Tereny Valfden > Zakończone wyprawy

ÂŁzy Fenile - Upadek Barona

<< < (3/29) > >>

Kenshin:
Kenshin zdziwił się, kiedy na starcie koń Eve pogalopował w dal coś go musiało spłoszyć albo po prostu zwierzę było niesforne. Ork obejrzał się dookoła i nie zauważył żadnego zagrożenia a po chwili anielica zatrzymała się oczekując aż reszta towarzyszy dołączy do niej i tak się stało. Teraz podróżowali już w szyku i znacznie lepiej to wyglądało, ale co z tego jak z nieba lał się dosłownie żar!
- Zwierzęta jak sama natura ma swoje humory.
Zaśmiał się serdecznie gdy stróżka potu, która zawiesiła mu się na brodzie spadła na grzywę konia.
- Co do polowania masz rację najlepiej będzie zrobić je pod wieczór w przeciwnym razie może być z nami ciężko Ork zaczął się wycierać się w koszulę, ale i to za wiele nie pomagało, bo ona była już cała klejąca się capiła potem wielgachnego orka. W tym momencie każdy pewnie marzyłby o kąpieli w wodzie, ale cóż nim to nastąpi trzeba będzie przejechać dalej do miasta. Druid jadąc na koniu dalej w głąb traktu zauważył, że to nie był typowy obraz lasu tropikalnego nie było drzew, roślinności ani nawet kawałka krzaków! Tylko piasek pustyni.
- Co, ci ludzie najlepszego tutaj zrobili. Zniszczyć takie połacie roślinności na Ventepi!
Krzyknął i machał głową z niedowierzania a jego pot w tym momencie spadał na wyjałowioną ziemię. Wiedział również, że być może rycerze mogą nie zrozumieć jego wybuchu, ale cóż życie.
- Tutaj..... tutaj było tak pięknie. Bujna roślinność, która chroniła przed słońcem pełno egzotycznych zwierząt a teraz wyjałowiona ziemia do tego prowadzi postęp, który niszczy wszystko na swej drodze. Masakra.
Oburzył się jak każdy druid powinien, ale z drugiej strony w jego wnętrzu czaiła się nutka zrozumienia, bo w końcu ludzie musieli jakoś żyć i postawić swoje domy, tylko dlaczego nie sadzili z powrotem tych drzew? By jakoś uzupełnić starty. W głowie druida pojawiło się znacznie więcej pytań, lecz nie chciał je wygłaszać na głos. Ork czuł się nie dość, że zmęczony to jeszcze rozżalony z takiego obrotu spraw na archipelagu. W końcu jednak opuścił ten zniszczony las i skupił się dalej na drodze i po paru następnych kilometrach dotarli do posągów, gdzie tuż za nimi rozciągało się miasto. Posągi wyglądały na dość solidnie wybudowane choć teren górski pewnie nie sprzyjał konstruktorom, co niej miej warto było docenić to dzieło wybudowane antycznymi dłońmi. Kenshin mógł przypuszczać, że przedstawiają one braci Erosa i Thanatosa dwóch draconów, którzy zarządzali całym archipelagiem. Jednak to tylko jego przypuszczenia i w końcu przełamał ciszę i zwrócił się do towarzyszki.
Za tymi skalnymi posągami rozciąga się miasto. Konie już są zmęczone tak samo jak my. Powinniśmy trochę przyspieszyć, bo w przeciwnym razie padną nam z wycieńczenia.
W tym momencie Kenshin wziął jeden z bukłaków i starał się napoić swojego ogiera. Przeklęty niemrawo kłapał językiem nabierając kilka kropel wody, coby jakoś mu pomogła dotrwać do końca wycieczki, po czym sam się napił regenerując braki wodne w swoim organizmie.     

Evening Antarii:
Anielica rozprostowała skrzydła, wykonała nimi kilka zamaszystych machnięć, by wytworzyć wiatr. Przydałby się taki wielki wachlarz dający wytchnienie, ale po wachlowaniu uczucie gorąca było jeszcze trudniejsze do zniesienia i dawało się bardziej we znaki. Eve ocierała więc tylko twarz od czasu do czasu. Oczywiście piła także dużo wody, by nie nabawić się udaru słonecznego.
-Może nie przyzwyczajony jest jeszcze. Dopiero co "wyciągnęłam" go ze stajni i to na dodatek na tak wymagającą wędrówkę. Właściwie mogłam wybrać łaciatego Caledusa, bo czarny Pałasz to chyba nie był najlepszy wybór na pustynię...- zmartwiła się, że nie przemyślała tego wcześniej. -Ale musi być wytrzymały, musi dać radę- poklepała go po szyi.
Udało się wreszcie zewrzeć szyki. Rycerze poili swe konie własnych bukłaków, chcąc ulżyć zwierzętom. Anielica, pomimo swej nieśmiertelności, nie chciała dzielić się wodą z koniem. Co jak co, ale do miasta już blisko, silny wierzchowiec wytrzyma, gdy przecież cel ich podróży już jest widoczny. Wszak niełatwo przeoczyć dwa wielkie kamienne posągi wykute w skale, a za nimi wjazd do miasta. A w Hessein na pewno znajdzie się woda. Tutejsi są już przyzwyczajeni do takiej pogody. Przybysze z Valfden jeszcze się nie zaaklimatyzowali, stąd te ich problemy.
Na jałowej, pustynnej ziemi nie było co podziwiać. Aż żal, że drogi nie umilał cień wielkich tropikalnych roślin o rozłożystych liściach. Było to idealne miejsce do życia dla jaszczurek przemykających po rozgrzanym piasku. Jednak dzisiejsza spiekota musiała dawać się we znaki również im.
-Cóż, taka jest właśnie cena postępu i rozwoju- stwierdziła z obojętnością anielica na żale orka. -Myślę, że nic tego nie zmieni. Nie mam pojęcia po co oni to wycinali. Były tu jakieś złoża? Potrzebne było im drewno?- dopytywała, spoglądając na suchy, przewalony pień, a później na rozgrzane głazy wytarte przez piasek. -Ostatnią moją podróż na Chatal wspominam inaczej. Doświadczyłam wtedy całego uroku tutejszej przyrody. Dżungla, papugi, liany, takie sprawy. A ty Kenshin byłeś na Chatal przedtem?- zaśmiała się. -Tak, spieszmy się do miasta. Choć zwierząt też przecież nie należy przemęczać- zauważyła. Zbyt szybki marsz nie byłby za dobry.

Z tyłu piątka rycerzy rozmawiała między sobą. Pierwszy raz opuścili Valfden i to jeszcze w tak egzotyczne tereny. Najpierw Wilhelm zachwycał się ogromnymi posągami, choć szkoda mu było także tych zniszczonych terenów. Rona nie wzruszały takie rzeczy, był skupiony na misji. Co chwilę pytał, czy na pewno pozostali mają dobrze przygotowane bronie i że na pewno trzeba będzie wyczyścić je z tego piachu. Malachiasz pocił się jak szczur, całą bawełnianą koszulę miał mokrą i nie odzywał się wcale. Gorąco nie przypadło mu do gustu, ciężko znosił ich wędrówkę szlakiem.

Było już widać mury obronne. Można było spokojnie jechać dalej głównym szlakiem, gdyż najwidoczniej strażnikom przy bramie przykazane było ich wpuścić bez sprawdzania. Cała siódemka zatem ominęła dzielnice mieszkalne kierując się konno na plac.

Kenshin:
Ork po nagłym zburzeniu uspokoił się i jadąc dalej bujał się na boki leniwie spoglądając w dal.
- Jak wspomniałem na twoim dworze byłem już tutaj raz zapolować na lwy morskie dla Trevanta. Szybkie polowanie nic specjalnego, ale bardzo zdziwiło mnie to jak tutejsi ludzie potraktowali tutejszą dżunglę, albowiem było tutaj gdzie się schronić przed palącym słońcem, a teraz to jałowa pustynia jakich wiele tutaj. Złóż raczej nie było poza drewnem i widocznie tego im brakowało, ale cóż poradzić skoro postęp jest dla nich ważniejszy.
Wzruszył ramionami, bo nic nie mógłby w tym momencie ani zrobić ani osiągnąć, aby dżungla na nowo odrodziła się. Kenshin jechał dalej beznamiętnie, lecz nie w milczeniu postanowił spytać anielice o jej pierwszą podróż na te rajskie tropiki.
- Opowiedz coś więcej o swojej podróży. Pewnie była bardziej ciekawa a może nawet bardzo tajemnicza?
Spytał jej się od tak dla zabicia czasu chociaż rozmowa w taki upał również mogła powodować większe zmęczenie.

Evening Antarii:
-Ach, no tak. Ty, jako wyznawca Ventepi, szczególnie jesteś wrażliwy na takie bezczeszczenie przyrody- powiedziała ze zrozumieniem. Pamiętała czasy, gdy przybyła na wyspę - wtedy ona sama miała ciągoty, by zostać łuczniczką, służyć w Konkordacie. Niestety los ściągnął ją na ścieżkę bezprawia, na szczęście tylko chwilowo. Krótki był jej epizod w Krukach. Nie zdążyła niczego się dowiedzieć, ani zdobyć zaufania. Prawdopodobnie to i lepiej, gdyż teraz mogłaby mieć przez to problemy i niezłą zgraję płatnych zabójców na karku.
Strzelać z łuku potrafiła, nieporadnie, ale zawsze coś. Ta umiejętność przydała jej się może raz, i to w starciu ze zjawami.
-Wtedy płynęłam z Salazarem, Armin i Silionem, to było wtedy, gdy Salazar pierwszy raz "umarł". Przedtem dostaliśmy też dziwne kostki Erosa do układania i wyruszyliśmy na Chatal, by niejako rozwiązać ich "zagadkę". Pasowały do jakiejś fontanny, znaleźliśmy szczenięta taru, przy okazji zwiedziliśmy trochę dżungli i tamtejszego świata. Podróż wydała mi się przyjemna, było ciepło i w ogóle przyjemnie. Dlatego teraz dziwię się, że archipelag ma także takie... - tu rozejrzała się wokół. -...nieładne, nieprzyjazne miejsca.

Kenshin:
- Dokładnie tak jestem na tym punkcie wrażliwy jak każdy członek konkordatu powinien być.
Potwierdził słowa anielicy, która trafiła w punkt. Historia Kenshina również była dość ciekawa, bo najpierw członek kruków potem mag w pakcie a skończył w konkordacie jako druid takie koleje losu go prowadziły do jeden organizacji do drugiej a sam skończył w trzeciej. Teraz jako przywódca konkordatu miał również pełno zadań na głowie, lecz on wolał pozostawać w cieniu i nie chwalić się wyróżnieniami ani swoją wiedzą, którą nabył w tych organizacjach. Druid w tym momencie stał się łowcą, bo do tego sprowadzało się to zadanie na archipelagu był, jakby to nie ujmować "znawcą" pod tym względem. Jednak teraz porzucił swoją przeszłość i postanowił skupić się na rozmowie z panienką Antarii, bo dość ciekawa była historia z tymi sześcianami.
- Dość ciekawa historia i zagadka z tymi sześcianami. Sam mam jeden na stanie i właściwie nie wiem do czego mogą służyć, ale na wszelki wypadek schowam go lepiej jak wrócę do domku, a nóż się do czegoś jeszcze przyda. Oznajmił od tak, bo według niego warto było o tym chociaż wspomnieć przez chwilę. Następnie powrócił do dalszych słów towarzyszki.
- Ta ziemia ma jeszcze wiele takich terenów. Teraz żałuję, że nie przejrzałem dziennika Silvastera, który opisał swoją pierwszą podróż tutaj z kilkoma towarzyszami i oczywiście z Salazarem na czele, kiedy był jeszcze jaszczurką. Mógłbym wtedy lepiej Tobie opisać, te miejsca jakie odwiedzili. Tymczasem musimy patrzeć i spoglądać na to, co ludzie już sobie zaskarbili w swoim szale wydobywania wszystkiego dobrego, co posiada ta ziemia i w zamian widzimy wyjałowione ziemie zamiast tętniącego życiem lasu. 
Ork ubolewał nad tym co widzi, a co mógłby zobaczyć gdyby miał trochę odwagi i wybrać się na ten dziki rejs wraz z kompanią chętnych kiedy była na to pora.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej