Tereny Valfden > Zakończone wyprawy
Związany paktem #5
Izabell Ravlet:
Gdybym tylko sama wiedziała, czego właściwie poszukuję, pomyślała.
- Mnie zwą Izabell - odparła, robiąc kolejne kroki w ustalonym już kierunku.
- Dziękuję ci za wszystko. I do zobaczenia, skoro tak twierdzisz, bracie - rzekła na odchodne, ze szczerym uśmiechem na ustach. Znowu będzie przedzierać się przez dżunglę sama, ale teraz ciężko już się wycofać. Nie była nawet pewna, którędy miałaby wrócić.
Ruszyła przed się, skupiając się na przeżyciu.
Hope:
Podążając do celu nie odstępowało Cię uczucie niepokoju, przez cały czas wydawało Ci się, że ktoś Cię śledzi. Nagle tuż przed tobą z kłębu zielonego dymu wyłoniła się tajemnicza kobieta. Wyglądała zupełnie jak Ty, tylko trochę starsza, z siwym włosem i bagażem doświadczeń zarysowanym na twarzy.
Izabell Ravlet:
Stanęła gwałtownie w miejscu, wzięła szybki wdech i strasznie ciężko było jej wypuścić powietrze z powrotem. Zlękła się, nawet mimo tego, że przeczuwała coś od jakiejś chwili. Gdy pierwsze wrażenie przeminęło i Iz zaczęła wychwytywać szczególiki wyglądu kobiety, zakryła usta dłonią, nie uniemożliwiając oddechu. ÂŁatwiej jej było powstrzymać krzyk. Znajome oblicze, podobna postura i, ach!, siwy już włos na głowie, twarz zaś nie tak gładka. O ile elfka musiałaby być starsza, by tak wyglądać i pojawiać się w kłębie zielonego dymu?
- Czym ty jesteś? - ledwo wydała z siebie głos, robiąc krok w tył. Przez myśl przeszło jej, że to może być jakieś nieznane stworzenie, które zmienia swój kształt. Nie była jednak w stanie skupić się na tyle, bo rozważać teraz przypuszczenia, gdy konkret stał tuż przed nią. Z zapartym tchem czekała na to, co stanie się już zaraz, by móc dobrać odpowiednią reakcję.
Hope:
- Jestem Tobą a Ty jesteś mną. Możesz zdobyć potęgę, którą posiadam. Jestem nieśmiertelnym arcyliszem, naginam swą wolą rzeczywistość, stoję ponad życiem i śmiercią. Dziecko nocy wie, że cel nie uświęca środków. Ponieważ cel nie istnieje, istnieją tylko środki. Postąp słusznie a czeka Cię potęga o jakiej nigdy nie śniłaś.
Kobieta rozpostarła ręce generując z koniuszków palców energię magiczną o zielonym zabarwieniu. Bujna roślinność dżungli porastająca wzdłuż strumyka zaczęła więdnąć na zawołanie czarodziejki.
Izabell Ravlet:
Cel nie istnieje, rozbrzmiewało w głowie elfki. Czy to była odpowiedź, na jej pytania? Kobieta mówiła jeszcze o potędze, o życiu i śmierci. Czy Izabell mogła rzeczywiście stać się kimś takim?
- Ja, ja... - zaczęła się jąkać. Wtedy czarodziejka zaprezentowała swoją moc, a pewnie ledwie jej ułamek. Elfce odjęło mowę. Nie wiedziała co o tym sądzić. Magini tak łatwo przyszło odebrać życie, a jednocześnie zrobiła to bez najmniejszego wysiłku. Subtelnie wręcz.
Izabell nie wiedziała co zrobić. Nie mogła wykrztusić słowa, ni ruszyć się z miejsca. Miała mętlik w głowie, i dopiero zaczęła składać słowa arcylisza - jak kobieta się określiła - w zdania.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej