Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
ÂŁzy Fenile - Upadek Barona
Kenshin:
Ork nie stał biernie, tylko przysłuchiwał się rozmowie i już wiedział, gdzie i którędy mają udać się aby dojść bezpośrednio do posterunku Hafta dumnego rasisty w oczywiście mienianiu druida taki on był. Dlatego ten poszedł po przeklętego swego wiernego rumaka nim biedaczysko odpłynie z powrotem ba Valfden albo jeszcze gorzej zostanie ukradziony! Kenshin szybko wbiegł na trap i bez problemu dostał się do ładowni, gdzie czekał na niego rumak będąc tam zabrał konia i wrócił bezpośrednio do towarzyszy. Kenshin mógł również wtedy walnąć facepalma, ale uznał to za zbyt drastyczne podejście do tematu. Dlatego uśmiechnął się oraz podrapał po głowie mówiąc.
- Z tej konsternacji zapomniałem o swoim koniu, ale zemnie gapa.
Rzucił do towarzyszy a następnie podziękował za informacje kwatermistrzowi, który o dziwo wiedział wiele wręcz za wiele, bo ktoś mógłby się zainteresować skąd on to wszytko wie!
- Dziękuję za informacje dobry człowieku. To jak panienko Anatrii idziemy bezpośrednio na posterunek czy damy sobie okazje do zwiedzenia miasta?
Zapytał lekko sapiąc ze zmęczenia i tego całego biegania.
Evening Antarii:
-Sztab kryzysowy. No proszę...- rzekła do siebie. I wytarła kropelkę potu ze skroni. Uśmiechnęła się niemrawo do kwatermistrza, potem spojrzała na orka, a później na pozostałą piątkę. Wszyscy tak samo umordowani, spoceni, brudni i śmierdzący. I pewnie nie przypłynęliby tu za żadne pieniądze, nieważne ile grzywien dostaliby od władz miasta. Anielica, podczas gdy kwatermistrz mówił, sięgnęła po bukłak z wodą, by ugasić pragnienie i uzupełnić niedobór wody.
-Hmm... Myślę, że Hessein przyjemniejsze byłoby wieczorem, gdy da się normalnie funkcjonować- stwierdziła nie bez racji. W taki skwar zwiedzanie mogło jedynie ich niepotrzebnie zmęczyć, a przecież mieli niedługo odbyć dość poważną walkę. -I na wiwerny też moglibyśmy wybrać się wieczorem. Miasto zwiedzimy może w drodze powrotnej? Wiesz, gdy będzie już po wszystkim- wyjaśniła, czekając na reakcję orka. Oczywiście w tej sprawie piątka paladynów nie miała nic do gadania. Musieli całkowicie podporządkować się anielicy i orkowi, nieważne jak dziwna to była parka. Mieli pomagać, nie przeszkadzać i wykonywać rozkazy. W ich towarzystwie to druid z Konkordatu był myśliwym, znał się na zwierzynie i pozyskiwaniu z niej trofeów. Bractwo pod tym względem nie oferowało nauki.
-Na razie chciałabym odpocząć i dowiedzieć się o szczegółach zadania. Na wycieczki czas przyjdzie później- dodała i dała sygnał swym rycerzom, by wsiadali na konie. Można było wszak ruszać we wskazanym kierunku.
-Dziękujemy, panie kwatermistrzu- rzekła anielica, wskakując na Pałasza. -Ruszamy na szlak!- zawołała do paladynów w tyle.
Kenshin:
- W sumie masz rację. Dzień tutaj jest nie do zniesienia, także na zwiedzanie jeszcze przyjdzie czas.
Zgodził się ze słowami anielicy i wsiadł na swego rumaka ruszając w stronę sztabu. Sztab kryzysowy, w którym mieściły się pewnie tęgie głowy całej marchii w zastanowieniu się jak podbić wieżę bezczelności i dojść do jej skarbów wewnątrz pochowanych. Ork nie lubił takich sytuacji, gdzie gonitwa za pieniądzem mąci umysły wszelakich ras, jednakże na pomoc tych istot będzie mógł liczyć podczas polowania na wiwreny, bo w tym klimacie ciężko będzie mu ustrzelić ze dwie bestie a tak będą chociaż odwracać uwagę od niego, kiedy druid będzie szył ze swojego łuku w stronę bestii. W dobrym nastawieniu acz znacznie będąc zmęczonym Kenshin rozglądał się na boki jeżdżąc na koniu chciał sprawdzić swoim wzrokiem czy coś się zmieniło od ostatniej jego wizyty.
- No to w drogę.
Powiedział i popędził konia w stronę szlaku, a kiedy on ruszył kilka kropel potu spadło z jego czoła na grzbiet konia.
Evening Antarii:
-W valfdeńską hemis tutaj jest bardzo przyjemnie. Ale powinno się robić coraz chłodniej, przynajmniej teoretycznie. Wszak jest już środek atunus- powiedziała, po czym szarpnęła za wodze, karząc ruszyć Pałaszowi na przód. Koń nagle zerwał się wzbijając tumany kurzu. Nieusłuchany był strasznie. Popędził od razu w galop zostawiając jej towarzyszy w tyle.
-Prrr! Stój, bestio ty jedna!- niemal zawarczała, szarpiąc się z koniem. Stanęła w siodle i pociągnęła za lejce. Koń zacharczał, ale stanął w miejscu. Jeszcze niespokojnie wierzgnął kopytem, obrócił się.
Evening zaczekała na resztę. Napiła się. Pomyślała, że chyba właśnie do tego rumak pędził - do jakiegoś strumyka, wiadra z wodą.
-Nie chciałam, żeby Pałasz zostawał w stajni. A on taki niedobry jest!...- poskarżyła się orkowi, gdy dojechał. I teraz mogli razem ruszyć naprzód, w równym tempie, zwartym szykiem.
-Wiemy, że mamy ominąć dzielnicę mieszkalną. Ten plac chyba też nietrudno będzie znaleźć, tak mi się wydaje- mówiła gdzieś przed siebie, ale tak, by Kenshin słyszał jej rozmyślania na głos. -A jak to gorąco nie przejdzie, to nie wiem czy damy rade tym bestiom w ogóle...
//Jak tam wygląda ten krajobraz? Jedziemy przez dżunglę, czy raczej suche tereny? Niezbyt się orientuję.
Narrator:
Upalne popołudnie, to ten moment, w którym wszyscy bogobojnie życzą sobie by czerpać jak najwięcej przyjemności z życia, teraz obfitowała upałem gnębiąc jeźdźców co niemiara. Nawet znękane wierzchowce dawały poznać po sobie swoje niezadowolenie.
Wierchowiec Rona w swojej uległości posłusznie wiózł jeźdźca spokojnie za dowódczynią, zgodnie z wolą jeźdźca nie skarżąc się na upały nie dając oznak niezadowolenia, jednak po jego zachowaniu widać było ze zmiana klimatu doskwiera mu nieubłaganie. Sącząca się z pyska piana kapała na udeptany żwirowy szlak pośród połaci wykarczowanej dżungli, gdzie co rusz pośród resztek pni i drzew i zeschłych krzewów zaczynały wyłaniać się pustynne piaski -> jasna oznaka wymierania wykarczowanego lasu w upalnych klimatach. Koń nie dawał za wygraną mimo zmęczenia, jednak co rusz jeździec świadom niedoli swego wiernego, zwierzęcego brata zmuszony był dzielić się z nim wodą pozwalając mu przepłukać pysk i zwilżyć usta, co chodź trochę polepszało sytuację.
Wierzchowce Malachiasza, Leopolda, Michała i Wilhema nie miały lżej, wręcz przeciwnie cierpiały w równych mękach, jednak dając oznaki niezadowolenia, a to spowalniając tępo, a to rżąc błagalnym rykiem, czy po prostu wierzgając głową, tłukąc ogonem po plecach. jednak każdy jeden z nich - jeźdźców - nie mógł mieć im tego za złe bowiem byli świadomi okrutnego losu który zgotował im Haft dając takie zaproszenie.
Podróż szlakiem wśród wykarczowanej dżungli nie była długa, nie była nieskończona. po wyminięciu magazynów portowych, karczm i noclegowni portowych pozostały dwa kilometry podróży szlakiem wśród wykarczowanej dżungli z której pozostały jedynie pnie i zeschłe porosty. Upływający po wycince czas dawał się we znaki powodując wspomnianą juz degradację terenu i zamienianie się obszarów w pustynię. Jawny to obraz błędu wynikającego z rozwoju miasta i upartego budowania i odbudowywania osad ludzkich, miasta Hessein i innych, które tego surowca, jak i kamienia były konieczne. Widząc taki obraz każdy miłośnik przyrody dozna swoistej refleksji filozoficznej na temat tego co jest ważniejsze, czy swobodny wzrost natury, czy jednak zabudowa miejska... widząc taki obraz upadłej dżungli jedynie negatywna wersja obrasta w znaczenie i poklask. Widać bowiem jak ingerencja w naturę ludzkiej nieodpowiedzialnej, zachłannej dłoni może doprowadzić do upadku znamienitej fauny niespotykanej nigdzie indziej.
Niemniej taki ogląd na świat nagle potrafi zamilknąć, gdy przed oczami pojawiają się pierwsze karłowate wulkaniczne szczyty porośnięte trawą, a w przestrzeni miedzy nimi pięknie wyprofilowane posągi.
Każdy kto już raz był w tym mieście pozna czym jest to miejsce, swoistą bramą wjazdową do miasta w kotlince. Miasto jest usytuowane miedzy górami a wejścia do miasta bronią dwa wielkie posągi. Uroku tego miejsca dodają wielkie i rozległe dzielnice mieszkalne, które zasiedlono wraz z otwarciem drogi morskiej w kierunku archipelagu. setki i tysiące osób zaciekawione nowym i nieznanym zasiedliły się oddając swoje ostatnie grosze, by przebyć tę trasę. Nie byli świadomi jak ciężkie może być życie w tym klimacie i na tych terenach. Specjalnie utworzono miejsca pracy, kamieniołom, tartaki, czeladzie zbieraczy i myśliwych, by dać ludziom pracę i sposób na życie. Dzięki temu miasto opływa w dostatek górując szczytem nad wszystkimi innymi na Archipelagu. Miasto szczyci się byciem stolicą archipelagu Chatal.
Jednak do samych dzielnic mieszkalnych prowadzą wyłącznie boczne uliczki zaś główny szlak prowadzi w głąb miasta bez zakrętów i zawijasów. Tuz ża widokiem posągów i możliwością rozejrzenia się z oddali po dachach widzianych części miasta, dojrzeliście przed murami obronnymi miasta dwoje strażników przywdzianych w biało-czerwone zwiewne tuniki. W dłoniach dzierżyli długie halabardy lecz widząc was z oddali przyglądali się uważnie jednak już po minach widać było, że nie zamierzali was niepokoić...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej