- Musimy być już na skraju dżungli. Wszystkie zwierzęta uciekły to znaczy ze czai się tu groźny drapieżnik, czyli wiwerny postrach nie tylko zwierząt ale i ludzi. Wiwerny bytują na piaskach wokół wieży więc na pewno jesteśmy już na skraju skweru. Dobrze będzie przywiązać konie do pni drzew, żeby w razie odgłosów nam nie uciekły. Nawet nie wiem czy nie lepiej było by poczekać do wschodu słońca... przyczaić się w gęstwinach i poczekać... W jukach są zapasy na jeden dzień żywności. - Odparł niepewnie wiedząc że generuje to dylemat ale wiedział ze w nocy w starciu z taką zwierzyną nie będzie łatwo mając za źródło światła jedynie jedną kulę i jego nędzną pochodnię. ÂŚwiadom był tego że starcie z takimi zwierzętami zajmuje duży obszar, bo to odskakują, odlatują, wielkie są, a niezwykle groźne...

Evening Antarii:
-Masz rację- odpowiedziała Eve po chwili zastanowienia. -Tuż przed wschodem słońca jest jasno, ale też najchłodniej. Jeśli teraz odpoczniemy, to walkę odbędziemy rano. Tak będzie najlepiej. Rozkładamy się tutaj, o świcie ruszamy na walkę!- rozkazała. Wszyscy paladynie zeszli ze swych wierzchowców, tak samo rycerze Chatal. Zaczęli rozkładać prowizoryczne obozowisko, to znaczy każdy wziął swoją kapę i derkę z konia, ułożył ją sobie na ziemi, by było mu wygodnie spać. Wilhelm rozpalił małe ognisko, ledwo się tlące. Trochę światła było zawsze potrzebne, choćby dla dodania otuchy w ciemnej dżungli. Każdy z wojowników kładł się powoli, bo wiedział, co go jutro rano czeka. Być może niektórych śmierć albo ciężkie rany?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej