Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Test kruka - Isirr van Triol
Canis:
- Ano, chciało by się, bez trosk, w dobrobycie, z prosta praca, jasną, bez wysiłków mając wszystko pod reką... niestety, to nie u nas. - Westchnął wtórując smutkiem na retoryczne pytanie. - A jasne że mam, mam nadzieję, że i ona cię zaciekawi panie Zdzisławie. - Powiedział z serdecznym uśmiechem.
- Trzecią bajdułą jaką znam jest opowieść o lodowych drakarach, którym niestraszny był lód i załodze blaszanych synów. - Jest to opowieść blisko związana z poprzednią. - Zastrzegł od razu chcąc pobudzić wyobraźnię i skrócić swoja opowieść nie wspominając już o powstaniu miejsca w których powstawały lodowe drakary.
- Tak jak wulkan i owe jajo wytworzyło lód ogarniający wyspę tworzący gród zamek i pokrywając ją, zapełnił też wulkan płynną woda, która wypływając szczelinami wulkanu, małymi bocznymi kraterami powolnie zastygała tworząc strugi lodu. - Uzupełnił wiedzę Zdzisława o szczegół, którego prędzej nie przytoczył. - Wśród rodzajów pracy na wyspie, były też wielkie stocznie, wielkie przystanie do których zawijały obce okręty przywożąc ludność, żywność i minerały, a z drugiej strony tworzące specyficzne, odmienne niecodzienne zaskakujące łodzie. Stoczniowcy znaleźli sposób, by płynny lód, jako chłodną wodę, transportować spod wulkanu do stoczni przed zastygnięciem, by następnie odlewać z tego łodzie, wlewając płyny do forem niczym stali do koryt prętowych do produkcji miecza, tylko większych, pojemniejszych. - mówił obrazując formy odlewowe do prętów stali, a jednocześnie przyrównując że jest to ogromnie większe, posiłkował się tu dłońmi obrazując kształty i nanoszenie zmian w manufakturze, wiedział, że słowami trudno to określić, jednak starał się by Zdzisława nie wkurzyć i nie zniechęcić do słuchania. Starał się odpowiednio manipulować głosem by brzmiało to jak najbardziej prawdziwie.
- Były wielkie ogromne i przypominały krasnoludzkie drakkary, zakończone głowami smoka, niskie a strasznie szerokie z wielkimi masztami szerszymi od samych okrętów, zaś niższe niż w galeonach czy fregatach. A jednak stworzone z grubego lodu, odlane w jedną całość, były niezwykle wytrzymałe, silne, wytrwałe, harde. Nie ulegały pod młotem, nie ulegały pod słońce, nie uległy pod ciepłem. Strzały nie robiły ani rysy, zaś bełty odbijały się bez efektu. - Przytaczał doskonałość produkowanych okrętów przyrównując je do znanych okrętów, których wytrzymałość nijak nie dorównywała znanym nam tworom. - Jednak taki okręt powstał w całości... tylko jeden. - Zastrzegł nagle chcąc zaskoczyć słuchacza zwrotem opowieści.
- Nastała zima, a jak to na północy, było zimno, chłodno, wiele dni już padał śnieg a Hemis było w pełni. gród zaczął cierpieć głód... - Tak mu się rymnęło i się na chwilę zatrzymał lekko uśmiechając. Jednak prędko powrócił do opowieści ciągnąc wątek dalej. - A głód na lodowym niezwyciężonym grodzie odciętym od oceanu przez lód, było by śmiercią i zagładą. Olaf wyposażył swoich rycerzy w najcięższe zbroje, największe bronie i kazał wytoczyć lodowe drakkary.
- Okręty i ludzie pod rozkazami władcy lodu wsiedli na okręt, a on sam stanął na najwyższej wierzy, na samym szczycie rozkładając ręce. Okręt wypłynął spod stoczni wbijając się w taflę lodu otaczającą całą lodową wyspę, a pod naporem okrętu lód pękał z wysiłkiem i trudem w końcu zatrzymując się. Jak każdy drewniany okręt zwalniając na sile. Olaf siłą woli wspomógł okręt, który w trudach i znoju poruszył się łamiąc lud dalej, zaś zakuci w blachę rycerze zeszli an taflę lodu łupiąc włóczniami, klując i dłubiąc gruby lód i osłabiając go. mijało tak wiele godzin, gdy udało im się utorować wąską drogą spod ogrodu na wolną przestrzeń oceanu, gdzie woda już nie zamarzała.
Jako jedyny okręt wraz załogą zdołali pływać po całym świecie zawijając do różnych przystani krusząc lud pod swymi stopami, jako jedyni przezwyciężyli wolę Rashera - pana lodu - zdobywając żywność dla swojej ludności... - opowiedział, jednak wiedział, ze była to najsłabsza jego opowieść, przynajmniej w jego ocenie, więc chociaż uznał, ze wyzna prosty morał, który z niej wynikał. - Ojciec mówił, że mimo iż świat zdaje się być nam nieprzychylny a wszystko wokół skazuje nas na klęskę, świat zawsze przychodzi nam z pomocą, to drobną, to wielką. Dzięki wiedzy możemy nawet przeciwstawić się żywiołom bogów, jednak trzeba znaleźć w samym sobie pierwiastek życia, chęć i rozwagę. - Powiedział z krzywym uśmiechem wskazując dłonią na serce zdzisława, jakoby to tam tliły się poczatki takiej woli.
- Zatem panie... jak obiecałem tak muszę dotrzymać słowa! Powie pan ile zapłacić za podwożenie? nie godzi się bym zagadał pana i znużył a nie dopełnił powinności jakie zawierzyłem! - Mówił z radością i pełen życia symulując że jest prawdomówny i szczery, aby nie wyjść na oszusta... nie mógł sobie psuć działania pobocznymi kłamstewkami nim dopełni powinności zadania.
Arivel:
-A dajcie spokój. Wystarczą mi te historię. Młody już nie jestem to chociaż taką uciechę będę miał. Na co takiemu człowiekowi pieniądze. Jedzenia nie brak i wszelkich rzeczy potrzebnych. Jedyna nuda doskwiera od czasu do czasu. Zatem możecie uznać dług za spłacony. - rzekł. -A właśnie dotarliśmy do Atusel.
Canis:
- Och... - westchnął z niemal teatralną ulgą, słysząc, ze jednak nie musi zapłacić. - A dziękuję wiec dobrodzieju.
Gdy dojrzał już miasto z oddali wiedział, że jego cel jest blisko, a słowa Zdzisława tylko potwierdziły to wrażenie. Spokojnie wstał przytrzymując się za burtę.
- Gdy zbliżymy się do bram miasta to odejdę. Pan zapewne na rynek a ja ku dokom, więc już się rozstajemy. Bardzo dziękuję za życzliwość i wdzięczne wysłuchanie... mało kto chce mnie słuchać i moich opowieści. - Powiedział wstając z wozu i podając dłoń Zdzisławowi na pożegnanie, gdy ten tylko zatrzymał powóz. Zszedł z niego i zamachał na pożegnanie, sam zaś skierował swoje kroki w kierunku dzielnicy portowej, krokiem żwawym, hardym, odważnym, jak to marynarz.
Arivel:
Port był największą "atrakcją" w Atusel więc nie ciężko było tam trafić. Można wręcz powiedzieć że wszystkie drogi w tym mieście do niego prowadziły. Ludzi również było sporo ze względu na dość przychylną pogodę. W końcu jeśli się samemu nie handluje albo nie ma jakiś spraw do załatwienia to co więcej zostaje jak przejść się do doków w portowym mieście.
Canis:
W takich miejscach jak port, filozofowie narzekający na swój stan bytu mogli odleźć nowy wymiar sensu istnienia ludzkiej egzystencji. "Wszędzie byle nie tutaj". Port tak znany, tak wielki, tak ogromny, rozkwitły odkąd mgła opadła, wypełniała tę dzielnicę aromatem... nie tylko powiewem morskiego powietrza, ale także: natarczywym, napastliwym i nieokiełznanym skrzeczeniem mew i papug; okrutnym zgiełkiem tłumów i oficjeli, krzykaczy, wieszczy i kupczyków. A te aromaty... Gdyby nos nie był integralną częścią ciała to już przy przekroczeniu progów dzielnicy odleciał by od ciała i z pędem i krzykiem uciekał w stronę przeciwną. Zapach starych ryb i owoców można, zdechłych i nadpsutych wnętrzności wylewanych do oceanu, fetor potu i uryny marynarzy i bywalców dzielnicy.
To wszystko nie wiedzieć czemu, w ciepłe dni przekładało się na niezwykle dużą aktywność ludzką w tejże dzielnicy. Wtedy jakiś mędrzec raczy pytać "Jak żyć?" - Isirr też chciałby to wiedzieć.
Niemniej jednak poza rozważaniami sytuacji i analizą samego świata wokół miał cel is ens istnienia tu w tej chwili. Wkroczył wprost an główną aleję nadmorską, gdzie przy dokach kładkach i pomostach powinny stać zacumowane okręty. Isirr spodziewał się, ze będą podpisane z tytułu, z nazwy. Więcej, zacumowany Galeon w porcie musiał być wyróżniający się. szukał go i jego położenia, chciał już idąc do niego poznać sposób dostania się, taki zwyczajny... czy kładka na okręt jest strzeżona - wszystko co mogło by być istotne... a to co nieważne to chętnie też obserwował.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej